poniedziałek, 24 grudnia 2012

Prywatnie i nieświątecznie

Dziś są moje urodziny. 31. Z tej okazji życzę sobie zdrowia, szczęścia, pomyślności. Radości z blogowania i nowych blogowych kontaktów, mnóstwa interesujących książek i więcej czasu na czytanie. Oraz realizacji pewnego BARDZO WAŻNEGO PROJEKTU w roku 2013.
A tegoroczne urodziny spędzam tu:


Ze statystyk wiem, że odwiedzają mojego bloga między innymi czytelnicy z Izraela, USA, Anglii, Szecji oraz z Niemiec i Polski. Bardzo chciałabym wiedzieć, kim jesteście. Może z okazji urodzin zostawicie ślad w komentarzach?

Tamtego lata na Sycylii, Marlena de Blasi

Obawiam się, że niewiele mogę o tej książce napisać. Czytałam ją w październiku podczas pobytu na Sycylii, ale z recenzją zwlekałam, bo chciałam by ukazała się na blogu w pakiecie z syclijskimi kotami i kilkoma wrażeniami i zdjęciami z pordóży. Niestety nie dałam rady i muszę post o wrażeniach z pobytu na wyspie przełożyć na przyszły rok. O książce, dla porządku, chciałam tylko króciótko wspomnieć jeszcze w tym roku.

Powieść ma dwie główne bohaterki. Pierwsza z nich to dziennikarka Chou, która razem z partnerem odwiedza Włochy i trafia do Villi Donnafugata, wyjątkowego miejsca z fascynującą atmosferą i niezwykłymi mieszkańcami. Tam poznaje właścicielkę posiadłości Toscę, starszą już kobietę, która opowiada jej historię swojego życia i niezwykłej miłości.
Powieść napisana jest pięknym językiem, opowiadana historia toczy się niespiesznie, mnóstwo w niej opisów krajobrazów i codziennego, zwyczajnego życia na Sycylii. To właśnie te elementy podobały mi się w książce najbardziej.

Ocena: 4 / 6

 
WYZWANIE 2012
Książki z mojej półki

Cel: 20
Przeczytanych: 16

Zostało: 4

niedziela, 23 grudnia 2012

Irlandzki sweter, Nicole R. Dickson

Powieść wprost doskonała na długie podróże pociągiem. Zwłaszcza, gdy za oknem mróz i śnieg, a na zegarze ponad dwugodzinne opóźnienie...  
Irlandzki sweter przeniesie bowiem czytelnika na maleńką wyspę u zachodnich wybrzeży Irlandii i dość szybko wciągnie w opisywane wydarzenia: codzienne życie mieszkańców wyspy oraz głównej bohaterki, Amerykanki Rebeki. Młoda kobieta zamierza spędzić tam wraz ze swoją sześcioletnią córeczką dwa letnie miesiące badając historię i tradycję dzierganych przez mieszkańców od pokoleń tradycyjnych swetrów.
Rebeka, mimo iż sama ma na głowie sporo problemów, a w dodatku stara się uporać z upiorami z przeszłości, szybko integruje się z lokalną społecznością i angażuje się w pomaganie innym. Wśród wielu ciepłych i serdecznych nowo poznanych przyjaciół jest także młody, przystojny i idealny jedździec na motorze, z którym główna bohaterka wybiera się w rajd przez Irlandię, żeby odwiedzić przyjaciółkę. Podczas tej romantycznej podróży, którą odbywają we dwoje, gdyż dziecko Rebeka pozostwiła pod opieką obcych, ale cudownie serdecznych ludzi, para ma czas na szczere rozmowy i bliższe poznanie...

Wiem, popadłam w nieco ironiczny nastrój, ale nie mogę, niestety, nic na to poradzić. Irlandzki sweter jest bowiem w pierwszej linii romansem i jako taki zachowuje główne cechy gatunku: wyidealizowani bohaterowie, przewidywalny tok zdarzeń oraz, jakżeby naczej, szczęśliwe zakończenie. Powieść ratują nieco dwa fakty: równolegle z perypertiami Rebeki opowiedziana historia starego rybaka i jego rodziny oraz tytułowe swetry. A konkretniej rzecz ujmując niezwykła tradycja ich wyrobu oraz niezliczone opowieści ukryrte w wełnianych splotach. Bardzo ciekawy i oryginalny pomysł autorki. Książka lekka i przyjemna. Idealna do czytania w środkach komunikacji publicznej :))

A tak wyglądają wspomniane swetry. W sieci można znaleźć sporo zdjęć, także starych. Warto poszukać.
źródło: www.irishgiftsandsweaters.com


Ocena: 3+ / 6
 
WYZWANIE 2012
Książki z mojej półki

Cel: 20
Przeczytanych: 15

Zostało: 5

środa, 19 grudnia 2012

Dziewczyna z Botany Bay, Carolly Erickson

Dziewczyna z Botany Bay to kolejna przeczytana przeze mnie książka, która opisuje losy niezwykłej kobiety. Mary Bryant jako dwudziestolatka i mieszkanka osiemnastowiecznej Anglii została skazana na śmierć za napad i kradzież. Udało jej się uniknąć tej srogiej kary, gdyż przyszło jej żyć w czasach, kiedy Anglicy z zapamiętaniem podbijali obce lądy i zakładali nowe kolonie w odległych zakątkach świata. I tak Mary wyruszyła, razem z setkami innych skazańców, w wielomiesięczną podróż do Australii. Rejs odbywał się w nieludzkich warunkach. Skazańcy stłoczeni byli pod pokładem, cierpieli głód i pragnienie, zapadali na poważne choroby, wielu z nich umierało. Społeczność okrętowa rządziła się własnymi prawami i żeby przeżyć, kobiety były często gwałcone lub zmuszane do prostytucji. W wyniku czego wiele z nich zachodziło w ciążę i jeszcze podczas podróży rodziło dzieci. Tak było i w przypadku Mary, która na pokładzie statku urodziła córeczkę o imieniu Charlotte.

Na miejscu, w osadzie Sydney Cove, którą przybysze wspólnymi siłami zbudowali, szybko się okazało, że życie w nowej kolonii, na nieznanym lądzie jest niezwykle ciężkie i niebezpieczne. Aby poradzić sobie z codziennością i podnieść swój społeczny status Mary wyszła za mąż i wkrótce ponownie została matką.
Po kilku latach spędzonych w australijskiej kolonii, razem z mężem, dziećmi i siedmioma innymi mężczyznami główna bohaterka zdecydowała się na czyn szalony: ucieczkę w malutkiej łodzi napędzanej wiatrem i siłą mięśni. Nie będę zdradzać, co było dalej - choć niestety okładka książki streszcza całą historię bohaterki, odbierając przy tym czytelnikowi radość z poznawania kolejnych faktów.

Przyczepić się można nieco do stylu, jakim książka została napisana. Jej autorka jest z zawodu historykiem i autorką licznych, uznanych biografii. Łatwo można się tego domyślić czytając Dziewczynę z Botany Bay, książka ta nie zawiera bowiem dialogów i jest raczej próbą stworzenia powieści niż prawdziwą powieścią. Autorce zabrakło odwagi, aby opisywaną historię ubarwić rozmowami bohaterów, ich przemyśleniami czy drobnymi codziennymi wydarzeniami. Erickson kurczowo trzymała się źródeł historycznych (sporą ich listę zamieszczono na końcu książki, a tekst opatrzony jest licznymi przypisami) bojąc się popuścić wodze literackiej fantazji. A szkoda. Myślę,  że gdyby za historię Mary zabrała się Isabel Allende dostalibyśmy fantastyczną powieść.
A tak możemy poznać niezwykle interesującą, bo prawdziwą, historię odważnej młodej kobiety.

Ocena: 4 / 6 
 
 
WYZWANIE 2012
Książki z mojej półki

Cel: 20
Przeczytanych: 14

Zostało: 6

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Cisza pod sercem, Monika Orłowska


Bardzo kobieca powieść, której tematem przewodnim jest poronienie, temat niezwykle bolesny dla każdej kobiety, która go doświadczyła. Na tak trudnym życiowym zakręcie cierpiącą kobietę jest w stanie zrozumieć tylko inna kobieta, która przeszła podobną drogę doświadczając bólu i cierpienia. Takie już jesteśmy my kobiety - często przegadanie jakiegoś problemu, czy wydarzenia pomaga złagodzić cierpienie i nabrać wiary w lepsze jutro. Podobnie jest w przypadku bohaterek powieści.

Monika Orłowska jednocześnie opowiada historie czterech młodych kobiet: Anny, Dominiki, Ewy i Mariolki. Pochodzą one z różnych miast i środowisk, a połączyło ich internetowe forum dla kobiet, które przeżyły utratę nienarodzonego dziecka. Towarzyszymy im przez rok od momentu poronienia i mamy okazję razem z nimi przejść etapy przeżywania bólu i radzenia sobie z nim na różne sposoby.

Obok klasycznej narracji, możemy przeczytać rozmowy tych czterech młodych kobiet na wspomnianym forum. Jest to ciekawy zabieg autorki, który pozwala czytelnikowi zbliżyć się do bohaterek - momentami miałam wrażenie, że czytam wpisy prawdziwych kobiet na faktycznie istniejącym gdzieś w sieci forum.

Autorce udało się stworzyć interesującą powieść, poruszającą trudny problem i jego tabuizację w społeczeństwie bez ckliwości i popadania w żałosny ton. Książka ta trafiła u mnie na właściwy moment i pozostawiła bardzo pozytywne wrażenie. Polecam!

Ocena: 5 / 6

sobota, 8 grudnia 2012

Księga domu Szeferów, Tamar Yellin

Żałuję, że nie mogłam poświęcić tej opowieści więcej czasu i uwagi. Należy ona bowiem bez wątpienia do tych powolnych, nieśpiesznych lektur, przy których kolejne przewracane strony niosą czystą radość obcowania z tekstem, a bohaterowie i opisywane historie dopominają się o skupienie i atencję ze strony czytelnika.
W Księdze domu Szeferów zamkniętych jest wiele opowieści rodzinnych. Jak w szkatułce ze skarbami, po kolei odkrywamy kolejne zakamarki historii pewnej żydowskiej rodziny.

Główną bohaterką książki i osobą łączącą rozliczne wątki jest Szulamit Szefer. Samotna, czterdziestoletnia kobietą, która mieszka w Anglii i jest doktorem biblistyki. Całe dnie spędza w bibliotece badając stare księgi i przekonując siebie, że jest szczęśliwa. Czasem tylko wspomina młodzieńczą miłość, której pozwoliła odejść, ale do dziś nie udało jej się z tym pogodzić. Poznajemy Szulamit w momencie, gdy po dwudziestu latach powraca w rodzinne strony, do Jerozolimy, aby zagłębić się we wspomnieniach z lat dziecięcych, poznawaniu rodzinnych historii oraz rozwiązywaniu tajemnicy Księgi.
Układ rozdziałów sprawia, że jednocześnie towarzyszymy Szulamit w podróży i poznajemy historię jej rodziny. Zabieg często spotykany w powieściach, w tym przypadku został bardzo dobrze zrealizowany.

Nie chciałabym zdradzać za wiele z treści książki, aby nie odbierać Wam przyjemności czytania. Ta powieść została stworzona po to, by się nią delektować. Każdym słowem, kolejną poznawaną postacią i jej historią. Odnajdziemy w powieści liczne elementy żydowskiej kultury i religii. Czytelnik ma okazję poznać żydowskie obyczaje i tradycje, a także zwykłe codzienne czynności, które mają swoje źródło i uzasadnienie w religii..
Polecam gorąco!

Ocena: 5+/6

piątek, 7 grudnia 2012

Efekt mieszanki wybuchowej...

... czyli trzynastki wypłacanej u mnie w pracy pod koniec listopada oraz dwudziestopięcioprocentowej weekendowej przeceny na nowości w merlinie, która miała miejsce dwa tygodnie temu. Efekt widać na zdjęciu:
Wszystkie tytuły widać doskonale, więc nie będę ich wymieniać (może z wyjątkiem leżącej na samym dole książki pt. Helena Rubinstein. Kobieta, która wymyśliła piękno autorstwa Michele Fitouss).

Dzisiejsza wyprawa do miasta miała jeszcze jeden istotny czytelniczy element, mianowicie wizytę w bibliotece. Postanowiłam wprawdzie, że do końca roku będę czytać jedynie własne książki, aby móc z powodzeniem zakończyć tegoroczne wyzwanie "Książki z mojej półki". ALE przecież te przyniesione z biblioteki mogą poczekać do stycznia. Jest ich tylko cztery, bo dwie miałam jeszcze w domu, a wypożyczać można jedynie pięć na raz (teoretycznie):

Ciekawa jestem w jakich wyzwaniach Wy bierzecie udział i czy dacie radę im sprostać do końca roku? A może macie inne czytelnicze postanowienia, które udało Wam się w 2012 zrealizować?

 

Kolacja z Anną Kareniną, Gloria Goldreich

Jestem zdania, że autorka miała świetny pomysł na powieść: klub książki, wokół którego skupia się sześć młodych kobiet: Cynthia, Trish, Jen, Elizabeth, Donna i Rinna. Ich osobiste problemy wypełniają karty powieści. Niestety, chyba zabrakło autorce wytrwałości albo talentu i tak zamiast bardzo dobrej powieści stworzyła przeciętne czytadło, które jednakże ze względu na motyw przewodni powinno zainteresować każdego mola książkowego.

Ale po kolei: bohaterkami powieści są młode kobiety, mieszkanki Nowego Jorku, które różni bardzo wiele, a łączy jedno: miłość do książek i czytania. Uczucie to sprawia, że z żelazną konsekwencją spotykają się raz w miesiącu na wspólnej kolacji, by przy pysznym jedzeniu dyskutować na temat przeczytanych powieści. Niezależnie od życiowych zawirowań i mniej lub bardziej zaborczych mężczyzn, terminy spotkań są dla klubowiczek święte i nie ma siły, która uniemożliwiłaby którejś z nich udział w spotkaniu. Przyjaciółki czytają klasykę powieści ( m.in. Annę Kareninę, Lolitę czy Panią Bovary), ale w swoich dyskusjach skupiają się nie tylko na fikcyjnych bohaterach lektur. Dużo rozmawiają o swoich osobistych problemach, dyskutują o podejmowanych przez siebie decyzjach, czasem się kłócą. Spotkaniom towarzyszy cień tajemnicy: jedna z bohaterek zamierza zakończyć swoje idealne na pozór małżeństwo, nie podając przyczyny. Pozostałe panie nie mogąc zaspokoić swojej ciekawości nieustannie dyskutują na ten temat i starają się poznać powód rozstania.

Wiele w tej powieści wątków, historii i problemów. Czyta się szybko, a wiele sytuacji można łatwo przewidzieć. Myślę, że szybko o niej zapomnę....

Ocena: 4-/6
 
WYZWANIE 2012
Książki z mojej półki

Cel: 20
Przeczytanych: 13

Zostało: 7

wtorek, 27 listopada 2012

Blog osławiony między niewiastami, Artur Andrus

Grubaśna księga autorstwa mistrza Andrusa towarzyszyła mi przez wiele tygodni. Leżała na nocnej szafce i mogłam ją sobie podczytywać po kawałeczku, dawkując przyjemność. Ale jak to w życiu czytelnika bywa każda, nawet najcięższa cegła kiedyś się skończy pozostawiając po sobie pustkę, którą jak najszybciej należy zapełnić nowa cegłą lub cegiełką....

Ale wracając do Andrusa, przyznać muszę, że nie jestem, ba nawet nie zamierzam być obiektywna. Twórczość literacką pana redaktora z Trójki uważam za jak najbardziej udaną i bezkrytycznie oceniam ją na piątkę z plusem. Choć wolę pana Andrusa na żywo, w Trójce w rozmowach z zaproszonymi do radia gośćmi czy dzwoniącymi do redakcji słuchaczami, to możliwość sięgnięcia po zbiór jego tekstów pozwoliła mi się zapoznać z szeroką gamą jego codziennych zainteresowań oraz form literackich, jakie uprawia :)

W zbiorze tym znajdziemy m.in. teksty z bloga autora, wiersze, felietony, powieść w odcinkach o baronowej Marlene von Kopf bis Fuss oraz kopie tekstów piosenek (także tych szturmem zdobywających listę przebojów Trójki) pisane odręcznie, bardzo ładnym, powiedziałabym nawet dziewczęcym charakterem pisma.
Uwielbiam Andrusa za jego zmysł obserwacji, abstrakcyjne skojarzenia oraz ironiczne podejście do siebie i otaczającej rzeczywistości. Autor potrafi niemal z niczego stworzyć interesujący, a do tego często zabawny tekst. Inspiracją dla niego są ogłoszenia prasowe bądź szyldy reklamowe, rozmowy ze słuchaczami, kolory, reklamy i tysiące innych rzeczy i sytuacji, czyli jednym słowem otaczający nas świat. Inteligentnie, zabawnie i zaskakująco. Mnie się podobało i czekam na więcej. Polecam!

Ocena: 5+/6
 
WYZWANIE 2012
Książki z mojej półki

Cel: 20
Przeczytanych: 12

Zostało: 8

czwartek, 22 listopada 2012

Muzycznie



Jeszcze nigdy nie pisałam na blogu o muzyce. Nie jestem muzyczną ekspertką i nie za bardzo wiem, o czym miałabym pisać. ALE w miniony weekend miałam okazję być na koncercie estońskiego zespołu Legshaker i to właśnie z tymi sześcioma chłopakami chcę popełnić mój muzyczny pierwszy raz na blogu :)
Tych sześciu młodych Estończyków zachwyca publiczność nie tylko swoim wyglądem (choć to dotyczy pewnie tylko żeńskiej bądź homoseksualnej połowy widowni). Potrafią też porwać do tańca i szalonej zabawy nawet najbardziej opornych słuchaczy. I wcale mi nie przeszkaszało, że estońskich tekstów piosenek nie rozumiałam ni w ząb :)
Jest to punkowo-folkowa grupa, która ostro daje czadu na scenie. Zespół łączy w swojej muzyce dwa, zdawałoby sie totalnie odległe nurty, jak folk i punk, a wychodzi im to świetnie. Zobaczcie z resztą sami, co powstaje z połączenia pogo z polką :)
Pierwsze wideo, to nagranie z koncertu, a drugie to migawka zdjęć z muzycznym podkładem domowej produkcji. Ale słychać świetnie!




środa, 21 listopada 2012

Bez przebaczenia, Agnieszka Lingas-Łoniewska

Na opisanie czeka kilka innych przeczytanych ostatnio książek, ale jeśli nie napiszę o tej powieści od razu, to istnieje spora szansa, że zwyczajnie wyrzucę ją z pamięci. Muszę przyznać, że już dawno nie przeczytałam tak słabej książki.

Bez przebaczenia jest historią "skomplikowanej" miłości Piotra i Pauliny. Ona ma za sobą ciężkie przejścia i musi mieszkać u ojca, którego nienawidzi. On jest młodym bogiem, przystojnym, honorowym żołnierzem, który ma problemy z samokontrolą. Poznają się w bibliotece i od tej pory ona jest jego czarnowłosą  dziewczynką bądź maleńką, a on jej wielkim żołnierzem. Ona w końcu zawsze mu ulega, on nie może się opanować/kontrolować/powstrzymywać. A zatem po sześciu latach seksualnej wstrzemięźliwości oboje nieustannie spełniają swoje żądze. Jeden stereotyp goni kolejny. Paulina i Piotr zachowują się jak małe, rozkapryszone dzieci mające poważne problemy z komunikacją, a jednocześnie momentami gadają aż za dużo i w kółko o tym samym... Nasi bohaterowie raz się kochają, raz nienawidzą, nader często pieprzą sobie życie (stylistyka autorki), tęsknią, rozpaczają, umierają z bólu, umierają z miłości... Mnóstwo tu banału i kiczowatego romantyzmu.

Nie tylko z powodu przewidywalnej i nieskomplikowanej fabuły, papierowych i nudnawych postaci, ale przede wszystkim ze względu na bardzo słaby styl, który charakteryzuje sporo gramatycznych i składniowych błędów, mnóstwo powtórzeń, przekleństw i nieliterackich sformułowań ciężko mi było przebrnąć przez tę powieść.. Sposób pisania Łoniewskiej sprawił, że tekst powieści przypominał mi pamiętnik zakochanej nastolatki, a nie powieść dla dorosłych czytelników. Niestety nie jestem w stanie odnaleźć w tej powieści ani jednego pozytywnego elementu. Więc po prostu skończę :)
Bez przebaczenia jest dla mnie dowodem na to, że nie każdy może być pisarzem. Aby stworzyć dzieło literackie, albo po prostu dobrą powieść trzeba mieć talent. Tylko tyle i aż tyle.

Ocena:  1/6

sobota, 17 listopada 2012

Wspomnienie lata: Krym i Odessa

Za mną niezwykle intensywne dwa miesiące. Liczne wyjazdy i gorący okres w pracy. Powoli wszystko wraca do normy, a do wykorzystania zostało kilka dni urlopu i sporo nagromadzonych nadgodzin. Oznacza to, że druga połowa listopada i grudzień będą, przynajmniej w planie, miesiącami spokojnymi i - jak przystało na okres jesienno-zimowy - wreszcie będę miała czas na czytanie nagromadzonych książek i nadrabianie blogowych zaległości (w czytaniu Waszych tekstów i pisaniu własnych notek).
Nadrabianie zaczynam od ostatniej części relacji z wakacyjnej (sierpniowej) wyprawy. Odwiedziliśmy wtedy Bukareszt, Deltę Dunaju, a potem Krym i Odessę. I o tym będzie ten wpis.

Zapraszam w podróż na wschód...

Po ponad 35-godzinnej podróży, która była jednocześnie najbardziej ekscytującym i męczącym elementem całego wyjazdu, i przejechaniu ok. tysiąca kilometrów dotarliśmy do Teodozji (ukr. Feodossija) na wschodzie Krymu....
Trasa przebiegała z grubsza tak:
źródło: google.maps
Podróż odbywaliśmy przeróżnymi środkami komunikacji, często było to spowodowane niewystarczającą infrastrukturą i ograniczonymi możliwościami połączeń transportem publicznym. Generalnie odbyła się ona w następujących etapach:

1. Mila 23 (Delta Dunaju) - port w Tulcei, mała, ale za to superszybka łódź motorowa (tylko godzinka). Wyruszamy po obfitym śniadaniu, o godzinie dziesiątej rano.

2. Tulcea-Galati, południowy brzeg Dunaju - autobus

3. Galati, południowy brzeg Dunaju - Galati, północny brzeg Dunaju, prom, który miał chyba z siedemdziesiąt lat... Na rzece były dwa, które jednocześnie odbijały od przeciwległych brzegów. Wyglądają tak:


4. Galati, północny brzeg Dunaju - przejście graniczne z Mołdawią w Giurgulesti, dwie różne taksówki plus półgodzinny marsz z plecakami w pełnym słońcu i trzydziestopięcio stopniowym upale, plus podróż na stopa od rumuńskiej kontroli granicznej do mołdawskiej, gdyż granicy tej nie wolno przekraczać pieszo.

5. Giurgulesti - Reni (Ukraina), na stopa z mołdawskim kierowcą o złotych zębach, naszym środkiem lokomocji była jego czterdziestoletnia, rozpadająca się dacza; kierowca był niezwykle serdeczny i miał dobre układy :) Dzięki niemu kontrola graniczna odbyła się niezwykle sprawnie i szybciutko (na ile pozwalało jego starutkie auto i katastrofalne drogi) znaleźliśmy się na dworcu autobusowym w Reni.

6. Reni - Odessa, prywatny minibus. Podczas całej tej szalonej wyprawy mieliśmy sporo szczęścia i spotkaliśmy mnóstwo pomocnych ludzi. I tak w Reni byliśmy chwilę po siedemnastej i miła pani z kasy biletowej zamówiła dla nas minibusa, który o 17:30 odjeżdżał do Odessy. Szalona to była podróż z prędkością ok. 150 km/h , głównie po wirtualnym trzecim pasie, czyli środkiem drogi, wyprzedzając WSZYSTKIE pojazdy zmierzające w tym samym kierunku. Dzięki temu na dworcu w Odessie byliśmy (cali i zdrowi!) już o dwudziestej drugiej.

7. Odessa - Simferopol, nocny pociąg i luksusowy dwuosobowy przedział. I tu znów mieliśmy szczęscie: po dotarciu na dworzec okazało się, że nocny pociąg do Simferopola odjeżdża za godzinę i są jeszcze bilety! Wolny czas wykorzystaliśmy na pierwszy tego dnia ciepły posiłek - w McDonaldzie. Nawet sobie nie wyobrażacie jaki był pyszny!

8. Simferopol - Teodozja, prywatny minibus, czyli znowu odrobina luksusu. Po odbyciu etapów 1 do 7 zrezygnowaliśmy z przepełnionych i rozgrzanych jak piece marszrutek i przepłaciliśmy nieco za podróż szybkim, nowoczesnym i klimatyzowanym (!) autem.

W Teodozji: jak już znaleźliśmy miejsce na nocleg i trafiliśmy na niesamowicie przeludnioną i brudną plażę sąsiadującą z placem budowy i widokiem na ogromne tankowce, niemalże się popłakałam. A gdzie te stepy akermańskie, romantyczny, piękny Krym z mojej wyobraźni? Niestety zapomniałam o pięćdziesięciu latach Związku Radzieckiego, które wywarły ogromny wpływ na cały półwysep.
Szczególnie miło wspominam wizytę w tatarskiej restauracji, gdzie osobiście zaopiekował się nami właściciel, wybierając dla nas najlepsze dania z karty. Typowo tatarskie. Do picia dostaliśmy mieszanką zielonej herbaty i krymskich ziół. Pyszna. Taką herbatę kupiłam sobie do domu, ale tu nie smakuje tak, jak tam, w ogromnej sali wyłożonej dywanami....
Generalnie wschód Krymu jest brzydki: suchy, niemalże pustynny krajobraz, kamieniste plaże, wypalona słońcem trawa. Dookoła mnóstwo betonu: ogromnych, socjalistycznych budowli, zabetonowane są plaże i parki... Krajobraz wygląda tak (starałam się nie fotografować betonu...):



Na szczęście ruszyliśmy w dalszą drogę, do Jałty. A tam już całkiem europejskie klimaty, przepiękna natura (fantastyczne palmy i cyprysy!), sporo zabytków.

Szczególnie polecam spacer do Jaskółczego Gniazda* w miejscowości Haspra, pałacyku z 1911 roku, który m.in. zagrał w "Podróżach Pana Kleksa" (wg. wikipedii). Został zbudowany na polecenie niemieckiego barona von Steingel, który ponoć głównie tam imprezował...
Dostać się można do pałacyku z Jałty łodzią lub marszrutką. Zwiedzać go nie można w środku, bo jest doprawdy maleńki, ale piękny widok i sama droga nagradzają trud wspinaczki po niezliczonych schodach.

Drugą niebywałą atrakcją okolic Jałty jest tzw. Biały Pałac Romanowów w Liwadii, w którym odbyła się Konferencja Jałtańska w 1945 roku. Przecudowne ogrody pałacowe zachęcają do spacerów, a niezwykle ciekawa wystawa nakłania do pochylenia się nad historią tego miejsca - niezwykłego świadka historii.

Obcokrajowcy mogą zwiedzać pałac na własną rękę, Ukraińcy i Rosjanie w grupach z przewodnikiem. Panie przewodniczki powoli i wyraźnie opowiadały o zwiedzanych pomieszczeniach - dzięki temu i mnie udało się co nieco zrozumieć.
Do zwiedzania udostępniono parter i pierwsze piętro pałacu. Wystawa na dole poświęcona jest Konferencji, a na górze rodzinie carskiej.

W tej sali konferencyjnej odbywały się obrady Konferencji. Słynny ze zdjęć okrągły stół (podobno oryginał) stoi w przedsionku.
Znane wszystkim zdjęcie uczestników Konferencji, zrobione zostało w ogrodach na wewnętrznym dziedzińcu pałacu.
W pierwszej połowie XIX wieku polski arystokrata Lew Potocki* wybudował w tym miejscu swoją rezydencję i założył pierwsze ogrody. W 1861 posiadłość przeszła na własność rodziny carskiej i stała się letnią rezydencją Cara Aleksandra II. Jego ojciec Aleksander III także odwiedzał pałac niejednokrotnie i zmarł w nim w 1894 roku.
Kolejnymi użytkownikami był Car Mikołaj i jego rodzina. To na rozkaz Cara Mikołaja w 1910 roku rozpoczęto budowę Białego Pałacu, w jego do dziś zachowanej formie. Według pań przewodniczek rodzina carska była tu jedynie cztery razy, gdyż jałtański klimat był dla nich zbyt upalny. Lato zwykli byli spędzać w Finlandii, a do Białego Pałacu przyjeżdżali zimą lub wczesną wiosną. Sporo w muzeum jest pamiątek po członkach rodziny, m.in w gabinecie pana domu stoi biurko i regał na książki Cara Mikołaja:


Mnie szczególnie wzruszyły zachowane prace plastyczne carskich dzieci. Niestety nie zapamiętałam, które dziewczynki były autorkami tych obrazków, ale wydało mi się nieco absurdalne, że takie kolorowe i radosne prace pozostały po dzieciach, których koniec był tak tragiczny...


Po kilku dniach spędzonych w Jałcie, wyruszyliśmy do Sewastopola, który kojarzy się głównie militarystycznie. To tu w walkach podczas II wojny światowej zginęły tysiące rosyjskich i niemieckich marynarzy. Widać to w mieście na każdym kroku: monumentalne pomniki stoją nie tylko w porcie, ale i w mieście.
Przez pięćdziesiąt lat było to miasto zamknięte, niedostępne dla gości, tym bardziej dla obcokrajowców. Do dziś tutejszy port jest siedzibą Marynarki Czarnomorskiej, podczas przejażdżki łódką po porcie można zobaczyć liczne ukraińskie i rosyjskie statki wojenne....


Ostatnim postojem naszej wyprawy była Odessa. Miasto historia, miasto legenda. Niestety nie mam zbyt wielu zdjęć, które nadawałyby się do publikacji. Centrum Odessy, jej główny deptak, Opera czy park tętnią życiem. Są nowoczesne i piękne, pełne młodych ludzi, turystów. Niestety wystarczy pojechać 4-5 przystanki tramwajem dalej od centrum i odbywamy jakby podroż w czasie i przestrzeni, mając wrażenie, że wylądowaliśmy na osiemnastowiecznej wsi...
Miasto z ogromną ochotą na zmiany i niezwykłym potencjałem. Na zdjęciu gmach Opery w Odessie:



Generalnie nasza podróż nie zawsze była łatwa i z pewnością nie był to urlop wypoczynkowy. Jednak mnóstwo zobaczyliśmy i przeżyliśmy, spotkaliśmy wielu przychylnych nam ludzi. Doświadczenia tych dwóch tygodni jeszcze wyraźniej pozwalają mi docenić warunki, w jakich mamy szczęście mieszkać.
Zobaczyliśmy jakim dobrodziejstwem dla Rumunii jest Unia Europejska, jak szybko ten kraj nadrabia lata zaległości. Przekonaliśmy się, że wiele jest jeszcze do zrobienia, póki w Europie istnieją kraje jak Mołdawia (mimo, że spędziliśmy tam może godzinę). Uświadomiliśmy sobie ogromną zależność Ukrainy od Rosji i jednocześnie niezwykłe parcie jej mieszkańców, zwłaszcza młodych, w stronę Zachodu i konsumpcjonizmu. Niezwykle ciekawe doświadczenie, które mam nadzieję, będę mogła kiedyś powtórzyć, by móc się przekonać, jak zmienia się świat, w którym żyjemy.


(*informacje historyczne pochodzą z niemieckiej wikipedii)

piątek, 2 listopada 2012

Wyniki losowania

Książki wędrują do:

MARIOLA, MOJE KROPLE - Malineczka74
WYŻSZE SFERY - Iza
SHIT! ROK W BRUKOWCU - Zosik

Dziewczyny, proszę o przesłanie adresów do wysyłki na mój adres mailowy: agussiek@gazeta.pl

Dziękuę za udział w losowaniu i miłe słowa oraz życzenia. Powoli zadomawiam się na bloggerze.


wtorek, 30 października 2012

Magnetyzer, Konrad T. Lewandowski

Już jakiś czas temu miałam okazję przeczytać pierwszy tom przygód komisarza Jerzego Drwęckiego, stojącego na straży prawa i porządku w międzywojennej Warszawie, ale dopiero teraz udało mi się napisać o niej kilka zdań.

Zadaniem głównego bohatera, młodego i ambitnego policjanta, jest odnalezienie tajemniczego mnicha, który potrafi wpływać na zachowanie młodych kobiet i nakłaniać je do odebrania sobie życia. Jednocześnie Drwęcki, dzięki znajomemu staruszkowi, poznaje historię pewnego Rosjanina, który posiadł niezwykłe umiejętności pozwalające mu na manipulowanie ludźmi. Ów Rosjanin wprawdzie od dawna nie żyje, ale pozostawił po sobie księgę, w której szczegółowo opisał swoje zdolności. Komisarz szybko łączy fakty z przeszłości ze swoją aktualną sprawą i udaje się w pościg za przestępcą.
 Aby rozwiązać zagadkę i złapać owego mnicha Drwęcki musi nie tylko współpracować z warszawskim światkiem przestępczym, ale dodatkowo skazany jest na pomoc duchownych. A nakłonienie księży do złamania tajemnicy spowiedzi i uzyskanie od nich informacji pomocnych w rozwiązaniu kryminalnej zagadki nie jest prostym zadaniem.

Powieść, w której wiele się dzieje i przyznaję, że momentami jak dla mnie nawet za wiele. Podczas lektury kilka razy miałam wrażenie, jakby z tekstu usunięto kilka zdań, które wyjaśniałyby co się aktualnie dzieje lub jaki dokładnie jest pomysł komisarza na rozwiązanie sprawy.
Magnetyzer nie porwał mnie ani nie oczarował, ale na półce stoją kolejne tomy, więc Lewandowski i jego kryminały pojawią się na pewno jeszcze na blogu.

Ocena: -4/6

 
WYZWANIE 2012
Książki z mojej półki

Cel: 20
Przeczytanych: 11
Zostało: 9

niedziela, 21 października 2012

Prezenty urodzinowe...

... dla Was, oczywiście! Z okazji trzecich urodzin i przenosin bloga mam dla Was trzy książki:

Nowych właścicieli szukają:
MARIOLA, MOJE KROPLE...., Małgorzta Gutowska-Adamczyk
WYŻSZE SFERY, Peter Hedges
SHIT! ROK W BRUKOWCU, Joanna Żebrowska

Wszystkie trzy w dobrym stanie, raz czytane :)
Chętnych proszę o zostawienie komentarza - proszę podać preferowany tytuł.
Na zgłoszenia czekam do piątku wieczór (3 listopada). Wtedy też wylosuję obdarowanych.

A TYMCZASEM NA BALKONIE:
Bratki przeżywają drugą młodość. Zdjęcia zrobiłam DZISIAJ, 21 października!!!!

środa, 17 października 2012

Weekend poznański i książkowe zdobycze

Jeden z wrześniowych weekendów miałam okazję spędzić w Poznaniu. Pobyt tam zaowocował widocznym poniżej stosem. Pochodzi on z trzech, wartych odwiedzenia, księgarni, które znane są nie tylko poznaniakom. Dwie pierwsze odkryłam dopiero teraz, bo mimo wielokrotnych pobytów w Poznaniu, nie udało mi się wcześniej do nich trafić. Trzecia to znany i sprawdzony adres :)


I tak trzy książki stojące po lewej pochodzą z Antykwariatu Naukowego na ul. Paderewskiego. Wbrew nazwie można tam znaleźć nie tylko literaturę popularnonaukową, ale też wyselekcjonowane powieści polskie i zagraniczne. O tym, jakie książki zostaną przez Antykwariat zakupione decyduje literaturoznawca. Ma to między innymi taką zaletę, że będąc molem książkowym na bank znajdzie się tu coś dla siebie. Minus tego jest taki, że ciężko się opanować i ograniczyć tylko do jednego tytułu... W każdym razie zakupiłam:
- ŚWIAT WEDŁUG GARPA, John Irving
- CÓRKA FORTUNY, Isabel Allende
- ISAAC BASHEVIS SINGER, Dwór

Drugim miejscem idealnym dla książkochłona jest księgarnia Bookarest w Starym Browarze. Specjalizuje się głównie w literaturze na temat architektury, designu i sztuki, ale znaleźć można także sporo powieści. Również tu wybór asortymentu nie jest przypadkowy, co sprawia, że godzinami można siedzieć na kanapie, popijać kawę i wybierać, przebierać, podczytywać i kupować. Stos leżący od dołu:
- GRONA GNIEWU, John Steinbeck
- W KRAINIE BIAŁYCH OBŁOKÓW, Sarah Lark
- NASZ MAŁY PRL, Izabela Meyza, Witold Szabłowski
- STRACONY PORANEK, Gabriela Adameşteanu

I na koniec miejsce, którego nie sposób nie odwiedzić będąc w Poznaniu, mianowicie stara, dobra Księgarnia Arsenał. Trochę przecen, sporo nowości: ciekawy misz-masz, w którym łatwo coś upolować. Cztery stojące książki to:
-  SASZEŃKA, Simon Montefiore: Odkąd dowiedziałam się o jej istnieniu, wiedziałam jedno: MUSZĘ JĄ MIEĆ!
- KATRZYNA WIELKA, GRA O WŁADZĘ, Ewa Stachniak: jak wyżej
- Z WĄSKIM PSEM DO CARCASSONE, Terry Darlington
- MATKA RYŻU, Rani Manicka - ją także od jakiegoś czasu chciałam mieć, a kosztowała grosze

Na koniec chciałam wszystkim, którzy są z Poznania lub okolic, bądź się tam na kilka dni wybierają, spektakl w Teatrze Muzycznym, pt. Skrzypek na dachu. Musical, dokładniej rzecz ujmując. Pięknie zaśpiewany i zatańczony, wywołał gęsią skórkę i tęsknotę z tym, co nieuchronnie odeszło, ale i rozbawił. Polecam!

wtorek, 16 października 2012

Dom Kalifa, Tahir Shah

Wielu z nas marzy nie tylko o dalekich, egzotycznych podróżach, ale także o tym, by w wybranym kraju rozpocząć nowe, lepsze życie. Autor tej książki Tahir Shah postanowił taki właśnie pomysł zrealizować i razem z żoną i dwójką malutkich dzieci przeniósł się do Maroka. Rzucił się przy tym od razu na głęboką wodę i kupił ogromne stare domostwo - tytułowy Dom Kalifa. A razem z domem trzech dozorców, masę urządzeń do wymiany i pomieszczeń do remontu oraz kilka złośliwych dżinnów...

Opowieść Tahira to w dużej mierze relacja, której można by nadać tytuł: "Jak remontować dom w Maroku popełniając przy tym wszystkie możliwe błędy". Zabawna, czasami wywołująca współczucie opowieść zawiera sporo informacji o kulturze i obyczajach Maroka, o naturze i zwyczajach jego mieszkańców oraz o tym, jak wyremontować dom w tym północnoafrykańskim kraju i nie postradać przy tym zmysłów :)
Autor przedstawia nam niemałe grono swoich pracowników oraz bliższych lub dalszych znajomych, raczy kilkoma historiami rodzinnymi i informacjami o historii miasta. Całość czyta się niezwykle szybko i przyjemnie. Kilka razy miałam oczy szeroko otwarte  z niedowierzania, jak można być tak naiwnym bądź pasywnym, jak narrator powieści. Zdarzało się bowiem, że aby uniknąć konfliktów Shah zgadzał się na najbardziej absurdalne rozwiązania i pozwalał swoim pracownikom wodzić się za nos. Ta jego niemalże dziecięca naiwność czasami mnie irytowała, ale nie ma ona wpływu na ogólny odbiór książki, którą polecam zwłaszcza jako zdecydowną kontrę do zbliżającej się zimy :)

I tylko szkoda, że podana w książce strona internetowa Domu Kalifa nie działa. Próbowałam też  googlować - bez powodzenia, a szkoda. Chętnie zajrzałabym do Domu Kalifa po remoncie :)


Ocena: 5/6
 
WYZWANIE 2012
Książki z mojej półki

Cel: 20
Przeczytanych: 10
Zostało: 10

niedziela, 7 października 2012

Delta Dunaju

Z Bukaresztu, po pięciu godzinach podróży autobusem dotarliśmy do miasta Tulcea, które, położone na brzegach Dunaju, stanowi doskonałą bazę wypadową dla wszystkich, którzy chcą wybrać się na zwiedzanie delty. Spędziliśmy tam popołudnie i noc. Małomiasteczkowa atmosfera Tulcei przypominała mi nieco Polskę w latach dziewięćdziesiątych: jedna pizzeria, sporo małych sklepików ze wszystkim, na ulicach mnóstwo młodych ludzi - i tak klimat jakoś mi się skojarzył. Wieczorem siedziałam przy fontannie w centrum, przy głównym placu, chłonąc atmosferę, obserwując harcujące dzieciaki i ciesząc się ciepłym wieczorem (to było na początku sierpnia...)
Następnego ranka wyruszyliśmy widocznym na zdjęciu statkiem, który był po brzegi wypełniony pasażerami i ich bagażem, do miejscowości Mila 23, która leży w samym sercu delty Dunaju. Podróż była o tyle męcząca, że w środku było jakieś 40 stopni i brak możliwości otwarcia okna. A jak się domyślacie, wszystkie miejsca na zewnątrz były zajęte i nie sposób było się tam wcisnąć.



Oto wioska, w której spędziliśmy dwie noce: Mila 23.


Nazwa miejscowości napisana jest cyrylicą, gdyż w tej wiosce mieszkają potomkowie rosyjskich innowierców, którzy w osiemnastym wieku uciekli przed carem i schronili się tam, gdzie nikt nie mógł ich odnaleźć... W miejscowym sklepiku i między domami wciąż słychać śpiewny rosyjski.
Po niezwykle smacznej kolacji, składającej się - nie mogło być inaczej - głównie z ryb, spędziliśmy wolną od komarów noc. Towarzyszyło nam pełnie gwiazd, niezwykłe niebo oraz tajemnicze, nocne odgłosy otaczającej nas natury. Niesamowite uczucie spać ze świadomością, że najbliższy samochód znajduje się ponad godzinę drogi łodzią stąd.
Do delty Dunaju jedzie się albo wędkować albo podziwiać niebywałą naturę. Naszym celem było to drugie. Dlatego następnego dnia spędziliśmy ponad osiem godzin w maleńkiej łódce z sędziwym przewodnikiem, pływając kanałami i jeziorami, podziwiając faunę i florę i rozkoszując się ciszą.
Na pierwszym zdjęciu nasza łódź i kapitan pokazujący, jego zdaniem niebywałą, atrakcję: sieć ze złowionymi rybami. Reszta to krajobrazy delty:




Był to niezwykły dzień spędzony na łonie dzikiej natury, której człowiek jest jedynie gościem w zachwycie obserwującym gospodarzy. Widok setek ptaków, m.in. żurawi, czapli, zimorodków, pelikanów, kormoranów oraz innych, których nie byłam w stanie rozpoznać, zapiera dech w piersiach. Dzień spędzony w twardej, plastikowej łodzi minął piorunem, a my z żalem żegnaliśmy słońce z myślą, że rankiem ruszamy w dalszą drogę...
Ostatnie zdjęcie to przykład tradycyjnej, glinianej chaty ze słomianym dachem. W takich domach ciągle jeszcze mieszkają tu ludzie. Regon ten należy do najbiedniejszych w Rumunii. Powoli docierają tu subwencje unijne i rozwija się przemysł turystyczny... Wielu autochtonów żyje z rybołówstwa i uprawy kawałka ziemi - ziemia jest bardzo żyzna, ale na pola nie ma tu miejsca...
Choć infrastruktura turystyczna (na szczęście) nie jest jeszcze rozwinięta, na rozpieszczonych turystów czekają komfortowe hoteliki i pensjonaty...
 

To była krótka, ale niezwykła wizyta. Na pewno za kilka lat tu powrócimy z ciekawością i niepokojem obserwując zmiany, które na tych terenach są nieuniknione....