niedziela, 18 września 2016

Ex libris

MAM!

Piękny, niepowtarzalny i własny: ex libris.

Wykonała go dla mnie pani Justyna z firmy Retro Nadruk, www.retronadruk.pl. Bardzo polecam!
Według moich wskazówek przygotowała dwa projekty, z których wybrałam jeden. Po kilku drobnych poprawkach powstała pieczątka. 

Odebrałam ją już kilka dni temu na poczcie. Rozpakowanie i podziwianie musiało się odbyć w stosownych okolicznościach:

 

 A tu już sama pieczątka i jej odbicie na karteczce, która była dołączona do przesyłki: 
 
Do pieczątki zakupiłam fioletowy tusz.
I gotowe: mogę stemplować ukochane książki, które zostaną ze mną na długo.

Tak wygląda mój stempel w użyciu:
A Wy?
Macie własne ex librisy?
Planujecie się w nie zaopatrzyć?

piątek, 16 września 2016

Miejsce dla moli: Sztuka wyboru w Gdańsku

Informacja ze strony www.sztukawyboru.eu:

SZTUKA WYBORU to nowy wielowymiarowy koncept w Gdańsku. Połączenie przestronnej kawiarni z księgarnią i galerią sztuki oraz sklepem z polskim wzornictwem i niezależną modą. Sztuka Wyboru mieści się na 2 piętrach zabytkowego budynku z końca XIX wieku, dawnej siedziby pruskich koszar. Dziś miejsce to wypełnione jest najlepszym polskim designem, świetną kawą, pysznymi ciastami, młodą sztuką i dobrze wyselekcjonowanymi książkami i albumami. W Sztuce Wyboru organizowane są tematyczne targi, festiwale, wernisaże, spotkania z ludźmi świata książki, wykłady, konferencje oraz warsztaty. Wspaniałe miejsce do relaksu …. i nie tylko.




Potwierdzam: relaks wśród książek gwarantowany! Spędziliśmy w tym szczególnym miejscu ponad dwie godziny. Po wyjątkowo obfitym i smacznym niedzielnym śniadaniu, przy filiżance cappuccino rozpoczęło się gromadzenia książek do przejrzenia w stosy, podczytywanie, przeglądanie i decydowanie. Ostatecznie do domu zabrałam cztery książki:

Po tak cudownym przedpołudniu ruszyliśmy na plażę. W końcu Gdańsk to jednak przede wszystkim MORZE:

czwartek, 15 września 2016

Miraże, Sylwia Zientek

Miraże to opowieść o bardzo nierównej miłosnej realacji (której celowo nie nazywam związkiem) między dwojgiem bohaterów: panią mecenasową Korczyńską, pochodzącą z klasy średniej młodą, rozkapryszoną mężatką, i biednym, ale bardzo romantycznym poetą Julianem. Tłem ich rozwijającej się z dnia na dzień znajomości jest Warszawa w połowie lat trzydziestych.

Uwaga SPOILER!

Autorka miała bardzo ciekawy pomysł na książkę. Temat przewodni, jaki wybrała, czyli transpłciowość jest praktycznie nieobecny w polskiej literaturze, dlatego dostaje ode mnie ogromnego plusa za, cóż, trzeba nazwać rzecz po imieniu, odwagę.
Niestety Sylwii Ziętek zabrakło umiejętności pisarskich, by ów dobry pomysł przekuć w ambitną lekturę i wyszło, to, co zazwyczaj w takich sytuacjach wychodzi, czyli średniej jakości czytadło.

Co się autorce udało? Bez wątpienia przedstawienie klimatu przedwojennej Warszawy: jej rozlicznych lokali i bogatego życia nocnego. Zwrócenie uwagi na trudną sytuację kobiet, w dwudziestoleciu międzywojennym ciągle jeszcze pozbawionych wielu praw i zmuszanych konwenansami do małżeństwa oraz rodzący się w Polsce feminizm i pierwsze wyraźne jego przejawy. Główna bohaterka przypominała mi Hankę z książki Pamiętnik pani Hanki, Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, choć tamta powieść i jej bohaterka zrobiły na mnie dużo lepsze wrażenie.

BARDZO denerwowały mnie błędy i nieścisłości w powieści, których było sporo. Rozbieżności w miejscu i czasie akcji, rozliczne powtórzenia. Podam dwa przykłady, żeby nie być gołosłowną: pierwszy rozdział powieści rozpoczyna się w maju 1935 roku i opisuje Juliana błąkającego się po prowincji w dość opłakanym stanie. Kolejny rozdział przenosi nas rok wcześniej i chronologicznie poznajemy całą historię Juliana i Liliany, by ostatecznie dojść do sceny początkowej i tego, co po niej. Tu jednak mamy rewoltę czasową: jest kwiecień 1935...
Przyład drugi: na stronie 67 Julian zmienia pracę: z Państwowego Urzędu Telekomunikacyjnego trafia do redakcji Bluszczu, gdzie tygodniowa pensja jest o pięćdziesiąt złotych niższa niż w urzędzie.
Na stronie zaś 170 czytamy: "(...) zmienił pracę na znacznie bardziej zajmującą (do tego płatną o pięćdziesiąt złotych tygodniowo więcej".

Może to drobnostki, ale moim zdaniem takie błędy świadczą o braku szacunku dla czytelnika i o wyjątkowo niedbałej korekcie książki (za którą odpowiadają w tym wypadku 2 osoby). Potęgowały one moje wrażenie, że dostałam książkę niegotową, bez ostatecznej redakcji....
Generalnie uważam, że powieść jest niedopracowana, płaska, jej konstrukcja ma wiele słabych momentów, bohaterowie są jednowymiarowi, wręcz przerysowani, o czym świadczą m.in. karykaturalne uwielbienie Liliany dla Krzywickiej i jej obłędna więc tęsknota za Paryżem.

Zmarnowany potencjał. Szkoda :(

Ocena: 3+/6

poniedziałek, 12 września 2016

Życie miłosne, Zeruya Shalev

Dawno nie poznałam bohaterów literackich, którzy tak by mnie irytowali, ba tak ogromnie wkurzali, jak Jaara i Arie.
Ona: postępująca nielogicznie, momentami wręcz absurdalnie, młoda kobieta z ewidentnymi problemami psychicznymi, pochodząca z toksycznej rodziny i tkwiąca w nieszczęśliwym małżeństwie. On: podstarzały Casanova, uzależniony od seksu, nieszczęśliwy i sfrustrowany. Spotykają się przypadkiem w domu jej rodziców i nic. Spotykają się drugi raz w sklepie z ubraniami i Jaara wpada po uszy. Zakochuje się w Ariem bez pamięci i daje się wciągnąć w wir wydarzeń, które postawią całe jej dotychczasowe życie na głowie.
Kobieta zapomina o swojej pracy, oszukuje męża i rodziców. Zatraca się w swoim zakochaniu, które nosi znamiona uzależnienia. Przyczepia się do Ariego jak rzep i daje się traktować, no cóż, powiedzmy, że nie najlepiej. Ma jeden cel: być z nim.

Dawno nie czytałam książki, która byłaby tak wspaniale napisana i przetłumaczona! Jest to proza gęsta, kipiąca od emocji, oblepiająca czytelnika i wciągająca go w swój świat. Jej lektura sprawia, że czytelnik zaczyna myśleć jak Jaara, zaraża się jej obłedęm.
Sama historia romansu wpomnianej pary bohaterów wydawałaby się może i banalna, bo w końcu w literaturze są setki podobnych par: podstarzały mężczyzna i dużo młodsza od niego kobieta. Ale ile tu jest wątków pobocznych! Pojedynczych scen, pojawiających się na kilku stonach postaci, tajemnic, wydarzeń z przeszłości, skomplikowanych relacji... A w tle Izrael i jego tradycje, obyczaje, codzienność. Im dłużej się o tym literackim świecie myśli, tym więcej smaczków i szczegółów wychodzi na światło dzienne. Wspaniała książka, idealna do wspólnej lektury i dyskusji w ramach klubów książki.

BARDZO dobra literatura.

To było moje pierwsze spotkanie z Zaruyą Shalev, ale na pewno nie ostatne. Po cichutku liczę na to, że bohaterów kolejnej powieści polubię i będę mogła z czystym sumieniem ocenić ją na szóstkę :)

Ocena: 5+/6

piątek, 9 września 2016

Dziennik roku chrystusowego, Jacek Dehnel

Do Jacka Dehnela mam słabość.
Kiedy więc się dowiedziałam, że w wieku 33 lat postanowił napisać i WYDAĆ swój dziennik, od razu wiedziałam, że z pewnością go kupię i przeczytam. I nawet pojawiające się w necie dość chłodne recenzje nie skłoniły mnie od porzucenia tego zamiaru. Nie chciałam przepuścić okazji do bezkarnego zaglądania w codzienność jednego ze swoich ulubionych twórców.
No i zaglądałam. Całe 512 stron.

I wydaje mi się, że słabość do autora to podstawowy warunek, by tę książkę w całości przeczytać. W innym przypadku może być ciężko...

A o czym czytamy? Głównie o przyziemych sprawach pary Pietia i Jacek, czyli np. o remoncie mieszkania i związanym z tym przechowywaniem makaronu w skarpetkach, załatwianiu różnych codziennych spraw, rozlicznych spotkaniach towarzyskich. Czyli dziesiątki stron nicniewnoszących banałów i bzdurek.

W sumie najciekawszy był dla mnie pojawiający się w książce bardzo często wątek podróży, których Jacek Dehnel obywa w ciągu roku jakieś niemożliwe do policzenia ilości. Są wśród nich podróże prywatne i zawodowe: wyjazdy na spotkania autorskie, festiwale literackie, warsztaty i związane z tym nieskończone godziny spędzone w pociągach na trasach całego kraju, noclegi w bezosobowych, pustych pokojach gościnnych i hotelowych. Relacje takich spotkań z perspektywy autora, jego odbiór publiczności i przeróżnych jej zachowań - to właśnie te fragmenty czytałam z zainteresowaniem, tego chciałam się o Dehnelu dowiedzieć. Ciekawe były także opisy dłuższych pobytów autora w Anglii i we Włoszech, a najbardziej podobała mi się relacja z wizyty w Indiach, która przypomniała mi, że Jacek Dehnel potrafi świetnie pisać....
Bo tak poza tym, to zwyczajnie za mało tu pisarza w pisarzu. Z dziennika wynika, że praca nad każdą kolejną książką to dla Dehnela katorga - dla zwykłych śmiertelników porównywalna z pisaniem pracy magisterskiej, ale tę pisze się raz i koniec. Jeśli ktoś z pisania żyje, to chciałabym się dowiedzieć więcej o samym procesie twórczym, o reserchu, o literackich inspiracjach, pomysłach na kolejne książki, o konieczności pisania tekstów do gazet, o tłumaczeniach. Zamiast tego Dehnel informuje nas o kolejnych imbrykach herbaty oraz o tym, jak bardzo pisanie Matki Makryny go nuży i męczy. Przyznaje się również do tego, że jeden, czy dwa fragmenty Dziennika usunął i przerobił na osobny felieton, który sprzedał do prasy. Może warto byłoby więcej ambitniejszej treści w tej książce zostawić.

Co mi jeszcze przeszkadzało?
Fałszywa skromność pisarza i powtarzane wielokrotnie zdań w stylu: ach, gdzie mi tam do wielkich pisarzy, nie porównuję swojej twórczości do dzieł innych pisarzy, za kilka lat nikt już mnie nie będzie pamiętał.... Bardzo mi to zgrzytało chociażby w porównaniu z innymi stwierdzeniami autora, w których podkreśla swoją przewagę intelektualną nad innymi, rozległą elokwencję i tzw. obycie.
Kilkakrotnie wpomina o problemach rodzinnych, trochę na zasadzie: wiem, ale wam nie powiem. Ok, nie chcesz, to nie pisz. Ale może najlepiej wcale o tym nie wspominaj.

Mogłabym tak jeszcze trochę powymieniać, ale już sobie odpuszczę. Przemawia przeze mnie duże rozczarowanie: autor, którego cenię, o którym sądziłam, że trzyma poziom, wypuścił na rynek zwyczajnego gniota. Dziennik naprawdę niewiele wnosi i nie potrafię zrozumieć, dlaczego Jacek Dehnel zdecydował się na jego publikację. Nie pokazał tu swojego kunsztu pisarskiego, nie pozwolił zajrzeć głębiej w swoje ja, więc ja się pytam PO CO, panie Jacku, PO CO?

Wspaniałość Lali zbladła nieco po tej lekturze. Zamierzam jesienią sięgnąć, po którąś z powieści pisarza, by przekonać się, czy ciągle jeszcze jest mi z nim po drodze, a o Dzienniku zapomnieć....

Ocena: 3+/6

piątek, 2 września 2016

Odgłosy rosnących bananów, Ece Temelkuran

Powieść w krzykliwej okładce, która wpadła w moje ręce przypadkiem, podczas wizyty w ulubionym książkowym miejscu we Wrocławiu, czyli w Tajnych Kompletach. I bardzo dobrze, że wpadła, bo dzięki temu poznałam młodą, turecką autorkę, z którą chętnie zaprzyjaźnię się na dłużej.

Na kartach powieści poznajemy kilkoro bohaterów, jednak żadna ani żaden z nich nie wysuwa się na pierwszy plan. Może to dlatego, że prawdziwym, głównym bohaterem powieści Temelkuran bez wątpienia jest Bejrut. Miasto, stolica Libanu, o kórym autorka pisze, jak o najlepszym przyjacielu, jak o żywym, złożonym organiźmie.
Ale mamy też postacie z krwi i kości: poznajemy dom na wzgórzu i jego mieszkańców, z których każdy ma swoje drobne sekrety. Jest pani Zeynab, która wiesza na drzewie reklamówki z chlebem. I jej służąca Filipina, sierota, do której listy z obozu dla uchodźców, krótko przed śmiercią pisał ojciec. Poznajemy zakochanego w Filipinie Marwana oraz homoseksualistę Jana, z którym łączy go mały intymny epizod. Są jeszcze aktorzy Setanik i Wissan, którzy pragną grać dla dzieci oraz pan Hadi, który wprawdzie jest stary, chory i ma poważne kłopoty z pamięcią, ale jako pierwszy dostrzega nadciągające niebezpieczeńswto... W Oksfordzie żyje kolejna bohaterka powieści, Deniz, turecka studentka, która na codzień konfrontowana jest z islamofobią i absolutną ignorancją tamtejszego środowiska akademickiego w stosunku do krajów arabskich. Kobieta wyrusza do Paryża, by spotkać swoją miłość, a potem do Bejrutu, gdzie czeka na nią przeznaczenie.

W powieści znajdziemy dziesiątki drobnych codziennych sytuacji, które niejednokrotnie zaskakują czytelnika swoją normalnością i nowoczesnością, uświadamiając nam naszą niewiedzę i podkreślając stereotypy, jakie mamy w głowach w odniesieniu do mieszkańców Bliskiego Wschodu. Jest to powieść o ludziach, o ludzkich słabościach, o nieszczęściach spowodowanych przez wojnę i nienawiść.

Mądra, poetycka, wielowątkowa powieść napisana pięknym językiem i doskonale przetłumaczona. Na pewno sięgnę po nią ponownie, by wyłapać kolejne niuanse i lepiej zrozumieć bohaterów. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć!

Ocena: 5+/6

piątek, 26 sierpnia 2016

Zaduch. Reportaże o obcości, Marta Szarejko

Niniejsza książka to zbiór reportaży o przedstawicielach i przedstawicielkach mojego pokolenia (mniej więcej). Są to ludzie, którzy odważyli się na zmianę, którzy opuścili swoje małe, rodzinne miejscowości na rzecz Warszawy i dla których okazała się to być droga w jedną stronę. Prawie wszyscy reprezentują pierwszą generację w danej rodzinie, która z sukcesem ukończyła studia, a na życie zarabia wykonując pracę umysłową.
Po kilku latach od wyprowadzki z domu bohaterowie Marty Szarejko odkrywają, że z rodzicami i/lub rodzeństwem niewiele ich już łączy. Niektórych to boli, inni odczuwają ulgę. Ale co zrobić? Zmieniły się ich życiowe priorytety, plany i poglądy. Coraz trudniej znaleźć im wspólny mianownik podczas coraz rzadszych rodzinnych spotkań. Coraz mniej po obu stronach wzajemnego zrozumienia, pojawiają się pretensje i fochy.

Sporo miejsca w książce zajmuje kwestia prowincjalizmu, czy też tak zwanego "obycia" oraz wstydu za to, skąd się pochodzi. A także rozdarcia: tęsknoty za spokojem, naturą, powolnością prowincji z jednej, a pragnieniem tempa wielkiego miasta, jego anonimowości, i nieskończonych możliwości, jakie oferuje, z drugiej. Niepewność, zakompleksienie i różnego rodzaju obawy nieznane warszawiakom towarzyszą przyjezdnym podczas aklimatyzacji w stolicy. Wiele wypowiedzi świadczy o tym, że jest o proces, który nadal trwa: dom rodzinny to już nie ich dom, a Warszawa to jeszcze nie ich dom. Zaduch jest więc zapisem momentu, a nie stanu ostatecznego. Ciekawe będzie, dowiedzieć się, co słychać u bohaterów za 10 czy 15 lat. Czy zapuszczą w stolicy korzenie? Poczują się wreszcie jak u siebie? Czy opuszczą Warszawę i wrócą w rodzinne strony albo przeniosą się całkiem gdzie indziej?

Książkę tę czytałam z zainteresowaniem, znalazłam w niej sporo ciekawych socjologicznych spostrzeżeń, które poszerzyły moje horyzonty i pomogły zrozumieć pewne rzeczy. Inne opinie z kolei pokrywają się z moimi własnymi obserwacjami. Nie wyemigrowałam wprawdzie ze wsi do miasta, ale z jednego małego miasta do innego małego miasta, tyle, że położonego w innym kraju. Mimo to niektóre z opisanych w książce relacji i reakcji znam z autopsji.

Mam jednak autorce do zarzucenia to, że temat potraktowała zbyt powierzchownie i nie pokusiła się o skontekstualizowanie wypowiedzi swoich bohaterów. Ewidentnie unikała zadawania swoim bohaterom trudnych, niewygodnych pytań, nie postarała się o szerszy kontekst, głębsze wniknięcie w temat. Ponadto zabrakło mi nieco wglądu w naukowe publikacje odnośnie migracji w obrębie danego kraju i za granicę. Jakie są ich elementy wspólne, a jakie różnice?
Mam nadzieję, że uczyni to w swojej kolejnej książce.

Ocena: 5/6

czwartek, 25 sierpnia 2016

Włoszczyzna, czyli Włochy w literaturze...


Przedstawiam Wam młodziutkiego jeszcze bloga, którego współtworzę, a który gromadzi recenzje książek włoskich autorów oraz takich, których akcja dzieje się w słonecznej Italii.

http://wlochywliteraturze.blogspot.com

Jeżeli ktoś z Was chce dołączyć do kręgu autorek i autorów, to skontaktujcie się mailowo z założycielką bloga, pod adresem: anetapzn@gazeta.pl.
Zostaniecie dodani do blogowej listy i będziecie mogli tworzyć blog/wyzwanie z nami.
Jedyny wymóg to fascynacja Włochami i literaturą z tym krajem związaną :)

Zapraszamy!

piątek, 19 sierpnia 2016

Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej, Jaroslav Hašek

Wojak Szwejk (bo tak się jeszcze wtedy nazywał) to jeden z najukochańszych bohaterów literackich mojego taty. Postać ta pojawiała się co rusz w moim dzieciństwie, a książka Haška miała u nas w domu niemal kultowy status.
Gdy więc kilka lat temu w Sopocie trafiłam na sporo przeceniony egzamplarz w nowym, trzecim, tłumaczeniu na język polski, kupiłam go i ... odstawiłam na półkę. Książka spędziła tam trochę czasu, aż w końcu, w ramach zeszłorocznego wyzwania 12 książek na 2015 rok, postanowiłam ją przeczytać.
Lektura szła mi jak krew z nosa, męczyłam to ogromne tomiszcze przez wiele miesięcy i zdecydowanie mam inny gust literacki niż mój własny ojciec :))

Wydaje mi się, że ta powieść zwyczajnie się zdeaktualizowała. Potrafię zrozumieć, że w momencie premiery była to książka łamiąca tabu, rewolucyjna i prowokacyjna ze względu na opisywane postawy żołnierzy, krytykę wojny, rządzących - całej wojennej machiny. Książka Haška ukazywała absurdy systemu i głupotę dowodzących, była świadectwem bezsensu i chaosu wojny, która była tak tragiczna w skutkach dla milionów ludzi na świecie, bo przecież działania wojenne prowadzone były nie tylko w Europie.
Gdyby tę powieść skrócić do powiedzmy 300 stron (moje wydanie ma ich 750), usunąć powtórzenia i co nudniejsze fragmenty, to może nadążyłaby za zmieniającym się światem. A tak Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej są wprawdzie ważnym świadectwem swoich czasów, ale dla mnie były niestety nudną lekturą, do której musiałam się zmuszać. Nie bawiły mnie rubaszne żarty Szwejka ani jego kompanów, dziesiątki opowiadanych przez niego bez ładu i składu historyjek nużyły bardzo, a sama akcja książki ciągnęła się jak flaki z olejem...

Bardzo ciekawy za to wydał mi się obszerny wstęp autorstwa tłumacza Antoniego Kroha który przywołuje poprzednie wydania powieści, kontekstualizując je i wskazując na różnice w tłumaczeniu, widoczne już chociażby w tytule.
I tak pierwsze polskie wydanie w tłumaczeniu Pawła Hulki-Laskowskiego z 1931 nosiło tytuł Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, drugie w 1991 autorstwa Józefa Waczkówa miało tytuł Dole i niedole dzielnego żołnierza Szwejka, a w 2009 ukazał się trzeci przekład autorstwa Antoniego Kroha, zatytułowany Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej.

Dla wytrwałych!

Ocena: 3+/6

czwartek, 11 sierpnia 2016

Spotkanie z reporterem: Jacek Hugo Bader

Lipiec był we Wrocławiu Miesiącem Spotkań Autorskich. Trwający MIESIĄC międzynarodowy festiwal literacki odbywał się jednocześnie w Brnie, Ostrawie, Koszycach, Lwowie i Wrocławiu.
W tegorocznej Europejskiej Stolicy Kultury zorganizowano 62 spotkania z pisarzami i pisarkami pochodzącymi z krajów organizujących festiwal oraz z kraju - gościa honorowego, którym tym razem była Hiszpania.
15 lipca miałam wspaniałą okazję uczestniczyć w spotkaniu z Jackiem Hugo-Baderem. Spotkaniu bardzo długim, bo prawie dwugodzinnym, które było świetną okazja poznania fascynująego człowieka i doświadczonego reportażysty.


Głównym tematem spotkania była, niestety, najnowsza książka autora Skucha. Już wyjaśniam, dlaczego niestety. Skucha to opowieść w dużej mierze autobiograficzna, to swoisty rozrachunek autora z przeszłością. Opisuje w niej losy grona swoich dawnych przyjaciół, aktywnych opozycjonistów lat osiemdziesiątych. Mnie wystarczyłoby pół godziny takich wspomnień, dużo bardziej ciekawią mnie wspomnienia Hugo-Badera z jego licznych podróży po krajach byłego Związku Radzieckiego. Kilka anegdot autor wprawdzie pod koniec spotkania opowiedział, ale to zdecydowanie za mało :)
Bardzo podobało mi się jego ciepłe, osobiste podejście do publiczności. Hugo-Bader rozmawiał z osobami zadającymi pytania, bardzo żywo reagował na uwagi zebranych. Także podczas podpisywania książek każdemu poświęcał kilka słów, pozował do zdjęć i z energią ściskał dłonie czytelników.

Skorzystałam z okazji i na miejscu kupiłam książkę pt. W rajskiej dolinie wśród zielska, którą autor podpisuje na zdjęciu poniżej. Myślę, że zaspokoi ona moją ciekawość w kwestii podróży na wschód.


A tak się prezentuje ex libris autora i jego podpis - zaproszenie do raju :)