niedziela, 21 maja 2017

Siostra, Rosamund Lupton

Ten thriller został wydany w Polsce w 2012 roku i był wtedy obecny na bardzo wielu blogach. Większość czytelników zachwycała się tą książką gorąco ją polecając. Dopisałam ją wtedy na listę "do przeczytania", a niedawno nadarzyła się w końcu okazja, by sprawdzić, o co ten cały szum.

Główną bohaterką jest trzydziestoparoletnia Angielka o imieniu Beatrice, która na wiadomość o zagninięciu siostry przylatuje do Londynu z USA, gdzie robi karierę zawodową i planuje zamążpójście. Kilka dni później zostaje odnalezione ciało siostry, a policja jest przekonana, że Tess popełniła samobójstwo. Jednak Beatrice ani przez moment w to nie wierzy i podejmuje własne śledztwo.
Krok po kroku poznaje tajemnice młodszej siostry, jej znajomych i codzienne życie. Beatrice wprowadza się do mieszkania Tess, podejmuje pracę w pubie, w którym pracowała siostra i zaprzyjaźnia się z Kasią, bliską koleżanką zmarłej. Choć jej działania momentami są chaotyczne i impulsywne, to dzięki żelaznej konsekwencji stopniowo zbliża się do rozwiązania zagadki. Jej zachowanie nosi znamiona obsesji: życie prywatne Beatrice staje na głowie, a jej jedynym celem staje się wykrycie mordercy Tess.

Cała historia jest opowiedziana w formie zeznań Beatrice, które kobieta musiała złożyć na policji tuż po dramatycznym finale całej historii, co od początku pozwala nam założyć, że wyjdzie cało ze wszystkich opresji. Jej relacja jest bardzo osobista, obfituje w emocjonalne wątki rodzinne i zdradza przemyślenia kobiety, które towarzyszyły jej podczas miesięcy, które upłynęły od śmierci siostry.

Książkę czyta się dość szybko, napisana jest sprawnie, choć niektóre fragmenty nieco się dłużyły. Autorka starała się pogłębić sylwetki postaci i podjęła próby psychoanalizy ich zachowań, tym niemniej są to dość powierzchowne próby, dopasowane do oczekiwań masowego czytelnika thrillerów.
Książka dobra na wieczór lub do zabrania w podróż, ale żadna rewelacja.

Ocena: 4/6

niedziela, 14 maja 2017

Wysepka, Andrea Levy

Zanim Karim z powieści Budda z przedmieścia zaczął podbijać Londyn lat siedemdziesiątych, a chwilę później bohaterowie Białych zębów podejmowali mniej lub bardziej udane próby odnalezienia swojego miejsca w angielskim społeczeństwie, do Wielkiej Brytanii, krótko po wojnie, przybyła pierwsza fala emigrantów z Jamajki.

Mieszkańcy wyspy, która od 1655 roku była brytyjską kolonią, w trakcie drugiej wojny światowej ochotniczo wstępowali do armii, by walczyć za ojczyznę. Po szkoleniu w kraju macierzystym, wysyłani byli na różne fronty, m.in. do Indii. I choć w Armii oficjalnie walczono z rasizmem, a ciemnoskórzy żołnierze mieli takie same prawa, jak biali Anglicy (w odróżnieniu od żołnierzy amerykańskich, wśród których panowała silna segregacja rasowa), ich służba naznaczona była niechęcią i szykanami ze strony białych. Chwilę po wojnie, w wyniku zmian politycznych, do walczącej nadal ze skutkami wojny Anglii wyruszają mieszkańcy brytyjskich kolonii.

Ten szczególny moment w historii Wielkiej Brytanii Andrea Levy wybrała na tło swojej powieści, w której poznajemy pogmatwane losy czworga bohaterów. Mamy rok 1948, wśród tysięcy Jamajczyków wsiadających na statki płynące do Londynu jest Gilbert Joseph, były żołnierz RAFu, który w Anglii chce rozpocząć nowe, lepsze życie. Parę miesięcy później jego śladem wyrusza świeżo poślubiona małżonka Gilberta, Hortense, która zamierza podjąć pracę jako nauczycielka. Ich wyobrażenia o życiu w nowej ojczyźnie zostaną boleśnie skonfrontowane z rzeczywistością, a otaczająca ich niechęć i wrogość londyńczyków niejednokrotnie zaskoczy i wywoła szczere zdumienie.
Oboje zamieszkują w małym, obskórnym pokoju na poddaszu domu, który należy do Angielki, pochodzącej z prownicji córki rzeźnika, Quennie Blight, a dokładniej rzecz ujmując do męża Quennie, Bernarda. Ten jednak kilka lat wcześniej wyruszył na front i słuch po nim zaginął. Kobieta przekonana o śmierci męża sama musi sobie radzić w ograniętym powojennym kryzysem kraju, otwiera więc swój dom dla ciemnoskórych imigrantów i samotnych kobiet. Dla konserwatywnych sąsiadów takie zachowanie jest jawną prowokacją.

Dzięki dość szczegółowej retrospekcji poznajemy historię każdego z czworga bohaterów, ich przemyślenia, motywacje, lęki i plany. Cztery życiorysy splatają się ze sobą i udowadniają, jak często ludzie przypisują innym własne cechy i jak trudno im się między sobą dogadać, nawet jeśli mówią tym samym językiem. W małżeństwie, w przyjaźni, w rodzinie, w wojsku - wszędzie pojawiają się problemy wynikające z braku otwartości i z wrodzonej skłonności do oceniania innych. W swej historii autorka poruszyła wiele istotnych kwestii związanych z migracją, które od późnych lat czterdziestych ubiegłego wieku do dzisiaj niewiele się zmieniły.
Z tych czterech opowieści wyłania się niezwykle interesujący i barwny opis niełatwych początków wielokulturowego angielskiego społeczeństwa, jakie znamy obecnie. Dzięki swoim bohaterom, stojącym po dwóch stronach barykady, Andrea Levy tworzy pełny obraz bardzo interesującej epoki. Jednocześnie udowadnia, że każda nasza decyzja, każde działanie niesie ze sobą konsekwencje - zarówno dla jednostek, jak i w skali całego kraju, czy narodu. A rozpędzonej lawiny nie da się powstrzymać.

Powieść czyta się bardzo szybko i przyjemnie, a stworzone przez autorkę obrazy na długo pozostają w pamięci czytelnika. Opowieść zawiera mnóstwo detali i smaczków, które dodatkowo podkreślają brytyjski klimat książki. Stworzeni przez Levy bohaterowie są autentyczni i pełnowymiarowi, niektórzy dają się polubić mniej, inni bardziej, a już na pewno nie wszystkich uda nam się zrozumieć.
Autorka urodziła się w Londynie, ale jej rodzice pochodzą z Jamajki i przybyli do Anglii w 1948 r. Można więc założyć, że stworzona przez nią powieść zawiera wątki zaczerpnięte z biografii jej rodziców.

Książka została wydana w Polsce w 2006 roku i obecnie dość trudno jest znaleźć egzemplarze na sprzedaż. Mnie udało się wypożyczyć książkę ze swojej biblioteki. Warto się wysilić i poszukać Wysepki, bo to bardzo wartościowa lektura.

Ocena: 5+/6

czwartek, 11 maja 2017

Co wy wiecie o Rosji?!, Jacek Matecki

We wstępie Jacek Matecki otwarcie przyznaje, że nie jest ekspertem od Rosji i nic nie wie o tym kraju, a jego książka jest relacją z kilku lat włóczęgi, podczas której poznał Rosję jak mało kto (!?!).
Jednocześnie krytykuje dziennikarzy, intelektualistów (sądzę, że ma na myśli naukowców) oraz innych podróżników, którzy Rosję przemierzyli koleją transsyberyjską lub samochodem terenowym, twierdząc, że w ich tekstach brakuje prawdy.
Jest to dość odważne stanowisko, zwłaszcza gdy weźmieny pod uwagę, że jego książce brakuje naukowych podstaw i umiejętności kontekstualizowania opisywanych zjawisk, dziennikarskiej wnikliwości, zdolności do analizowania oraz umiejętności pisania, aż wreszcie adrenaliny i odrobiny szaleństwa, w które z pewnością obfitują relacje kierowców dżipów.

No dobrze, ale w takim razie, czym jest książka Mateckiego?

Chaotyczną gawędą o rosyjskiej prowincji, opisem odwiedzonych miejsc i relacją z odbytych rozmów przetykaną wieloma osobistymi przemyśleniami autora. Nie dostarcza ona rzetelnej wiedzy o Rosji, jest zaledwie zbiorem uwiecznionych przez podróżnika momentów, z kórych wyłania się obraz smutnego kraju, w kórym mieszkają nieszczęśliwi ludzie. Skończyłam lekturę kilka dni temu i nie bardzo mogę sobie przypomnieć, o czym konkretnie czytałam. Matecki odwiedził m.in. kilka klasztorów, mieszkające na odludziu małżeństwo hodujące psy zaprzęgowe, dziesiątki wyludnionych wiosek, kilka miejsc pamięci oraz podejrzancyh spelunek. Swoimi wrażeniami postanowił podzielić się z czytelnikiem.

Matecki ma lekkie pióro i dzięki temu książkę czyta się błyskawicznie. Jej lektura przypomina słuchanie opowieści wujka snutych przy ognisku: dostarcza rozrywki i szybko popada w zapomnienie.

Ocena: 3/6

czwartek, 4 maja 2017

Jest takie miejsce..., Wojciech Zawioła

Dzisiejszy wpis będzie krótki. Dla kronikarskiego porządku (na blogu piszę o każdej przeczytanej książce) muszę wspomnieć o niewielkich rozmiarów książce Wojciecha Zawioły.

Dziennikarz Wojtek poznaje podczas spaceru starsze małżeństwo. Po krótkiej rozmowie kobieta rozpoczyna opowieść o swoim życiu, która rozpoczyna się w okupowanej Warszawie, gdzie Basia i Henryk przeżywają swoją pierwszą miłość. Sielanka zostaje przerwana, gdy Henryk rusza do walki i ślad po nim ginie. Po wojnie Basia wraz z matką powoli odbudowują swoją egzystencję, nie ustając w poszukiwaniach chłopaka. Ze skrawków informacji, które do niej dotarły wynika, że Henryk walczył w podziemiu, a potem uciekł z Polski. Pewnego dnia Basia otrzymuje wiadomość o jego śmierci. Z czasem wychodzi za mąż i rodzi dzieci. Przeszłość zapuka do jej drzwi w najbardziej niespodziewanym momencie.

Jest to jedna z powieści, które kupiłam pod wpływem BARDZO entuzjastycznych recenzji na blogach. Powieść, która na portalu lubimyczytac.pl ma stosunkowo wysoką ocenę 7,47 na 10, a która absolutnie nie przypadła mi do gustu.
Najbardziej przeszkadzał mi styl narracji, który we fragmentach pisanych z perspektywy Wojtka, przypominał pisane w podstawówce sprawozdania. Wspomnienia pani Basi są napisanie nieco lepiej, ale trudno tu mówić o literaturze pięknej. Zawioła posługuje się bardzo prostym, oczywistym językiem i wielokrotnie ociera się o banał. Podejrzewam, że autor spisał zasłyszaną gdzieś opowieść o trwającej całe życie miłości - i tak należy tę książkę czytać: jako wspomnienia starszej osoby.

Ocena: 3/6

Książkowe porządki

sobota, 29 kwietnia 2017

Stosy kwietniowe

W mijającym miesiącu dwa razy skusiłam się na internetowe zakupy książkowe.
Pierwsza paczka przyszła z księgarni nieprzeczytane.pl i zawierała głównie nowości kilku ostatnich miesięcy. Miałam je na liście od dłuższego czasu i postanowiłam w końcu ustawić je na półce.

Stos z lewej:
My, marzyciele, Imbolo Mbue
Dziewięć twarzy Nowego Orleanu,
Dan Daum
Pasja narodzin, 
Sheila Kitzinger
Świat w płomieniach,
Siri Hustvedt
Dom którego nie było,
Łukasz Krzyżanowski
Odessa,
Charles King
Wiolonczelista z Sarajewa,
Steven Galloway

Stos prawy:
Zmiłuj się nad nami,
Andrzej Nowak-Arczewski
Rosyjski romans,
Meir Shalev
Stryjeńska. Diabli nadali,
Angelika Kuźniak
Wróżba,
Agneta Pleijel
Książka najpotężniejszy przedmiot naszych czasów zbadany od deski do deski,
Keith Houston
Bardzo martwy sezon reportaże naoczne,
Marcin Kołodziejczyk

Jakieś dwa dni po złożeniu powyższego zamówienia trafiłam na stronę wydawnictwa Prószyński i S-ka, na której bardzo niskie ceny ponownie skłoniły mnie do zakupów. Tym razem była to klasyka oraz książki nieco starsze:



Wszystko czego wam nie powiedziałam,
Celeste Ng  
Subtelny urok samobójstwa, Judith Claire Mitchell  
Europejczycy, Henry James
Amerykanin,
Henry James
Wojna kobiet,
Sally Armstrong
1914. Rok końca świata,
Paul Ham
W ślady Kolumba. W pępku Ameryki,
Melchior Wańkowicz
W ślady Kolumba. Królik i oceany,
Melchior Wańkowicz

A Wy, poszaleliście w kwietniu? W końcu to wyjątkowy miesiąc, którego jeden dzień poświęcony jest książkom :)

środa, 26 kwietnia 2017

Fioletowy hibiskus, Chimamanda Ngozi Adichie

Fioletowy hibiskus to debiut Chimamandy Ngozi Adichie wydany w Polsce po raz pierwszy w 2004. Odkąd w ubiegłym roku przeczytałam Amerykaanę jasne było dla mnie, że sięgnę po wszystkie książki tej autorki, które zostały lub zostaną wydane w języku polskim.
Chociaż akurat w tym przypadku sprawdziła się zasada, że po książki danego pisarza warto sięgać chronologicznie. Nie ma co ukrywać, że świetnie napisana i wielowątkowa Amerykaana bardzo wysoko ustawiła poprzeczkę.

Fioletowy hibiskus opowiada historię piętnastoletniej Kambili i jej rodziny: brata i rodziców. Należą oni do nigeryjskiej elity i żyją zupełnie inaczej, niż ponad 95 % pozostałych mieszkańców kraju. Rodzina mieszka w ogromnym domu przypomninającym pałac, otoczona wszelkim luksusem. Mimo to w życiu Kambili i jej brata brak jest radości i beztroski. Ich dnie, zaplanowane do ostatniej minuty, wypełnione są nauką, modlitwą i czasem dla rodziny. Zamknięci w złotej klatce nie mają kontaktu z rówieśnikami, nie wolno im oglądać telewizji, wygłupiać się i zwyczajnie nudzić. Nie spotykają się z dalszą rodziną, co sprawia, że nie znają nigeryjskich tradycji i obrzędów, tak istotnych w codziennym życiu mieszkańców tego kraju.
Dzieje się tak, gdyż wszelkie domowe zasady ustala ojciec - religijny fanatyk i sadysta. Najważniejsza
jest dla niego wiara katolicka i jego pozycja w kościelnej wspólnocie, a życie najbliższych musi toczyć się według surowych reguł, za których złamanie grożą ciężkie fizyczne kary. Mimo to Kambila uwielbia swojego ojca, a jego zdanie jest dla niej świętością. Tak została wychowana i nie zna innego życia.
Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy Kambila i jej brat wyjeżdżają do swojej ciotki, siostry ojca, która jest profesorką na uniwersytecie. Atmosfera panująca w jej domu, pełna swobody, wzajemnego szacunku i swobodnych dyskusji na wszelkie tematy, sprawia, że dziewczynka po raz pierwszy w życiu zaczyna się zastanawiać nad sytuacją panującą w jej rodzinnym domu. Ten wyjazd okaże się kamykiem wywołującym lawinę, której nie sposób będzie zatrzymać...

Niekwestionowaną zaletą pisarstwa Adichie jest, widoczna już w tym debiucie, umiejętność opisywania świata w przeróżnych odcieniach szarości. Autorka powstrzymuje się od jednoznacznego oceniania swoich bohaterów, pokazując ich w sytuacjach dowodzących złożoności ich charakteru. Dodatkowym atutem jest lekkość stylu pisarki. Tę powieść czyta się bardzo szybko i mimo, iż porusza ciężkie tematy, jest to lektura przyjemna. Tekst Adiche nie epatuje rozwlekłymi opisami scen przemocy, wręcz przeciwnie: zło jest obecne i wyczuwalne w tekście, ale nie dominuje.
Przeszkadzały mi w powieści dwie kwestie: wątek księdza, który jest przerysowany, banalny i nie do końca dopracowany. Łatwo się domyślić, że jest to postać, której przypadła rola osoby mającej wpłynąć na zmiany w zachowaniu Kambili i wzmocnić jej wiarę w siebie. Nie przekonał mnie jednak sposób, w jaki autorka tę postać przedstawiła.
Jednak najbardziej zabrakło mi w powieści wyjaśnienia, dlaczego ojciec rodziny postępuje w taki, a nie inny sposób. Autorka wprawdzie dość dobrze pokazała złożoność jego postaci, która z jednej strony psychicznie terroryzuje i fizycznie rani najbliższych i jednocześnie hojnie wspiera dziesiątki potrzebujących, a z drugiej niejednokrotnie daje upust emocjom świadczącym o miłości do rodziny. Nic nie wiemy o tym, co napędza go do działania i skąd się bierze jego agresja.

Nie zmienia to jednak mojego głębokiego przekonania, że warto czytać Adichie!

Ocena: 4+/6 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Wyspa łza, Joanna Bator

Wielu polskich pisarzy regularnie wyznaje w wywiadach prasowych i w rozmowach z udziałem publiczności, jak ciężką i wyczerpującą pracą jest dla nich pisanie powieści. Joanna Bator postanowiła napisać na ten temat książkę.
W tym celu wybrała się na kilka tygodni na Sri Lankę, by podążając tropem zaginionej przed laty amerykańskiej turystki, Sandry Valentine, odnaleźć zagubione natchnienie: "Jadę więc z czarnym zeszytem tropem Innej kobiety, by napisać reportaż literacki z przygód własnego ja w tropikach. Nie ma co liczyć ani na klasyczną autobiografię, ani na historię detektywistyczną, ale wycisnę z miąższu rzeczywistości samą esencję prawdy i doprawię ją zapachem cynamonu." (str. 30)

W wyniku tej podróży powstała bardzo osobista relacja o trudnościach związanych z pisaniem i o szczególnych wymaganiach procesu twórczego. Czytamy w niej o kobiecości, o kryzysie i próbach wyjścia z niego, o życiu i samotnej podróży, o odkrywaniu nowych miejsc, czy wreszcie o towarzyszącym podróżowaniu poczuciu obcości. Ten tekst stanowi mieszankę gatunków literackich, jest opowieścią z pogranicza fantazji i rzeczywstości, a jego wymowa ma refleksyjny, momentami filozoficzny charakter.
 "... bo z grubsza tak to zwykle wygląda, że wyrusza się w życiu po coś innego niż to, z czym się ostatecznie wraca." (str. 90)

Jest to niezwykle intymna książka Bator, w której pisarka momentami bardzo się obnaża. Uważny czytelnik wypatrzy w niej wiele wątków autobiograficznych, motywów z jej twórczości oraz małych, nieszkodliwych dziwactw. Wyspa łza jest tekstem bardzo zmysłowym, gęstym od emocji, głębokich przemyśleń i analiz. Żar tropików niemalże bucha z niektórych stron, a wyobraźnia czytelnika wyrusza w fascynującą podróż.

"Pierwszy etap emancypacji jest ruchem od, a jego energia przypomina w niektórych przypadkach bycie wyrzuconym z katapulty i pędzi się tak coraz dalej i dalej, by w końcu zmierzyć się z bolesną prawdą, że aby wolność smakowała bez winy, trzeba wrócić i spróbować zrozumieć to, przed czym się uciekało." (str. 250)

Spotkałam się w internecie z opiniami, że jest to książka grafomańska. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Bator jest mistrzynią w posługiwaniu się polszczyzną, w uwalnianiu słów, tworzeniu nowych związków frazeologicznych. Autorka ma odwagę bawić się słowami, a błyskotliwe, czasem przewrotne zdania, które w ten sposób powstają są po prostu fantastyczne.
Przyznaję, że nie jest to książka dla każdego, nie jest to książka łatwa w odbiorze, którą można czytać na kolanie, w autobusie, w biegu. Jest to lektura wymagająca zastanowienia, czy może nawet kontemplacji. Trzeba się przy czytaniu Wyspy łzy trochę wysilić: pomyśleć, uruchomić wyobraźnię i własną wrażliwość. Ale to proza bez wątpienia piękna i warta uwagi.
Lekturę dodatkowo uprzyjemnia staranne wydanie książki: druk na dobrej jakości papierze, twarda okładka, szyte strony. Doskonale dobrane do tekstu przepiękne, klimatyczne zdjęcia Adama Golca pomagają wyobraźni wtoczyć się na właściwe tory.

"Po raz kolejny dociera do mnie, jak narcystyczną przyjemnością jest podróż, bo przecież człowiek wtedy zajmuje się głównie sobą - od wiecznego niepokoju, czy ma wszystko, co potrzebne, by utrzymać w formie ciało, po o wiele trudniejszą obsługę duszy." (str. 281)

Dla mnie jest to książka absolutnie wyjątkowa!

Ocena: 6/6

czwartek, 20 kwietnia 2017

Sekretne życie pszczół, Sue Monk Kidd

Bohaterką powieści Sue Monk Kidd jest czternastoletnia Lily, półsierota, która mieszka z gburowatym i brutalnym ojcem na farmie pośród plantacji brzoskwiń. Najbliższą jej osobą jest czarnoskóra opiekunka Rosaleen, którą ojciec zatrudnił po śmierci matki Lily, gdy dziewczynka miała zaledwie cztery lata.
Jest połowa lat sześćdziesiątych, w społeczeństwie amerykańskim kwitną rasizm i segregacja rasowa, a w Białym Domu prezydent podpisuje ustawę o prawach obywatelskich, która umożliwi ciemnoskórym m.in. uczestnictwo w wyborach.

I to właśnie podczas drogi do kościoła, w którym rejestrowano nowych wyborców, dochodzi do incydentu, w wyniku którego Lily w towarzystwie Rosaleen ucieka z domu. Po niedługiej podróży autostopem i nocy spędzonej w lesie obie trafiają do różowego domu zamieszkanego przez trzy siostry: August, May i June. Kobiety udzielają schronienia uciekinierkom w zamian za pracę: Lily pomaga przy pszczołach, a Rosaleen w obowiązkach domowych. Mijają tygodnie, podczas których zacieśniają się więzy przyjaźni, a Lily coraz bardziej zbliża się do rozwiązania tajemnicy śmierci matki. W tle rozgrywa się jeszcze kilka dramatycznych i miłosnych wątków, a całość wieńczy szczęśliwe zakończenie.

Gdybym przeczytała tę powieść jakieś piętnaście lat temu, byłabym zachwycona. Zwłaszcza, że jej klimat i poruszona tematyka przypominają mi uwielbianą wtedy książkę Harper Lee pt. "Zabić drozda".
Ale czytałam ją teraz, głównie dla rozluźnienia przed snem, i muszę stwierdzić, że to po prostu sprawnie napisana historia o dorastaniu i szukaniu akceptacji oraz własnego miejsca na świecie.
Brzmi banalnie? No właśnie taka jest ta powieść: prosta, ciepła jak sierpniowe powietrze nad miasteczkiem w Tiburon i przesłodzona, niczym ociekająca miodem kanapka. Sue Monk Kidd sięgnęła po chwytliwy temat, z którego, trzeba jej przyznać, rozwinęła optymistyczną, lekką historię z przesłanie.
Jest to książka dobra na poprawę humoru. I niewiele więcej.

Ocena: 4/6

czwartek, 13 kwietnia 2017

Cesarz Ameryki. Wielka ucieczka z Galicji, Martin Pollack

Pod koniec XIX i na początku XX wieku dziesiątki tysięcy kobiet i mężczyzn z Galicji opuściło rodzinne strony i wyruszyło do Ameryki Północnej lub Brazylii w poszukiwaniu lepszego życia. Dla niektórych była to podróż w jedną stronę, inni pokonywali ocean wielokrotnie, regularnie i z rutyną przemieszczając się między kontynentami.
Wśród odważnych, którzy opuszczali rodzinne wioski i miasteczka Galicji byli Żydzi, Rusini, Słowacy i Polacy. Wszyscy uciekali przed ogromną biedą, sprzedawali wszystko, co tylko dawało się spieniężyć i często w jednej koszuli, bez bagażu, wsiadali na statek. Miganci byli narażeni na wiele niebezpieczeństw: napady, oszustwa i kradzieże były na porządku dziennym. Zawsze istniało także ryzyko, że po długiej podróży urzędnicy zabronią im zejścia na ląd i odeślą z powrotem do Europy. 

Wielka ucieczka, to główny temat książki, ale ten historyczny reportaż porusza dziesiątki aspektów, które z tą masową migracją były związane. Wiele miejsca zajmuje opis katastrofalnej sytuacji materialnej, w jakiej żyły tysiące chłopów galicyjskich. Brak zainteresowania nimi ze strony władz oraz absolutny brak perspektyw na najmniejszą choćby poprawę sytuacji kończył się wyludnianiem całych wiosek i miasteczek.
Tematem są także kulisy całego przemysłu migracyjnego, który powstał i rozwijał się nie tylko w miastach portowych Bremie i Hamburgu, z których to mieszkańcy Galicji wyruszali w podróż, ale na całej trasie łączącej najodleglejsze wioski z wybrzeżem. Masa biednych, niewykształconych i naiwnych imigrantów natrafiała na nieuczciwych pośredników, brutalnych oszustów i skorumpowanych urzędników. Dochodziło do wielu przestępstw: od drobnych kradzieży i sprzedaży fałszywych biletów na statki, aż po handel ludźmi, z którymi władze nie potrafiły sobie poradzić.

Mam do tej książki kilka zastrzeżeń. Po pierwsze autor nie uznał za stosowne używania w tekście cudzysłowu do oznaczenia informacji zapożyczonych z innych tekstów. Mało tego, w książce zabrakło także bibliografii. A szkoda. Bardzo chętnie dowiedziałabym się, gdzie mogę szukać informacji by pogłębić swoją wiedzę na poszczególne tematy reportażu. Ponadto oczywiste jest, że autor wiele informacji czerpał ze źródeł. Brak ich wyraźniego oznaczenia przeszkadzał mi w odbiorze tekstu. Podobnie jak brak podpisów pod zdjęciami.
Drugim zastrzeżeniem jest ewidentna dominacja jednego z tematów, obecna właściwie we wszystkich rozdziałach, a mianowicie kwestia przestępstw emigracyjnych. Opisy procesów, kar, czy prób działań prewencyjnych są momentami bardzo szczegółowe, a kilkakrotnie zdarzają się Pollackowi powtórzenia. W podziękowaniu pod koniec książki autor wspomina pracę Grzegorza Marii Kowalskiego z UJ, którego praca o przestępstwach emigracyjnych w Galicji była dziełem, do którego często sięgał. No właśnie.
Myślę, że gdyby bibliograficzne poszukiwania autora były bardziej staranne i owocne, Cesarz Ameryki stałby się pełniejszym obrazem i zyskał status lektury bardzo dobrej. Brakowało mi np. informacji o losach osób, które do Ameryki docierały, o ich pierwszych krokach w nowym kraju, bez znajomości jego języka i obyczajów. Pollack opisuje jedynie jedną miejscowość, w której w kopalnich pracowało szczególnie dużo Słowaków.
Poza tym lekko chaotyczna struktura i brak wyraźnych tematycznych różnic między rozdziałami utrudniały mi lekturę. Pozostało po niej uczucie niedosytu: poznałam wiele interesujących faktów, ale w mojej głowie powstały nowe pytania i chęć pogłębienia wielu kwestii.

Mimo tych niedociągnięć dostajemy to rąk dobrą, wielowątkową książkę, z której wiele można się dowiedziać na wszelkie tematy związane z falą migracji z Galicji przed pierwszą wojną światową. Tekst napisany jest przystępnie, jego lektura jest interesująca i wciąga.

Małgorzata Szejnert napisała o niej, wydanej w 2011 roku: Książka o piorunującej aktualności, jeśli słuchamy wieści ze świata. Dziś, sześć lat później, ta aktualność jest jeszcze bardziej piorunująca, a Pollack podsuwa odpowiedzi i pomaga zrozumieć, że migracje nie są niczym nowym w historii.
Niedługo zamierzam sięgnąć po reportaż Szejnert Wyspa klucz.

A może ktoś z Was czytał coś na temat wielkiej emigracji i może polecić mi konkretne pozycje?

Ocena: 5/6 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Kolor herbaty, Hannah Tunnicliffe

Przesłodzona, ociekająca różem okładka powinna była mnie odstraszyć, ale tak się nie stało. Z powodów, których nie jestem już w stanie sobie przypomnieć, kiedyś tę książkę kupiłam i postawiłam na półce... W końcu, po kilku latach, przeczytałam ją w ramach wiosennych porządków.

Główną bohaterką Koloru herbaty jest młoda kobieta o imieniu Grace, która ma całą górę osobistych problemów (toksyczna relacja z matką, brak ojca, niemożność zajścia w ciążę, kłopoty w małżeństwie), a mimo to decyduje się na otworzenie własnej kawiarni. W końcu nie od dawna wiadomo, że pieczenie ciastek i parzenie kawy to, obok otwierania pensjonatu, remedium na wszelkie możliwe życiowe trudności. Produktem flagowym kawiarni są autorskie makaroniki w przeróżnych kolorach i smakach, które Grace wypieka z ogromnym zaangażowaniem.

Aby czytelnikowi się nie nudziło, autorka postarała się o szczyptę egzotyki i na miejsce akcji wybrała Makau. Ta chińska wyspa jest specjalnym regionem administracyjnym i słynie z prężnie działającej gospodarki i kwitnącego hazardu, jest to od lat jeden z najbogatszych regionów na świecie. Związane jest to z pewnością z faktem, że Makau było pierwszą i najdłużej istniejącą europejską kolonią na terenie Chin, ma zatem bogate tradycje w handlu międzynarodowym. (źródło: wikipedia)

Taki stan rzeczy znajduje swoje odzwierciedlenie także w powieści: głównymi klientkami kawiarni  są białe żony bogatych biznesmenów, niepracujące, zmanierowane i głośne. Do pomocy w lokalu Grace zatrudnia dwie młode miejscowe kobiety, z którymi szybko połączy ją wielka przyjaźń, a z czasem i coś więcej... Jest więc w powieści kilka regionalnych smaczków i ciekawostek, ale zdecydowanie zbyt mało, by w pełni poczuć atmosferę tej wyjątkowej wyspy. Tak naprawdę kawiarnia Grace mogłaby równie dobrze istnieć na Majorce albo gdziekolwiek indziej.

Powieść do jednorazowego czytania, która szybko zapada w niepamięć. Autorka miała kilka ciekawych pomysłów, ale poległa na ich realizacji. Zamiast pogłębionych psychologicznie postaci oraz interesująco poprowadzonych wątków dostajemy do rąk czytadło, jakich na rynku księgarskim mnóstwo. Jest przyzwoicie, ale bez fajerwerków.

Ocena: -4/6

Wiosenne porządki