czwartek, 21 września 2017

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, Cezary Łazarewicz

Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Łazarewicza było Sześć pięter luksusu. Czytałam ją dwa lata temu i po lekturze miałam niestety sporo zastrzeżeń.

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza kupiłam w Gdyni przy okazji spotkania z autorem, które poprowadziła Anna Dziewit-Meller w ramach festiwalu Miasto słowa.
Zebrane w tomie teksty pochodzące z lat 90-tych świetnie oddają atmosferę tamtych lat. Czasy, których jedni nie chcą pamiętać wcale, a inni całkowicie negują. Oszustwa na wielką skalę, bieda i beznadzieja terenów popeegerowskich, samozwańczy spece od wszystkiego, szemrane interesy, alkoholizm, bezradność i naiwność zwykłych ludzi - to wszystko odnajdziemy w reportażach Łazarewicza.

Wyłania się z nich obraz smutnego kaju, w którym mieszkają nieszczęśliwi ludzie zawieszeni pomiędzy komunistyczną przeszłością, do której nie ma powrotu, a przerażającą, kapitalistyczną przyszłością. Ta książka pozwala nam uświadomić sobie, jak bardzo nasz kraj zmienił się w przeciągu minionych dwudziestu lat. Jednocześnie przypomina nam, skąd pochodzimy, a to, jak już wspomniałam, jest prawdą dość bolesną, o której wielu chciałoby zapomnieć. Takie wnikliwe spojrzenie wstecz pomaga zrozumieć, dlaczego niektórzy Polacy dokonują takich wyborów politycznych, jakich dokonują.

Zamieszczone w zbiorze teksty zostały napisane ok. 20 lat temu i przedrukowane bez poprawek. Szkoda, że Łazarewicz nie pokusił się o odnalezienie swoich bohaterów, czy odwiedzenie opisywanych miejsc i dopisanie dalszego ciągu tych historii. Miałam też nadzieję na nieco więcej regionalnego kolorytu, zwłaszcza, że już sam tytuł zapowiada Reportaże z Pomorza. Niestety oprócz nazw miejscowości, niewiele jest w tekstach samego Pomorza, a opisywane wydarzenia mogły się wydarzyć w dowolnym miejscu w Polsce.

Czy warto więc sięgnąć po tę książkę? Jeśli interesują was lata 90-te na polskiej prowincji i chcecie lepiej poznać naszą narodową mentalność, to na pewno tak.

Ocena: 4/6

Żoną Łazarewicza jest dziennikarka i publicystka Ewa Winnicka. Muszę przyznać, że jej książki bardziej trafiają w mój czytelniczy gust. Dotychczas przeczytałam Angoli i Londyńczyków, a na półce już czeka pożyczona od koleżanki biografia Barbary Piaseckiej-Johnson.

Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz gościli w sierpniowym odcinku Barłogu Literackiego. Ciekawie opowiadają o swoich książkach, małżeńskiej współpracy i życiu dziennikarzy. Warto obejrzeć!


wtorek, 19 września 2017

Rok królika, Joanna Bator

Oj niełatwa to była przeprawa, niełatwa. Brnęłam przez Rok królika tygodniami i wielokrotnie byłam o krok od rzucenia książki w kąt nie dokończywszy lektury. Nie zrobiłam tego, bo to w gruncie rzeczy jest dobra powieść, ale nie na pierwszy i nie na drugi rzut oka...
Im więcej czasu mija odkąd skończyłam czytać najnowszą książkę Joanny Bator i im częściej opowiadam o niej innym osobom, tym bardziej ją doceniam. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to tekst literacki, przez który się brnie. Z wyjątkiem ostatnich pięćdziesięciu stron, ale o tym później.

Zacznijmy jednak od tego, że najpierw była Wyspa łza. Niezwykła, poruszająca książka, która nie daje się wtłoczyć w sztywne literackie kategorie. Osobista, głęboka i bardzo ważna nie tylko dla autorki, ale, jak podejrzewam, i dla wielu czytelników. Bator pisała w niej m.in. o kryzysie twórczym, codziennej pracy pisarki i pomysłach na kolejną powieść, czyli właśnie na Rok królika. Opisując koszmar pogoni za natchnieniem wymieniła interesujące ją motywy: mroczne bliźniaczki, znikanie, poligamię i króliki. Ich pojawienie się w powieści nie było zatem dla mnie żadną niespodzianką. Za to częstotliwość, z jaką powracają na kolejnych stronach, w pewnej chwili stała się męcząca.
Akcja powieści toczy się bardzo powoli. Główna bohaterka, autorka bestsellerowych romansów historycznych Julia Mrok, postanawia zerwać ze swoim dotychczasowym życiem, które wiodła w towarzystwie dwóch mężczyzn. Starannie aranżuje swoje zniknięcie i jako Anna Karr trafia do Ząbkowic Śląskich, do Spa pod Królikiem. To, co jej się tam przydarza przypomina absurdalny sen bądź majaki narkomana. Atmosfera powieści jest duszna, szara, pokryta mgłą i bardzo tajemnicza. Taka, przez którą się brnie. Aż do momentu, gdy na scenę wkracza Półkownik. Wtedy akcja nabiera tempa, a całość staje się pierwszorzędną komedią omyłek - ostatnie kilkadziesiąt stron to dowód na to, że Joanna Bator całą tą powieścią puszcza do nas oko. Autorka ewidentnie bawi się z czytelnikiem: wodzi go za nos prezentując bohaterkę, którą trudno polubić i prowadzi nas do zakończenia, które niczego nie wyjaśnia.

W tej książce zachwyciła mnie językowa wiruozeria, z jaką Joanna Bator pisze takie oto zdania:
Naparapecione w oknie parteru patrzyły na ulicę wzrokiem niewinnie osadzonych więźniarek, jaki ma wiele kobiet w tym kraju. (str. 26)
Sikałyśmy tyłek w tyłek, bliskość podszyta niezrozumiałym szantażem, przemoc pokobiecenia. (str. 227)
Kamienica z początku dwudziestego wieku, nijaka, ciemnoszara jak ulepiona z kurzu i poczucia, że wszędzie stąd daleko, w oknach nieprzeniknione firanki. (st. 150)
I jeszcze jedno: Dworzec Centralny w Warszawie zawsze mnie przerażał, bo nawet po remoncie wystarczy na chwilę się zagapić, by z jasnych, czystych przestrzeni trafić w zaułek, gdzie do plastikowego kubka po ogórkach kiszonych skapuje z rany w suficie krew Żydów albo powstańców. (str. 13)

Moim zdaniem warto sięgnąć po Rok królika i wyrobić sobie własne zdanie na temat tej niezwykłej książki. Ja w każdym razie mam ogromną nadzieję, że Joanna Bator pokonała swoją twórczą niemoc i że niebawem trafi na rynek jej kolejna książka.

Ocena: 4+/6

wtorek, 12 września 2017

IX Kongres Kobiet w Poznaniu

 

Tysiące mądrych, pięknych i pełnych energii kobiet zjechało w miniony weekend do Poznania, by wziąć udział w IX Kongresie Kobiet. Myślę, że większość uczestniczek kierowała się troską o przyszłość swoją, swoich dzieci i wnucząt, a dominującym na Targach Poznańskich uczuciem był najzwyklejszy wkurw. Na polityków, na kościół, na otaczającą nas rzeczywistość. Oraz chęć zmiany i tęsknota za krajem, w którym powszechna jest tolerancja, sprawiedliwość społeczna i równe prawa dla wszystkich obywatelek i obywateli.

A co wspólnego ma Konges Kobiet z literaturą?
A no okazuje się, że całkiem sporo: feministki piszą książki (np. Agnieszka Graf, Magdalena Środa, Inga Iwasiów), a pisarki i dziennikarki angażują się w obronę praw kobiet (m.in. Sylwia Kubryńska, Olga Tokarczuk, Eliza Michalik czy Ewa Woydyłło-Osiatyńska). Podczas Kongresu miałam okazję posłuchać wszystkich wymienionych pań.
Zdjęcia robiłam komórką, więc wybaczcie ich słabą jakość.

Rozmowa z Sylwią Kubryńską i Elizą Michalik
Panel, w którym uczestniczyły Magdalena Środa, Olga Tokarczuk i Ewa Woydyłło-Osiatyńska
Olga Tokarczuk została laureatką tegorocznej Nagrody Kongresu Kobiet

W tzw. Parku kobiet stoiska miało kilka wydawnictw, m.in. poznańska Czwarta Strona. Skorzystałam więc z okazji i wspaniałych rabatów i za 75 zł kupiłam trzy książki, które już od dawna miałam na oku. Są to powieści, które cechują niebanalne i silne główne bohaterki:
Maria Panna Nilu, Scholastique Mukasonga - polecana m.in. przez dziewczyny z bloga niespodziegadki 
oraz przetłumaczone przez Paulinę Surniak z bloga miasto książek:
Dziewczyna z rewolwerem, Amy Stewart
Nocne czuwanie, Sarah Moss


Na koniec zainwestowałam 15 zł w biblię feministek:



I pamiętajcie: akcja #ratujmykobiety trwa - w całym kraju zbierane są podpisy pod obywatelskim projektem ustawy o prawach kobiet i świadomym rodzicielstwie.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Oszpicyn, Krzysztof A. Zajas

Jak tylko usłyszałam o tej książce, jasne dla mnie było, że ją kupię i przeczytam. Thriller z elementami horroru, którego akcja dzieje się we współczesnym Oświęcimiu!?!? Nie trzeba mi dwa razy powtarzać. Szybciutko sprawdziłam jeszcze, kim jest autor i dodałam Oszpicyn do listy zakupów.
I od kilku zdań na temat autora zacznę. Krzysztof Zajas jest literaturoznawcą, kulturoznawcą i tłumaczem. Jest także profesorem Uniwesytetu Jagiellońskiego, gdzie pełni obowiązki  Kierownika Katedry Międzynarodowych Studiów Polonistycznych. Napisał kilka książek naukowych z zakresu kulturoznawstwa oraz, zafascynowany twórczością Stephena Kinga, trylogię grobiańską (której nie czytałam). Zajas urodził się w Oświęcimiu i to właśnie tam umieścił akcję swojej najnowszej książki. Tytułowy Oszpicyn to Oświęcim właśnie. Tak nazywali swoje miasto mieszkający tam przed wojną Żydzi.

Główny bohater, młody dziennikarz pochodzący z Krakowa, Wojtek Jaromina, przybywa w 1994 r. do Oświęcimia, by podjąć pracę w lokalnej gazecie. Bardzo szybko okazuje się, że w mieście dzieją się dziwne rzeczy. W tajemniczych okolicznościach giną kolejni mieszkańcy, dzieci zaczynają zachowywać się jak zombi, a na ulicach pojawiają się setki nie bojących się niczego szczurów. Mało? Nad miastem unosi się tajemnicza łuna światła, a ziemia drży i z jej głębi słychać jęki i szumy...
Jaromin, jak na młodego, ambitnego dziennikarza przystało, zaczyna zadawać niewygodne pytania i coraz lepiej poznaje mroczną przeszłość miasta - dość szybko uzmysławia sobie, że tragiczne wydarzenia wstrząsające Oświęcimiem są związane z wydarzeniami z czasów wojny. Nie przypadkowo też to właśnie Jaromin staje się główną osobą próbującą rozwikłać zagadkę. Powieść została podzielona na trzy części - trzy etapy jednej historii, rozłożonej w czasie. Akcja rozgrywa się w 1994, 1999 i 2004 roku. W każdym z nich poznajemy kolejne elementy układanki, choć to nie o kryminalną zagadkę w tej książce chodzi.

Thriller z elementami horroru to gatunek idealny, aby w nieco przerysowany sposób, poruszyć bardzo trudny temat, czyli kwestię niechlubnych działań Polaków wobec ich żydowskich współmieszkańców podczas wojny. Myślę, że Zajas napisał książkę o winie i człowieczeństwie. O odpowiedzialności za grzechy przodków, o zadośćuczynieniu i o odwracaniu głowy - trzeba przyznać, że są to tematy nad wyraz aktualne. Mamy więc w książce legendy o żydowskim złocie i zakopanym skarbie, mamy nieuczciwych szabrowników, bezwzględnych oszustów oraz ich potomków. Całe miasto tychże potomków. Miasto, w którym niemalże każda rodzina skrywa tragiczne tajemnice, i drży, by nie wydostały się one na światło dzienne. Jednak ludzka chciwość potrafi przetrwać lata i kolejne generacje. A ruszona ziemia staje się punktem wyjścia do tej niebanalnej opowieści.

Oszpicyn jest bardzo dobrze napisaną, niezwykle wciągającą i bardzo ważną książką. I tak, autor posługuje się mało oryginalnymi zagraniami znanymi z trzecioligowych horrorów. Ale to nieważne. Bo ta historia porusza do głębi, budzi silne emocje i długo zostaje w czytelniku. Bardzo polecam!

"Tu jest pięknie, bo milion ludzi przywiozło piękno ze sobą, bardzo dużo piękna. Każdy swój maleńki kawałeczek, o , tyci. I kiedy poszli przez komin do nieba, wszystkie te kawałki spłynęły w jedną wielką piękność, a ta rozlała się po okolicy i osiadła na pejzażu aż po horyzont. Dlatego nie możesz zapomnieć krajobrazu i wracasz. Fosforyzująca energia ludzkich dusz. Drobinki uczuć, kryształki miłości, czułe obłoki. I wiesz co? Kiedy już raz zobaczyłeś, będziesz zawsze wracał, bo ona ci nie da spokoju ta piękność. Będziesz ją kochał i cierpiał. Jak w miłości." (str. 151)

Ocena: 5+/6

piątek, 25 sierpnia 2017

Zakupy sierpniowe i miejsce dla moli

W sierpniu przybyło mi trzynaście nowych książek...

Na początku miesiąca dotarła do mnie paczka z księgarni internetowej Znaku, która oferowała 55% zniżki na wybrane tytuły. Nie zastanawiałam się długo, bo w ofercie były naprawdę świetne książki :)


Natomiast w połowie miesiąca wybraliśmy się na wycieczkę do Poznania.
Również w tym mieście mam swoją ulubioną księgarnię. Jest nią Bookarest w Starym Browarze. To wyjątkowo atrakcyjne miejsce dla moli książkowych, które w swojej ofercie ma starannie wyselekcjonowane tytuły i przepyszną kawę. Można więc spokojne uzbierać sobie stosik interesujących pozycji i zagłębić się w jednym z szarych bookarestowych foteli.

Mój stos (i moje cappuccino) wyglądały tak:


A tak wygląda sama księgarnia:

















Wejście do raju:























Nie obyło się oczywiście bez zakupów. Tym razem ograniczyłam się do trzech książek:

A co nowego pojawiło się w tym miesiącu na Waszych półkach?

środa, 23 sierpnia 2017

Jak podróżować z łososiem, Umberto Eco

Zbiór esejów zmarłego w ubiegłym roku popularnego włoskiego filozofa, bibliofila i mediewisty to dobra lektura na urlop. I to nie tylko na urlop we Włoszech.
Krótkie, zwykle trzy-cztero stronicowe teksty, z których część została już raz wydana w Polsce w tomie pt. „Zapiski na pudełku zapałek”, doskonale się nadają do nieśpiesznego podczytywania przy kawie, na plaży czy w ogrodzie. Nieśpiesznego, bo wymagającego skupienia i spokoju. Mamy bowiem do czynienia z tekstami wypełnionymi licznymi odniesieniami do literatury, historii, filozofii, czy polityki.

Eco opisuje zwykłe, codzienne sytuacje z życia profesora uniwersyteckiego, które niejednokrotnie są jedynie wstępem do intelektualnych rozważań na dany temat. Teksty napisane w latach 1975 - 2012 stanowią bardzo różnorodny wachlarz tematyczny. Czytamy m.in. o tym, jak jeść lody, jak podróżować amerykańskimi pociągami, jak kupować gadżety bądź radzić sobie z taksówkarzem. Wśród tekstów znajdują się także takie, których już sam tytuł wskazuje na ich filozoficzny charakter: jak wykorzystywać czas, jak się zaczyna, jak kończy, czy też jak usprawiedliwić posiadanie domowej biblioteki. Temat książek zresztą, jak na prawdziwego bibliofila przystało, pojawia się w zebranych w tym tomie esejach dość często.

Podczas lektury przyszła mi do głowy myśl, że Eco opisuje bardzo męski świat. W jego naukowej, okołouniwersyteckiej codzienności niemalże wcale nie ma kobiet. I mimo, iż autor niejednokrotnie udowadnia, że ma poczucie humoru i spory dystans do siebie, między linijkami wyczułam poczucie wyjątkowości i wyższości, które zdecydowanie nie są tym, czego szukam w literaturze.

Generalnie była to dla mnie ciekawa lektura i z pewnością sięgnę po najpopularniejszą książkę Eco, czyli Imię róży, której naprawdę jeszcze nie czytałam. 

Ocena: 4+/6

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Projekt: prawda, Mariusz Szczygieł

Na pomysł napisania tej książki Mariusz Sczygieł wpadł przypadkiem.
W bibliotece Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie natknął się pewnego dnia na pożółkłą powieść zapomnianego polskiego autora Stanisława Stanucha. Krótki fragment szczególnie przemówił do Mariusza Szczygła: "[...] każdy rozsądny człowiek powinien dążyć do prawdy, starać się odkryć w swoim życiu jedną, bodaj najmniejszą prawdę. W przeciwnym razie życie jego wydawać się może zmarnowane." (str. 35).
Przemówił i zainspirował reportera do napisania własnej książki, kóra stanowi zbiór prawd różnych ludzi: tych znanych autorowi i tych całkiem obcych, spotkanych przypadkowo np. na ulicy. W wyniku licznych rozmów powstały króciótkie teksty o prawdzie.
Ponadto w książce znajdziemy przedruk powieści Stanucha, której akcja dzieje się w 1959 r. Jest to minimalistyczna, charakteryzująca się niemalże całkowitym brakiem akcji opowieść o młodym, dwudziestosześcioletnim mężczyźnie, którego bezsensowne życie przepełnione jest dojmującą samotnością. Odczuwa on bardzo silne pragnienie bycia z innymi ludźmi, a jednocześnie nie opuszcza go wrażenie bycia niewidzialnym. Jest to tekst o wymowie uniwersalnej: mimo iż powstał w czasach głębokiego stalinizmu, nie sposób odnaleźć w nim cech tamtej epoki. 

Do sięgnięcia po tę książkę zachęciła mnie obietnica eksperymentu literackiego oraz nazwisko autora. Jednak dziś, po kilku tygodniach, jakie minęły od lektury stwierdzam, że mam do niej stosunek obojętny. Nie dowiedziałam się z niej niczego nowego, nie doznałam żadnych olśnień i nawet nie miałam szczególnej przyjemności z czytania. Teksty Szczygła czyta się jak zawsze błyskawicznie, ale nic mnie przy nich nie zatrzymało na dłużej. Żaden z nich w jakiś szczególny sposób nie przykuł mojej uwagi. Natomiast do czytania powieści Stanucha momentami musiałam się przymuszać. Jest to ewidentnie książka nie dla mnie.

Ocena: 3+/6

W kultowej rozmowie z Katarzyną Marcysiak Szczygieł wyznał jak brzmi jego własna życiowa prawda: "Trzeba tak żyć, żeby miał cię kto trzymać za rękę jak będziesz umierał bądź umierała." Zachęcam do wysłuchania rozmowy.



środa, 16 sierpnia 2017

Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci, Anna Kamińska

Wanda Rutkiewicz była bez wątpienia postacią wyjątkową. Nazywana królową polskiego himalaizmu jako pierwsza Europejka wspięła się na Mount Everest i jako pierwsza kobieta na świecie zdobyła szczyt K2.

Swoją przygodę z górami wysokimi rozpoczęła w latach 60-tych, co oznaczało, że musiała pokonywać nie tylko własne słabości i lęki, ale i walczyć z peerelowską codziennością, brakiem odpowiedniego sprzętu i pieniędzy na zagraniczne wyprawy. Należy także pamiętać, że ówczesna sytuacja polityczna nie sprzyjała dalekim podróżom.
Zaangażowana członkini Klubów Wysokogórskich, autorka wielu książek i artykułów, znana z gazet i telewizji Wanda Rutkiewicz w życiu prywatnym nie miała wiele szczęścia.

Urodziła się w środku wojny, w 1943 r. w Płungianach, niewielkim miasteczku na terenie obecnej Litwy. Po wojnie jej rodzina na stałe zamieszkała we Wrocławiu, w poniemieckiej willi, która latami miała status ruiny. Po tragicznej śmierci brata, jej rodzice odsunęli się od siebie, a Wanda przejęła rolę głową rodziny. Zawsze niezależna i od najmłodszych lat bardzo ambitna miała najlepsze predyspozycje do uprawiania sportu. Najpierw przez lata grała w siatkówkę, aż pewnego dnia odkryła swoje życiowe przeznaczenie, czyli wspinanie. Pierwsze skałki zdobywała w okolicach Jeleniej Góry podczas wyjazdów studenckich.
Pracowała jako inżynier-elektronik w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych we Wrocławiu, a później w Instytucie Maszyn Matematycznych w Warszawie, ale cały swój wolny od pracy zawodowej czas przeznaczała na organizowanie i realizowanie kolejnych wypraw. Bardzo ważna była dla niej kwestia równouprawnienia kobiet w środowisku himalaistów. Organizowała międzynarodowe wyprawy kobiece i nieustannie udowadniała, że jest równie dobra, albo nawet lepsza od wspinających się z nią mężczyzn. Dwukrotnie wychodziła za mąż, ale nigdy nie została matką. Miała wielu kochanków, ale najwyżej ceniła sobie wolność i niezależność. Zmarła w wieku 49 lat podczas ataku szczytowego na Kanczendzongę (drugiego co do wysokości szczytu w Himalajach).

Anna Kamińska, którą miałam przyjemność poznać podczas prezentacji tej książki na Big Book Festiwalu 2017, wykonała ogromną pracę, której wynikiem jest przepięknie wydana biografia, wzbogacona sporą kolekcją zdjęć. Kamińska nie tylko wykorzystała liczne artykuły prasowe, dokumenty i książki, ale i dotarła do wielu osób, które Wandę znały, także z gór, i podzieliły się z autorką swoimi wspomnieniami. Z tych bardzo osobistych opowieści wyłania się obraz kobiety o bardzo złożonej naturze. Kobiety, która nie miała łatwego charakteru, przez co często wikłała się w przeróżne konflikty. Wreszcie kobiety, która bardzo często była otoczona ludźmi, a mimo to czuła się samotna i niezrozumiana.
  
Na nieszczęście dla Wandy w marcu czytałam Simonę, która dla mnie była książką idealną. W przypadku tej pozycji mam niestety zastrzeżenia. Pierwsze i najważniejsze dotyczy panującego w książce chaosu. Miałam wrażenie, że niektóre informacje pojawiają się w tekście wielokrotnie, co dawało podczas lektury wrażenie powtarzalności. Chwilami gubiłam się w chronologii, męczyły mnie liczne dygresje, brakowało mi w tekście spójności. Pewnie dlatego lektura nieco mi się dłużyła i nie była bardzo wciągająca.
Drugą sprawą jest kwestia ojca Wandy: zarówno jego stopniowe oddalanie się od rodziny, jak i tragczna śmierć. Miałam wrażenie, że Kamińska jednocześnie stara się zaspokoić ciekawość czytelnika dostarczając mu informacji, a z drugiej strony chciała chronić prywatność rodziny Błaszkiewiczów. Wynikiem tego niezdecydowania jest wielokrotnie powtarzający się wątek oraz niedomówienia.

Mimo tych dwóch niedociągnięć książkę oczywiście serdecznie polecam. Zdecydowanie warto zapozać się z pełnym pasji, wyrzeczeń i ciągłej walki życiem Wandy Rutkiewicz... a potem sięgnąć po opowieść o Simonie Kossak :)

Ocena: 4+/6 

czwartek, 10 sierpnia 2017

Totalnie nie nostalgia, Wanda Hagedorn & Jacek Frąś

Wśród wydawanych w ostatnim czasie sentymentalnych opowieści o sielskim dzieciństwie w PRLu książka Wandy Hagedorn bardzo się wyróżnia. Nie tylko różową okładką i sporym formatem.

Po pierwsze jest to komiks. Sugestywne, dość blade i mroczne rysunki Jacka Frąsia silnie działają na wyobraźnię i potęgują przekaz tekstu, na który, siłą rzeczy, nie ma w komiksie zbyt wiele miejsca. Po drugie jest to opowieść autobiograficzna, która bez wątpienia stanowiła ważny element terapii autorki. Jest więc opowieścią poszarpaną, w której na kolejnych stronach odkrywamy przeszłość Wandy Hagedorn i jej wybiórcze wspomnienia. Po trzecie memuar ten jest bardzo szczerą, bolesną i osobistą relacją z dorastania w kraju, którego obywatele musieli się codziennie zmagać z przeróżnymi opresjami i brakami. Podważanie autorytetów i zdradzanie rodzinnych tajemnic jest w tym przypadku obowiązkowym elementem całości. Po czwarte mamy po raz kolejny do czynienia z autorką mieszkającą od lat za granicą (podobnie jak np. Grażyna Plebanek czy Wioletta Grzegorzewska), która w niezwykle trafny sposób wypunktowuje bolesne tematy, tak chętnie od pokoleń zamiatane w naszym kraju pod dywan. Wynika z tego, że dystans geograficzny i kulturowy ułatwia pisarkom spojrzenie na Polskę z innej perspektywy i dodaje odwagi w poruszaniu w swych książkach tzw. trudnych tematów.

Uważam, że jest to BARDZO ważna pozycja na polskim rynku. Książka, która okaże się dla wielu czytelników drogowskazem w rozprawianiu się z własnym dzieciństwem i w nazywaniu pewnych zjawisk po imieniu. Główna bohaterka, mała Wandzia, ma trzy młodsze siostry, pasywną matkę i ojca tyrana. Dzieciństwo spędza w poniemieckim Szczecinie, gdzie żywe wspomnienie wojny jest wszechobecne, choć nie do końca nazwane. Hagedorn otwarcie porusza trudne kwestie: chorobę Alzheimera, molestowanie seksualne, dojrzewanie płciowe, patriarchat i brak głębokich rodzinnych więzi. Ale poruszanych tematów jest dużo więcej - myślę, że każdy wyłuska z Totalnie nie nostalgii inne treści, w zależności od własnych doświadczeń i wrażliwości.
Trzeba przy tym pamiętać, że różowy kolor okładki jest bardzo zwodniczy. Należy raczej zwrócić uwagę na nosorożca: lektura memuaru nie jest przyjemnością. Wręcz przeciwnie: jest to trudna, momentami bolesna, podróż w przeszłość, podczas której głęboko skrywane sekrety mogą się wydostać na powierzchnię. Książka zadra. Książka, o której można gadać godzinami. Czytałyśmy ją na lipcowe spotkanie Klubu Miłośniczek Książek razem z Gugułami. Te dwie pozycje wiele łączy: kobieca narracja, opisywany kraj i poruszane tematy: dorastanie i rodzina. Mimo to są to dwa kompletnie różne spojrzenia i dwie odmienne narracje. To jest moc literatury!
I owszem można się przyczepić, że cała historia nieco się rozłazi i brak jej głównego wątku trzymającego całość w ryzach. Ale to chyba nie o to w tej książce chodzi.

Czytajcie ten wyjątkowy memuar - moim zdaniem warto!

Ocena: 5/6

poniedziałek, 31 lipca 2017

Istota zła, Luca D'Andrea

Od czasu do czasu lubię przeczytać wciągający thriller. Zwłaszcza wtedy, gdy porusza on interesujący mnie w danym momencie temat. Rzadko sięgam po ten gatunek przypadkowo. Kiedy więc podczas planowania wyjazdu w Alpy natknęłam się na książkę Istota zła, wiedziałam, że pojedzie ze mną na wakacje. I był to bardzo dobry wybór!

Głównym bohaterem powieści jest Jeremiasz Salinger, filmowiec z Nowego Jorku, który przenosi się z żoną i córką do małej wioski w Południowym Tyrolu. Siebenhoch to rodzinna miejscowość żony Salingera, w kórej nadal mieszka jej ojciec.
Na miejscu mężczyzna postanawia nakręcić film dokumentalny o pracy ratowników górskich. Podczas jednej z akcji ratunkowych dochodzi do tragicznego wypadku helikoptera, w którym ginie czterech ratowników i kobieta, której spieszyli na pomoc. Salinger jako jedyny ocalały z katastrofy musi poradzić sobie z wyrzutami sumienia, ogromną traumą i szokiem pourazowym.
Podczas rekonwalescencji przypadkiem dowiaduje się o tragicznym morderstwie sprzed lat. W mrocznym wąwozie Bletterbach zginęło w tajemniczych okolicznościach troje młodych ludzi, a sprawcy nigdy nie odnaleziono. Salinger rozpoczyna prywatne śledztwo, które szybko zamienia się w obsesję. Podczas poszukiwań natrafia na mur milczenia i niechęci ze strony mieszkańców wioski. Tajemnica goni tajemnicę, a historie sprzed lat mają coraz większy wpływ na życie całej rodziny Salingerów.

Istota zła to świetna lektura na urlop, zwłaszcza, jeśli jest to urlop w górach. Jest to wciągający, trzymający w napięciu do ostatniej strony thriller, który zadowoli wymagających czytelników. Autor świetnie buduje napięcie i wywołuje u czytelnika pierwotny lęk przed potęgą gór. Umiejętnie wykorzystuje dawne wierzenia i przesądy, sprawnie kombinując je z paranoją głównego bohatera. Ponadto D'Andrea doskonale uchwycił specyfikę Południowego Tyrolu i jego mieszkańców. Ogromną wiedzę o tym regionie, jego historii i tradycjach umieścił w szczegółach. Pojawia się ona nienachalnie, co kilka stron i sprawia czytelnikowi wielką frajdę. Zwłaszcza, jeśli znajduje się on w okolicy i niektóre lokalne osobliwości może zaobserwować także w realu.
Porównywanie autora do Stephena Kinga jest nieco przesadzone, ale biorąc po uwagę fakt, że Istota zła jest debiutem D'Andrei, z pewnością można już teraz cieszyć się na kolejne jego książki.
Polecam!

Ocena: 5/6 

W drodze przez Alpy z Austrii nad Jezioro Garda zrobiliśmy przerwę w Bolzano. Jest to miasto leżące w okolicy powieściowego Siebenhoch, które wielokrotnie pojawia się w książce. To tam ma premierę film Salingera, tam jeździ do archiwum, biblioteki i szpitala.
Zapraszam do Bolzano: