środa, 30 listopada 2016

Kraków miasto literatury: Festiwal Conrada i Targi Książki


Od Festiwalu Conrada i Targów Książki w Krakowie upłynął już ponad miesiąc. Najwyższa więc pora, by podzielić się z Wami wrażeniami z wypełnionego literaturą pobytu w stolicy Małopolski.
Organizatorzy Festiwalu każdy dzień opatrzyli mottem. Zainspirowało mnie to i dlatego każdy dzień mojej relacji również otrzymał hasło przewodnie :)

Czwartek, 27.10., KOBIECO 


Do Krakowa dotarłam w czwartek wieczorem i zostawiwszy rzeczy w hotelu przy ul. Szewskiej pomknęłam do Pałacu Czeczotki, oddalonego zaledwie o 5 minut (w ciągu całego pobytu okazało się to zbawienne, niektóre spotkania kończyły się w okolicach godziny 23.00).

Spotkaniem otwierającym dla mnie Festiwal była dyskusja pt. To nie jest kraj dla starej prozy z udziałem trzech pisarek ukraińskich: Sofiji Andruchowycz, Natalki Śniadanko i Haśki Szyjan prowadzona przez Irynę Vikyrczą. Rozmowa fascynująca, której głównym tematem była nie tylko literatura, ale i sytuacja polityczna na Ukrainie oraz pozycja kobiet w ukraińskim społeczeństwie. Najbardziej zafascynowała mnie widoczna na poniższym zdjęciu Sofija Andruchowycz, którą poprosiłam o podpis w książce Felix Austria


Piątek, 28.10., PORUSZAJĄCO

Piątkową rundę spotkań rozpoczęła rozmowa z Arturem Domosławskim na temat jego książki Wykluczeni. Reporter zdradził sporo informacji na temat przygotowań i samej pracy nad książką, podzielił się szczegółami organizacyjnymi swoich podróży oraz rozmów z bohaterami. Kwestia tego jak pomagać, by pomagać dobrze i gdzie kończy się odpowiedzialność reportera przeniosły rozmowę na nieco bardziej uniwersalną płaszczyznę.


Po południu Michał Nogaś brawurowo poprowadził spotkanie z Richardem Flanaganem, który jest niezwykle inteligentnym facetem z olbrzymim poczuciem humoru i niezwykłą charyzmą. Bardzo przyjemnie słuchało się jego opowieści o historii Australii, nawet wtedy, gdy mówił o jej ciemnych kartach. Lektura książek Flanagana jeszcze przede mną. Bardzo jestem ich ciekawa.



Najbardziej poruszającym spotkaniem całego Festiwalu, była dla mnie bez wątpienia rozmowa z syryjską pisarką, dziennikarką i działaczką społeczną Samar Yazbek. Rozmowa prowadzona była w języku arabskim i tłumaczona symultanicznie na język polski, co pozwalało zgromadzonym wsłuchać się w brzmienie języka wypowiadanego głosem kobiety. Mimo to szkoda, że organizatorzy nie zdecydowali się zatrudnić tłumacza symultanicznego - miałam wrażenie, że wypowiedzi gościa były przez tłumacza skracane. A szkoda.
Samar Yazbek od pięciu lat wraz z córką mieszka w Paryżu i stamtąd stara się aktywnie pomagać swoim rodakom w Syrii, zwłaszcza kobietom. W lecie w wydawnictwie Karakter ukazała się jej pierwsza książka w języku polskim Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii.



Na zakończenie tego pełnego wrażeń piątku Szymon Kloska rozmawiał ze Szczepanem Twardochem o Królu, o życiu i o tysiącu innych mniej lub bardziej ważnych spraw. Było to spotkanie o charakterze bardzo rozrywkowym: humor, dystans do siebie samych i luz obu panów zagwarantowały wspaniałą rozrywkę.



Sobota, 29.10., INTENSYWNIE

Z samego rana ruszyłam tramwajem spod Teatru Bagatela w kierunku EXPO. Moim celem były oczywiście krakowskie Targi Książki.
Hale targowe położone są dość daleko od centrum (45 min. jazdy tramwajem), a okolica nie przypomina raczej terenów wystawowych. Kiepsko jest także z drogą dojazdową, która była permanentnie zakorkowana. Ale udało mi się dotrzeć na czas :)



Moim głównym celem były oczywiście zakupy. Zaplanowałam także udział w trzech spotkaniach z autorami oraz zdobycie ich podpisów na książkach.
Po pierwszej rundce wśród stoisk wzięłam udział w spotkaniu z Adamem Michnikiem, którego głównym tematem była sytuacja we współczesnej Rosji oraz oczywiście obecna scena polityczna w Polsce. Spotkanie zaplanowane na 50 minut było zdecydowanie zbyt krótkie.



Z planem stoisk w ręce ruszyłam przez tłum, by zdobyć najnowszą książkę Filipa Springera 
Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast oraz podpis autora na nowiutkim, prywatnym egzemplarzu.



Poniższe zdjęcia mają za zadanie uświadomić Wam, jakie nieprzebrane tłumy odwiedziły w tym roku Tragi Krakowskie. Było gorąco, duszno i ciasno, ale jednocześnie jakoś tak radośnie ze świadomością, że jednak Polacy czytają. Szczególnie cieszyła mnie obecność rodzin z małymi dziećmi oraz liczne klasy, na oko licealne. Dobrze wiedzieć, że istnieją zaangażowani poloniści, którzy poświęcają wolną sobotę na wycieczkę z uczniami na Targi Książki :)






















Po krótkiej przerwie wybrałam się na spotkanie z Zeruyą Shalev, izraelską pisarką, której pierwszą książkę przeczytałam kilka tygodni temu.
Niestety i tu pojawił się problem z tłumaczeniem. Bardzo zaangażowany, młody tłumacz konsekutywny nie pozwalał pisarce dokończyć zdania i wypowiedzieć się w całości, wcinał jej się w słowo i rozpoczynał tłumaczenie. Nie było to, niestety zbyt udane spotkanie. Na szczęście Zeruya Shalev była jeszcze w niedzielę goście Festiwalu.



Ostatnim punktem mojego programu na Targach była rozmowa z czwórką reporterów Wielkiego Formatu: Katarzyną Boni, Paweł Reszka, Grzegorzem Szymanikiem i Włodzimierzem Nowakiem (szefem Dużego Formatu). Rozmowa wciągająca, ale BARDZO krótka. Czworo tak ciekawych dziennikarzy i tylko 50 minut czasu? To od początku było nieporozumienie. Mam nadzieję w przyszłości spotkać tych państwa w bardziej sprzyjających okolicznościach czasowych :)



Generalnie dzień spędzony na Targach był bardzo intensywny i pełen wrażeń. Zrealizowałam swój plan w całości i ochoczo ruszyłam na wieczorne spotkania festiwalowe. Muszę przyznać, że ich jakość merytoryczna była dużo lepsza, niż tych targowych...

Nagrodzona w 2013 roku Nagrodą Bookera za powieść Wszystko, co lśni nowozelandzka autorka Eleanor Catton była gościem Macieja Świerkockiego. Nie wiem, czy to kwiestia zmęczenia, czy tłumaczenia, ale rozmowa z nią okazała się najmniej ciekawa ze wszystkich, w których uczestniczyłam. Autorka jest bardzo serdeczną i otwartą osobą, jednak w porównaniu z takim Richardem Flanaganem wydała mi się bardzo młoda i niedoświadczona. Ale to moje bardzo subiektywne wrażenie.


Magda Heydel fenomenalnie poprowadziła nocną rozmowę z dwoma gigantami literatury światowej: Michaelem Cunninghamem i Richardem Flanaganem. Rozmowę o życiu, literaturze, pisaniu tysiącu innych rzeczy, która była prawdziwą intelektualną ucztą.



Niedziela, 30.10., BŁOGO

Ostatni dzień Festiwalu Conrada miał mi do zaoferowania jeszcze dwie rozmowy, które były dla mnie, z różnych względów, szczególnym przeżyciem.

W pierwszym spotkaniu uczestniczyli Grażyna Plebanek i David Van Reybrouck, a mowa była głównie o Kongu, Belgii, kolonialiźmie i jego efektach. Prowadzenie rozmowy z tak różnymi gośćmi, jakimi byli autorka powieści oraz twórca książek historycznych nie było proste, ale Maciejowi Jakubowiakowi udało się całkiem dobrze. Dowiedziałam się wiele nowego w temacie stosunków afrykańsko-europejskich.
Po zakończeniu rozmowy miałam okazję zamienić kilka zdań z Grażyną Plebanek, co szczególnie miło wspominam.


Na koniec odbyło się bardzo wzruszające, fenomenalnie poprowadzonie i jeszcze lepiej tłumaczone symultanicznie z hebrajskiego spotkanie z trojgiem autorów izraelskich: Zeruyą Shalev, Eshkolem Nevo i Yishaidem Saridem. Było to fantastyczne zakończenie fantastycznego festiwalu: obfitujące w osobiste wyznania, żarty i głębokie przemyślenia spotkanie z trojgiem wyjątkowych twórców.














































To były absolutnie wyjątkowe cztery dni. Wypełnione literaturą, intelektualnymi uniesieniami, rozmowami z innymi molami książkowymi (np. w oczekiwaniu na kolejne spotkanie, albo w kolejce po podpis autorów). Pełnia wrażeń, zdjęcia i poniższe stosy książek pozostaną ze mną na długo.

A wszystkim czytającym polecam: bierzcie udział w festiwalach literackich, których z roku na rok coraz więcej!

Z lewej nowe książki bez, a z prawej te z podpisami autorów.
W sumie 18 sztuk (jednej brakuje)....
...czyli ponad osiem kilo książek, które dzięki uprzejmości Poczty Polskiej powędrowały do domu.

wtorek, 29 listopada 2016

Historia pszczół, Maja Lunde

Kolejna książka opatrzona hasłem międzynarodowy bestseller. W jednym tomie autorka zawarła trzy opowieści, z których każda mogłaby stanowić osobną powieść. Pod koniec okazuje się, że łączy je nie tylko motyw pszczół, ale i powiązania między bohaterami.

Trzy płaszczyzny czasowe, trzy odległe od siebie miejsca na świecie i troje bohaterów - taki pomysł na powieść miała Maja Lunde, norweska autorka książek dla dzieci i młodzieży. Jej przesłaniem jest troska o ginące pszczoły, a motywacją do napisania Historii pszczół była najwyraźniej chęć zwrócenia uwagi na problem zanieczyszczenia środowiska.

W 1852 roku na angielskiej prowincji William, przyrodnik amator, właściciel sklepu z nasionami i ojciec sporej gromadki córek postanawia wstać z łoża boleści i rozpocząć pracę nad nowoczesnym ulem. Niestety na drodze do sukcesu co rusz pojawiają się mniejsze lub większe przeszkody.

Drugim miejscem akcji jest farma położona w stanie Ohio w USA. Jej właściciel George zajmuje się hodowlą pszczół, podobnie jak jego ojciec. Ciężka praca na łonie natury i troska o tysiące pszczół to jego codzienność, którą dzieli z żoną. Ich jedyny syn Tom, który w założeniu powienien odziedziczyć farmę, woli karierę nakową od pracy na farmie, a tymczasem kolejne pszczoły giną bez wyraźnej przyczyny.

Bohaterka części futurystycznej Tao, żyje w 2098 roku w Syczuanie, w świecie rodem z orwellowskiego Roku 1984. Z Europy i USA w wyniku Zapaści nie zostało zbyt wiele, a mieszkańcy Azji muszą ciężko pracować przy ręcznym zapylaniu roślin. Pszczoły wyginęły, żywność jest racjonowana, a życie generalnie przestało być zabawne. Pewnego dnia znika synek Tao, a kobieta wyrusza na samotne poszukiwania chłopca.

Maja Lunde stworzyła powieść, którą czyta się błyskawicznie i z przyjemnością. Ale książce brakuje głębi: wszystkie trzy światy zostały stworzone wg. idealnego wzorca i dopracowane do najmniejszego szczegółu. Mimo to bohaterowie książki są papierowi i płascy, a dominujący nad całością moralizatorski wydźwięk może zirytować czytelnika.
Książka jest całkiem przyzwoita, ale z tym bestsellerem to lekka przesada...

Ocena: 4+/6

poniedziałek, 28 listopada 2016

Do następnych mistrzostw, Eshkol Nevo

Książka trafiła do mojej biblioteczki już cztery lata temu. Całkiem przypadkiem wyszperałam ją w Dedalusie przy Placu Solnym we Wrocławiu. Pamiętam, że zaintrygowała mnie okładka oraz informacja, że autor należy do najpoczytniejszych współczesnych pisarzy izraelskich.

Gdy poznałam program tegorocznego Festiwalu Conrada i gdy okazało się, że uczestnikiem ostatniego festiwalowego spotkania będzie właśnie Eshkol Nevo, postanowiłam w końcu po tę powieść sięgnąć. I dobrze zrobiłam, bo to bez wątpienia jedna z najlepszych lektur tego roku.
W jednym zdaniu można stwierdzić, że Do następnych mistrzostw to historia prawdziwej męskiej przyjaźni. Przyjaźni trwającej lata, odpornej na zawirowania losowe i konflikty między przyjaciółmi. Wchodząc w temat nieco głębiej okazuje się, że to portret czterech młodych Izraelczyków, nakreślony z perspektywy jednego z nich. Portret pełen emocji i głębokich uczuć, wspólnych doświadczeń i życiowych zawirowań.

Narratorem powieści jest Juwal Frid, tłumacz z języka angielskiego, przez większość czasu singiel, ze skłonnością do depresji, który jest stale obecny w życiu swoich przyjaciół, stanowiąc dla nich opokę w każdej sytuacji. Rozpoczyna swoją opowieść w dniu finału Pucharu Świata w piłce nożnej (w końcu to powieść napisana przez faceta o facetach, piłka nożna musiała się w niej pojawić :) ) w 1998 roku. W trakcie tego wieczoru przyjaciele postanowili na małych karteczkach spisać swoje trzy marzenia na najbliższe cztery lata i odczytać je wspólnie podczas kolejnego Finału w 2002 roku. 
Ofir jest specem od reklamy, Churchill wziętym prawnikiem, a Amichaj przedstawicielem handlowym firmy medycznej, żaden z nich (Juwal także) nie podejrzewał, jak bardzo życie każdego z nich się w ciągu tych czterech lat zmieni. Więcej oczywiście nie zdradzę :)

Do następnych mistrzostw to świetnie napisana powieść, która zaskakuje, wzrusza i bawi do łez. Bardzo serdecznie polecam, a sama niebawem sięgnę po Neuland.

Ocena: 5+/6

Eshkol Nevo podpisuje mój egzemplarz książki
w Krakowie o spotkaniu w ramach Festiwalu Conrada.

środa, 23 listopada 2016

Atlas: Doppelganger, Dominika Słowik

Tak to już jest, że wkroczyłam w wiek, w którym z zaskoczeniem co rusz stwierdzam, że książki piszą i wydają sporo ode mnie młodsze osoby...
Należy do nich również Dominika Słowik, rocznik 1988, która w marcu ubiegłego roku zadebiutowała powieścią Atlas: Doppelganger. Powieścią specyficzną, napisaną bez użycia wielkich liter i bez wątpienia wartą przeczytania.

Książkę Słowik cechuje modna w osatnich czasach nielinearność narracji. Generalnie czas u Słowik jest rzeczą umowną, a i przestrzeń definiowana jest na nowo. Mamy więc w Atlasie trzy opowieści, trzy światy, które cechuje różny stopień absurdu. Światy, z których wyłaniają się osobne historie, a połączenie ich w całość stwarza nieograniczone wprost pole do popisu dla wyobraźni czytelnika i do snucia własnych interpretacji.

Na pierwszym planie jest ten najbardziej oczywisty: śląskie blokowisko, lata dziewięćdziesiąte i dwie małe dziewczynki, które bacznie obserwują transformującą się rzeczywistość. Niezwykle trafne, pełne ironii i dystansu opisy polskiej prowincji z jednej strony wywołują wybuchy śmiechu, z drugiej skłaniają do refleksji nad kondycją opisywanego w książce społeczeństwa. Celność obserwacji, trafność spostrzeżeń i wspaniała umiejętność utrwalenia na papierze, wydawałoby się, bezpowrotnie utraconych klimatów tamtych lat stanowią niepodważalne atuty powieści. Słowik stworzyła nietuzinkowy opis naszych narodowych przywar i kompleksów, umieszczony w leciutkim, na pozór, kontekście wspomnień z dzieciństwa.
Świat drugi, to wyłaniająca się z opowieści dziadka jednej z dziewczynek kraina marzynarzy, rejsów po odległych morzach i wizyt w egzotycznych portach. Tu już absurdów jest więcej, więcej też miejsca na własne interpretacje i dowolne łączenie faktów. Autorka puściła wodze fantazji tworząc nonsensowne sytuacje (np. łowienie ryb na koty-przynęty), zmuszające czytelnka do opuszczenia utartej ścieżki i wyruszenia w nieprzewidywalną podróż.
Świat trzeci to historia zawieszonego w czasoprzestrzeni niewielkiego osiedla bloków, na które trafia szukający pewnych dokumentów Sadowski. Osiedle leży na skraju miasteczka, tuż obok lasu i mieszka w nim pięć osób: dziadek i jego służąca, Karolek i jego ciotka oraz sąsiad. Pozostałe mieszkania, dziesiątki mieszkań, zostały opuszczone przez mieszkańców, o których nic nie wiemy. Nie wiemy też niż o tych obecnych. Dnie mijają Sadowskiemu na nasiadówkach przed blokiem oraz przeszukiwaniu kolejnych mieszkań w poszkiwaniu dokumentów.

Atlas: Doppelganger każdy zrozumie inaczej. Ale dyskutować o tej książce i jej bohaterach oraz symbolice w niej zawartej można w nieskończoność. Autorka ma fantastyczne poczucie humoru, wspaniale posługuje się językiem polskim i portafi kreować światy, do których chce sę wracać. Wspomniany brak użycia wielkich liter, pojawiający się w recenzjach jako punkt krytyki, mnie akurat nie przeszkadzał, chociaż nie poznałam jego celowości. Mnie raziły dość licznie w tekście występujące przekleństwa. W wielu miejscach ich użycie było jak najbardziej zasadne, ale momentami jednak było ich za dużo. Drugim minusem jest zakończenie. Autorka sama sobie wysoko ustawiła poprzeczkę wykazując się niebywałą fantazją - tak napisana powieść wymaga odpowiedniego zakończenia. To, które przeczytałam było rozczarowujące, gdyż nie dało odpowiedzi na żadne z kłębiących się w mojej głowie pytań.

Generalnie jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i tak, jak debiut Weroniki Murek do mnie nie przemówił (a obie autorki są bardzo często porównywane), tak Dominika Słowik zyskała moje uznanie. Jestem BARDZO ciekawa, co teraz napisze.

Polecam osobom otwartym na literackie eksperymenty :)

Ocena: 5/6

piątek, 11 listopada 2016

Usypać góry. Historie z Polesia, Małgorzata Szejnert

W swojej książce Małgorzata Szejnert zabiera czytelnika w podróż do świata, którego już nie ma. Świata pod wieloma względami wyjatkowego, bo wielokulturowego, w którym ludzie, pomimo skrajnej biedy, przez dziesięciolecia żyli ze sobą w zgodzie. Nie jest to podróż sentymentalna, ale zbiór opowieści i portretów wyjątkowych postaci Polesia, który pozwala czytelnikowi choć przez chwilę wyobrazić sobie, jak się kiedyś na tych terenach żyło.

Przepięknie wydana i bogato ilustrowana książka Małgorzaty Szejnert zawiera reportaże z różnych okresów historycznych, co skłania czytelnika do porównań i refleksji nad przewrotnością historii: po raz kolejny okazuje się bowiem, że wiara w to, że nasza rzeczywistość jest stabilna i nienaruszalna jest złudna.
Kilka historii szczególnie utkwiło mi w pamięci. Na przykład ta o wszechobecnym na polskiej wsi w XIX wieku kołtunie polskim i próbach walki z nim (lekarzy, którzy leczenie pacjentów rozpoczynali od obcięcia im brudnych, skołtunionych włosów powszechnie się bano i posądzano o konszachty z siłą nieczystą....). Albo historia rodu Aleksandra Skirmunta, którego potomków prześladował ogromny pech, czy też niezwykła biografia mieszkańca poleskich morkradeł, brytyjskiego żołnierza i arystokraty, sir Adriana Cartona de Wiarta.

Polesie, ze stolicą w Pińsku, to tereny położone obecnie na południowo-zachodniej Białorusi. Jest to region, którego nie ominęły wojenne zawieruchy, stalinowskie czystki i sowiecki nieład. Wreszcie w kraju powstałym po rozpadzie ZSRR nastała nowa rzeczywistość, co umożliwiło dotarcie do źródeł i miejsc przez lata dla polskich badaczy i dziennikarzy niedostępnych.
Opowieści o pińskich Żydach, o marynarzach flotylli rzecznej, o panach na włościach i zwykłych chłopach - wszystkie je zawdzięczamy ludziom współcześnie żyjącym na Polesiu i próbującym tak różnorodną historię swojego regionu złożyć w całość i przekazać kolejnym pokoleniom. W swoich podróżach na wschód autorka spotkała wielu historyków hobbystów, badaczy i poszukiwaczy, pracowników muzeów i archiwów. Wszyscy oni przyczynili się do powstania tej wyjątkowej książki.

Styl pisania Małgorzaty Szejnert wymaga od czytelnika uwagi i skupienia na tekście. Odwdzięcza się piękną polszczyzną i solidną porcją wiedzy o tym nieco zapomnianym i pełnym fascynujących historii regionie.
Polecam!

Ocena: 5/6

niedziela, 6 listopada 2016

To nie są moje wielbłądy, Aleksandra Boćkowska

Bardzo ładnie wydana książka Boćkowskiej o intrygującym tytule towarzyszyła mi przez kilkanaście tygodni...
Lektura nie szła mi za dobrze, bo mimo interesującego tematu, autorka nie była w stanie opanować ani wątków, ani postaci i czytelnik dostał do ręki książkę - gąszcz, w którym dość trudno się odnaleźć.

Dowiedziałam się z tej pozycji kilku faktów z historii magazynów, powiedzmy "modowych". Poznałam powiązania polskich projektantów z Paryżem oraz skomplikowaną machinerię produkcji butów w przedsiębiorstwach państwowych. Rozbawiły mnie anegdoty o zdobywaniu i przerabianiu zachodnich ciuchów, o kreatywności rodaczek i rodaków w wytwarzaniu ubrań z przedmiotów codziennego użytku, czy też absurdalny charakter kontaktów między twórcami-artystami, a panami w brzydkich garniturach odpowiadających za dostawy i produkcję.

Niestety, jak już napisałam powyżej, ogromnym minusem książki jest panujący w niej chaos. Mimo, iż całość podzielona jest na rozdziały, tekstowi brakuje struktury i tematycznego uporządkowania. Jako osoba mająca bardzo blade pojęcie o przemyśle odzieżowym w Polsce gubiłam się wśród dziesiątek nazwisk, skoków w czasie i zmiany wątków. Wierzę, że kryje się w tym chaosie jakieś zamierzenie autorki. Jednak dla mnie, niestety, pozostało ono niejasne.
Szkoda, bo sam temat, dziesiątki zdjęć oraz możliwość rozmów z wieloma uczestnikami opisywanych wydarzeń, stanowiły doskonałe podstawy do stworzenia pozycji, która mogłaby stać się solidnym kompedium wiedzy o polskiej modzie powojennej. Tak się jednak nie stało.

Ocena: 3+/6

poniedziałek, 31 października 2016

Czarne liście, Maja Wolny

Jest to powieść, która bardzo mnie zaciekawiła odkąd pierwszy raz o niej usłyszałam. Pogrom kielecki w 1946 roku nie był tematem omawianym u nas na lekcjach historii, dowiedziałam się o nim dopiero podczas zajęć na studiach. Maja Wolny wokół tych tragicznych wydarzeń postanowiła stworzyć swoją opowieść.

Książka Czarne liście ma dwie główne bohaterki, których losy poznajemy naprzemiennie. Obie są silnymi, odważnymi kobietami, które samotnie zmagają się z przeciwieństwami losu. Pierwsza z nich to, żyjąca współcześnie, historyczka Weronika Czerny. Głównym tematem badań naukowych Weroniki są relacje polsko-żydowskie na wsiach kielecczyzny podczas drugiej wojny światowej. W przededniu obchodów okrągłej rocznicy pogromu znika dziesięcioletnia córka Weroniki, Laura. Wszelkie działania bohaterki skoncentrowane są więc na odnalezieniu córki, a tropów jest wiele...
Druga bohaterka to postać autentyczna, polska fotografka pochodzenia żydowskiego, która jako jedyna ze swojej rodziny przeżyła holokaust - Julia Pirotte. Poznajemy jej dzieciństwo spędzone w dwudziestoleciu, przeżycia wojenne, powrót do kraju i kulisy pracy w redakcji Żołnierza Polskiego. To właśnie na zlecenie przełożonych z gazety fotografka wyjeżdża w lipcu 1946 do Kielc, gdzie na miejscu fotografuje ślady zbrodni i rozmawia ze świadkami... 

Autorka, nota bene pochodząca z Kielc, wykazała się wielką odwagą sięgając po tak drażliwy temat i publikując swoją powieść właśnie teraz, kiedy czytając niektóre komentarze w internecie lub wypowiedzi polityków partii rządzącej odnosi się silne wrażenie, że niczego się jako naród nie nauczyliśmy na błędach z przeszłości...
Pięknym, momentami lirycznym językiem Maja Wolny opisuje bolesne kwiestie, nie oceniając przy tym postaw swoich bohaterów. Otwiera drzwi, dając czytelnikowi możliwość uporania się z trudnym tematem.

Książkę czyta się szybko i z przyjemnością, choć nie ukrywam, że ma i literacko słabsze momenty. Zbyt silne wpływy romansu i thrilleru nieco osłabiły moje ogólnie pozytywne wrażenie. Ale jest to pozycja, po którą z pewnością warto sięgnąć.

Ocena: -5/6

środa, 26 października 2016

Pani furia, Grażyna Plebanek

Grażyna Plebanek należy do moich ulubionych polskich autorek. I jest tak pomimo, iż przeczytałam dopiero dwie (tak, Pani furia to ta druga, a Dziewczyny z Portofino pierwsza) jej powieści. ALE uczestniczyłam w spotkaniu z Nią i śledzę na bieżąco jej działalność na fejsie. Z tych elementów wyłania się obraz silnej, zaangażowanej kobiety, z której poglądami bardzo mi po drodze. Chciałabym, by więcej takich osób pojawiało się w polskiej przestrzeni publicznej.
Ale nie o autorce chciałam pisać, ale o jej najnowszej książce, przepięknie wydanej, Pani furii. Pierwszej polskiej powieści, której główną bohaterką jest osoba o innym kolorze skóry, niż biały.

Mowa o Ali, pochodzącej z Konga młodej policjantce, która mieszka w Belgii, wygląda jak Afrykanka, a czuje się Europejką. Wyjechała ze swojego ojczystego kraju, Konga, jako siedmiolatka i tak naprawdę niewiele, oprócz kilku mglistych wspomnień, łączy ją z tym krajem. O Afryce często wspominają członkowie rodziny Ali, jej rodzice, ciotka i babcia, dla których wizja powrotu do Kinszasy, nawet po wielu latach spędzonych w Europie, jest realną perspektywą. Natomiast codzienność głównej bohaterki i jej braci, w której skomplikowane rodzinne relacje i problemy dorosłych nieustannie towarzyszą szkolnym i podwórkowym sprawom, nierozerwalnie łączy się z Belgią. Mimo iż nie zawsze jest im dane czuć się jak u siebie. Kwestia tożsamości, poczucie obcości, przywiązanie do korzeni oraz wewnętrzny przymus kontynuowania rodzinych tradycji, to tylko niektóre z motywów obecnych w powieści Plebanek.

Jest to książka wielowątkowa, opowiadająca losy wyrazistych i barwnych bohaterów. Bardzo ważna książka zwłaszcza w dzisiejszych czasach - poszerza horyzonty i pozwala przyjąć perspektywę tych "innych".

Mam jedynie dwa zastrzeżenia: chętnie poczytałabym więcej o dorosłym życiu Ali, jej codziennej pracy w policji, o jej związku z Dorianem i życiu poza pracą. Autorka włożyła mnóstwo czasu w research i przygotowania, spokojnie mogłaby napisać jakieś 200 stron więcej. Głębiej się wgryźć w dusze bohaterów, zdradzić więcej szczegółów z ich codzienności... Przeczytałabym z przyjemnością ;)
Drugie zastrzeżenie odnosi się to uczucia powtarzalności, jakie towarzyszyło mi podczas rozpoczynania lektury. Na spotkaniu autorskim, o którym wspomniałam na początku recenzji, Plebanek wymieniała książki, jakie czytała w ramach przygotowań do napisania Pani furii. Była wśród nich m.in. Amerykaana. I to właśnie wpływ tej książki jest, moim zdaniem, niezwykle widoczny na pierwszych dwudziestu stronach powieści. Na szczęście nabiera ona potem własnego tempa, skręca w swoją właściwą stronę stając się pełnokrwistą, wciągającą i świetnie napisaną powieścią. Bez wątpienia jedną z najlepszych w tym roku.

OGROMNIE POLECAM!

Ocena: 5+/6

niedziela, 23 października 2016

Genialna przyjaciółka, Elena Ferrante

Elena Ferrane to pisarka ewenement. Jej twarz i tożsamość od lat pozostają w ukryciu i są obiektem dziesiątek spekulacji, a jej powieści, przetłumaczone na kilkanaście języków stały się bestsellerami w wielu krajach Europy. Sukces ten Ferrante zawdzięcza w dużej mierze trylogii neapolitańskiej, której pierwszą część pt. Genialna przyjaciółka przeczytałam podczas urlopu we Włoszech.

Głównymi tematami książki są dorastanie w biednej dzielnicy Neapolu w latach pięćdziesiątych oraz przyjaźń dwóch dziewcząt Eleny i Lili. Narratorką powieści jest Elena, to wraz z nią poznajemy dzielnicę, w której mieszkają dziewczynki, ich sąsiadów, przyjaciół, nauczycieli. Mnóstwo szczegółów, smaków, zapachów, dźwięków składa się na niepowtarzalną atmosferę dzielnicy, która jest małą ojczyzną bohaterów.
To tak na pierwszy rzut oka. Bo gdy spojrzeć głębiej, okazuje się, że tematów Ferrante porusza o wiele więcej: nierówność społeczna, przemoc domowa, przestępczość, nierówne prawa kobiet i mężczyzn, ograniczony dostęp do edukacji i związany z tym brak perspektyw. Tematy znane i często obecne w literaturze światowej, umieszczone na włoskim podwórku nabrały swoistej egzotyki i oryginalności. Czytelnik niewiele tu odnajdzie ze słynnego dolce vita, a zamiast tego pozna sporo wstydliwych włoskich tajemnic, które chętnie zamiecionoby pod dywan.
Ferrante wyjaśnia nam Włochy, wyjaśnia jak funkcjonowało społeczeństwo tuż po wojnie, jakie ludzie mieli wtedy priotety i marzenia. A robi to używając barwnego języka: książkę czyta się szybko i z dużą przyjemnością.

I w sumie nie ma się do czego przyczepić.
Jednak zabrakło tego słynnego odczucia WOW! Ferrante napisała dobrą, solidną powieść. I to tyle, albo aż tyle. Jednak nie mamy w tym wypadku do czynienia z dziełem, czy literaturą wyjątkową, co nie powinno Was zrazić do lektury.   
Ja po dwie kolejne części sięgnę z pewnością.

Ocena: 5/6

środa, 12 października 2016

Biała Rika, Magdalena Parys

Wydana z wielkim rozmachem i promowana z jeszcze większym szumem - Biała Rika Magdaleny Parys, to tytuł, o którym latem było bardzo głośno. Ja swój egzemplarz podpisany przez autorkę przywiozłam w czerwcu z big booka i niedawno przeczytałam.
Biała Rika okazała się książką, którą charakteryzuje ewidentny przerost formy nad treścią, a informacje umieszczone na okładce, (tajemnica z przeszłości, rodzinne sekrety, pamięć i tożsamość) niewiele mają wspólnego z treścią.

W 80% jest to opowieść Dagmary, dziewczynki mniej więcej dziesięcioletniej, o jej dzieciństwie spędzonym w Szczecinie. Są to więc głównie sprawy szkolne, zabawy na podwórku, pogmatwane (z perspektywy dziecka) rodzinne relacje, dziecięce przyjaźne. Opowieść dziecka przetykana jest wyznaniami dorosłej Dagmary, która chce do końca rozwikłać rodzinną tajemnicę i poznać wojenną historię babci Riki i jej męża oraz opisem przeżyć wojennych tych dwojga.

Powieść składa się z bardzo krótkich, chaotycznych rozdziałów, poprzetykanych didaskaliami ujawniającymi fragmenty rozmów autorki z redaktorką książki na temat tekstu i koniecznych zmian lub poprawek oraz rysunkami dziecka, próbującego stworzyć drzewo genealogiczne swojej rodziny. Sposób narracji przypomina zapis rozmowy prowadzonej z przyjaciółką przez telefon lub lekturę pamiętnika z podstawówki i to właśnie dlatego Białą, Rikę czyta się błyskawicznie. Momentami można się nawet uśmiechnąć.

Problem w tym, że tej z książki w czytelniku absolutnie nic nie pozostaje. Powieść Parys jest infantylna i płytka, co po części wynika z faktu, że zdecydowała się główną narratorką uczynić dziesięciolatkę. Nie do końca jest dla mnie jasne, co autorka chciała swoim czytelnikom przekazać. W porównaniu z innymi historiami wojennymi lub rodzinnymi tajemnicami, o których czytałam lub słyszałam, historia Riki wypada bardziej niż blado. Lektura ani trochę nie zaangażowała mnie emocjonalnie i nie skłoniła do głębszych przemyśleń.
Rozczarowanie.

Ocena: 3/6