wtorek, 27 listopada 2012

Blog osławiony między niewiastami, Artur Andrus

Grubaśna księga autorstwa mistrza Andrusa towarzyszyła mi przez wiele tygodni. Leżała na nocnej szafce i mogłam ją sobie podczytywać po kawałeczku, dawkując przyjemność. Ale jak to w życiu czytelnika bywa każda, nawet najcięższa cegła kiedyś się skończy pozostawiając po sobie pustkę, którą jak najszybciej należy zapełnić nowa cegłą lub cegiełką....

Ale wracając do Andrusa, przyznać muszę, że nie jestem, ba nawet nie zamierzam być obiektywna. Twórczość literacką pana redaktora z Trójki uważam za jak najbardziej udaną i bezkrytycznie oceniam ją na piątkę z plusem. Choć wolę pana Andrusa na żywo, w Trójce w rozmowach z zaproszonymi do radia gośćmi czy dzwoniącymi do redakcji słuchaczami, to możliwość sięgnięcia po zbiór jego tekstów pozwoliła mi się zapoznać z szeroką gamą jego codziennych zainteresowań oraz form literackich, jakie uprawia :)

W zbiorze tym znajdziemy m.in. teksty z bloga autora, wiersze, felietony, powieść w odcinkach o baronowej Marlene von Kopf bis Fuss oraz kopie tekstów piosenek (także tych szturmem zdobywających listę przebojów Trójki) pisane odręcznie, bardzo ładnym, powiedziałabym nawet dziewczęcym charakterem pisma.
Uwielbiam Andrusa za jego zmysł obserwacji, abstrakcyjne skojarzenia oraz ironiczne podejście do siebie i otaczającej rzeczywistości. Autor potrafi niemal z niczego stworzyć interesujący, a do tego często zabawny tekst. Inspiracją dla niego są ogłoszenia prasowe bądź szyldy reklamowe, rozmowy ze słuchaczami, kolory, reklamy i tysiące innych rzeczy i sytuacji, czyli jednym słowem otaczający nas świat. Inteligentnie, zabawnie i zaskakująco. Mnie się podobało i czekam na więcej. Polecam!

Ocena: 5+/6
 
WYZWANIE 2012
Książki z mojej półki

Cel: 20
Przeczytanych: 12

Zostało: 8

czwartek, 22 listopada 2012

Muzycznie



Jeszcze nigdy nie pisałam na blogu o muzyce. Nie jestem muzyczną ekspertką i nie za bardzo wiem, o czym miałabym pisać. ALE w miniony weekend miałam okazję być na koncercie estońskiego zespołu Legshaker i to właśnie z tymi sześcioma chłopakami chcę popełnić mój muzyczny pierwszy raz na blogu :)
Tych sześciu młodych Estończyków zachwyca publiczność nie tylko swoim wyglądem (choć to dotyczy pewnie tylko żeńskiej bądź homoseksualnej połowy widowni). Potrafią też porwać do tańca i szalonej zabawy nawet najbardziej opornych słuchaczy. I wcale mi nie przeszkaszało, że estońskich tekstów piosenek nie rozumiałam ni w ząb :)
Jest to punkowo-folkowa grupa, która ostro daje czadu na scenie. Zespół łączy w swojej muzyce dwa, zdawałoby sie totalnie odległe nurty, jak folk i punk, a wychodzi im to świetnie. Zobaczcie z resztą sami, co powstaje z połączenia pogo z polką :)
Pierwsze wideo, to nagranie z koncertu, a drugie to migawka zdjęć z muzycznym podkładem domowej produkcji. Ale słychać świetnie!




środa, 21 listopada 2012

Bez przebaczenia, Agnieszka Lingas-Łoniewska

Na opisanie czeka kilka innych przeczytanych ostatnio książek, ale jeśli nie napiszę o tej powieści od razu, to istnieje spora szansa, że zwyczajnie wyrzucę ją z pamięci. Muszę przyznać, że już dawno nie przeczytałam tak słabej książki.

Bez przebaczenia jest historią "skomplikowanej" miłości Piotra i Pauliny. Ona ma za sobą ciężkie przejścia i musi mieszkać u ojca, którego nienawidzi. On jest młodym bogiem, przystojnym, honorowym żołnierzem, który ma problemy z samokontrolą. Poznają się w bibliotece i od tej pory ona jest jego czarnowłosą  dziewczynką bądź maleńką, a on jej wielkim żołnierzem. Ona w końcu zawsze mu ulega, on nie może się opanować/kontrolować/powstrzymywać. A zatem po sześciu latach seksualnej wstrzemięźliwości oboje nieustannie spełniają swoje żądze. Jeden stereotyp goni kolejny. Paulina i Piotr zachowują się jak małe, rozkapryszone dzieci mające poważne problemy z komunikacją, a jednocześnie momentami gadają aż za dużo i w kółko o tym samym... Nasi bohaterowie raz się kochają, raz nienawidzą, nader często pieprzą sobie życie (stylistyka autorki), tęsknią, rozpaczają, umierają z bólu, umierają z miłości... Mnóstwo tu banału i kiczowatego romantyzmu.

Nie tylko z powodu przewidywalnej i nieskomplikowanej fabuły, papierowych i nudnawych postaci, ale przede wszystkim ze względu na bardzo słaby styl, który charakteryzuje sporo gramatycznych i składniowych błędów, mnóstwo powtórzeń, przekleństw i nieliterackich sformułowań ciężko mi było przebrnąć przez tę powieść.. Sposób pisania Łoniewskiej sprawił, że tekst powieści przypominał mi pamiętnik zakochanej nastolatki, a nie powieść dla dorosłych czytelników. Niestety nie jestem w stanie odnaleźć w tej powieści ani jednego pozytywnego elementu. Więc po prostu skończę :)
Bez przebaczenia jest dla mnie dowodem na to, że nie każdy może być pisarzem. Aby stworzyć dzieło literackie, albo po prostu dobrą powieść trzeba mieć talent. Tylko tyle i aż tyle.

Ocena:  1/6

sobota, 17 listopada 2012

Wspomnienie lata: Krym i Odessa

Za mną niezwykle intensywne dwa miesiące. Liczne wyjazdy i gorący okres w pracy. Powoli wszystko wraca do normy, a do wykorzystania zostało kilka dni urlopu i sporo nagromadzonych nadgodzin. Oznacza to, że druga połowa listopada i grudzień będą, przynajmniej w planie, miesiącami spokojnymi i - jak przystało na okres jesienno-zimowy - wreszcie będę miała czas na czytanie nagromadzonych książek i nadrabianie blogowych zaległości (w czytaniu Waszych tekstów i pisaniu własnych notek).
Nadrabianie zaczynam od ostatniej części relacji z wakacyjnej (sierpniowej) wyprawy. Odwiedziliśmy wtedy Bukareszt, Deltę Dunaju, a potem Krym i Odessę. I o tym będzie ten wpis.

Zapraszam w podróż na wschód...

Po ponad 35-godzinnej podróży, która była jednocześnie najbardziej ekscytującym i męczącym elementem całego wyjazdu, i przejechaniu ok. tysiąca kilometrów dotarliśmy do Teodozji (ukr. Feodossija) na wschodzie Krymu....
Trasa przebiegała z grubsza tak:
źródło: google.maps
Podróż odbywaliśmy przeróżnymi środkami komunikacji, często było to spowodowane niewystarczającą infrastrukturą i ograniczonymi możliwościami połączeń transportem publicznym. Generalnie odbyła się ona w następujących etapach:

1. Mila 23 (Delta Dunaju) - port w Tulcei, mała, ale za to superszybka łódź motorowa (tylko godzinka). Wyruszamy po obfitym śniadaniu, o godzinie dziesiątej rano.

2. Tulcea-Galati, południowy brzeg Dunaju - autobus

3. Galati, południowy brzeg Dunaju - Galati, północny brzeg Dunaju, prom, który miał chyba z siedemdziesiąt lat... Na rzece były dwa, które jednocześnie odbijały od przeciwległych brzegów. Wyglądają tak:


4. Galati, północny brzeg Dunaju - przejście graniczne z Mołdawią w Giurgulesti, dwie różne taksówki plus półgodzinny marsz z plecakami w pełnym słońcu i trzydziestopięcio stopniowym upale, plus podróż na stopa od rumuńskiej kontroli granicznej do mołdawskiej, gdyż granicy tej nie wolno przekraczać pieszo.

5. Giurgulesti - Reni (Ukraina), na stopa z mołdawskim kierowcą o złotych zębach, naszym środkiem lokomocji była jego czterdziestoletnia, rozpadająca się dacza; kierowca był niezwykle serdeczny i miał dobre układy :) Dzięki niemu kontrola graniczna odbyła się niezwykle sprawnie i szybciutko (na ile pozwalało jego starutkie auto i katastrofalne drogi) znaleźliśmy się na dworcu autobusowym w Reni.

6. Reni - Odessa, prywatny minibus. Podczas całej tej szalonej wyprawy mieliśmy sporo szczęścia i spotkaliśmy mnóstwo pomocnych ludzi. I tak w Reni byliśmy chwilę po siedemnastej i miła pani z kasy biletowej zamówiła dla nas minibusa, który o 17:30 odjeżdżał do Odessy. Szalona to była podróż z prędkością ok. 150 km/h , głównie po wirtualnym trzecim pasie, czyli środkiem drogi, wyprzedzając WSZYSTKIE pojazdy zmierzające w tym samym kierunku. Dzięki temu na dworcu w Odessie byliśmy (cali i zdrowi!) już o dwudziestej drugiej.

7. Odessa - Simferopol, nocny pociąg i luksusowy dwuosobowy przedział. I tu znów mieliśmy szczęscie: po dotarciu na dworzec okazało się, że nocny pociąg do Simferopola odjeżdża za godzinę i są jeszcze bilety! Wolny czas wykorzystaliśmy na pierwszy tego dnia ciepły posiłek - w McDonaldzie. Nawet sobie nie wyobrażacie jaki był pyszny!

8. Simferopol - Teodozja, prywatny minibus, czyli znowu odrobina luksusu. Po odbyciu etapów 1 do 7 zrezygnowaliśmy z przepełnionych i rozgrzanych jak piece marszrutek i przepłaciliśmy nieco za podróż szybkim, nowoczesnym i klimatyzowanym (!) autem.

W Teodozji: jak już znaleźliśmy miejsce na nocleg i trafiliśmy na niesamowicie przeludnioną i brudną plażę sąsiadującą z placem budowy i widokiem na ogromne tankowce, niemalże się popłakałam. A gdzie te stepy akermańskie, romantyczny, piękny Krym z mojej wyobraźni? Niestety zapomniałam o pięćdziesięciu latach Związku Radzieckiego, które wywarły ogromny wpływ na cały półwysep.
Szczególnie miło wspominam wizytę w tatarskiej restauracji, gdzie osobiście zaopiekował się nami właściciel, wybierając dla nas najlepsze dania z karty. Typowo tatarskie. Do picia dostaliśmy mieszanką zielonej herbaty i krymskich ziół. Pyszna. Taką herbatę kupiłam sobie do domu, ale tu nie smakuje tak, jak tam, w ogromnej sali wyłożonej dywanami....
Generalnie wschód Krymu jest brzydki: suchy, niemalże pustynny krajobraz, kamieniste plaże, wypalona słońcem trawa. Dookoła mnóstwo betonu: ogromnych, socjalistycznych budowli, zabetonowane są plaże i parki... Krajobraz wygląda tak (starałam się nie fotografować betonu...):



Na szczęście ruszyliśmy w dalszą drogę, do Jałty. A tam już całkiem europejskie klimaty, przepiękna natura (fantastyczne palmy i cyprysy!), sporo zabytków.

Szczególnie polecam spacer do Jaskółczego Gniazda* w miejscowości Haspra, pałacyku z 1911 roku, który m.in. zagrał w "Podróżach Pana Kleksa" (wg. wikipedii). Został zbudowany na polecenie niemieckiego barona von Steingel, który ponoć głównie tam imprezował...
Dostać się można do pałacyku z Jałty łodzią lub marszrutką. Zwiedzać go nie można w środku, bo jest doprawdy maleńki, ale piękny widok i sama droga nagradzają trud wspinaczki po niezliczonych schodach.

Drugą niebywałą atrakcją okolic Jałty jest tzw. Biały Pałac Romanowów w Liwadii, w którym odbyła się Konferencja Jałtańska w 1945 roku. Przecudowne ogrody pałacowe zachęcają do spacerów, a niezwykle ciekawa wystawa nakłania do pochylenia się nad historią tego miejsca - niezwykłego świadka historii.

Obcokrajowcy mogą zwiedzać pałac na własną rękę, Ukraińcy i Rosjanie w grupach z przewodnikiem. Panie przewodniczki powoli i wyraźnie opowiadały o zwiedzanych pomieszczeniach - dzięki temu i mnie udało się co nieco zrozumieć.
Do zwiedzania udostępniono parter i pierwsze piętro pałacu. Wystawa na dole poświęcona jest Konferencji, a na górze rodzinie carskiej.

W tej sali konferencyjnej odbywały się obrady Konferencji. Słynny ze zdjęć okrągły stół (podobno oryginał) stoi w przedsionku.
Znane wszystkim zdjęcie uczestników Konferencji, zrobione zostało w ogrodach na wewnętrznym dziedzińcu pałacu.
W pierwszej połowie XIX wieku polski arystokrata Lew Potocki* wybudował w tym miejscu swoją rezydencję i założył pierwsze ogrody. W 1861 posiadłość przeszła na własność rodziny carskiej i stała się letnią rezydencją Cara Aleksandra II. Jego ojciec Aleksander III także odwiedzał pałac niejednokrotnie i zmarł w nim w 1894 roku.
Kolejnymi użytkownikami był Car Mikołaj i jego rodzina. To na rozkaz Cara Mikołaja w 1910 roku rozpoczęto budowę Białego Pałacu, w jego do dziś zachowanej formie. Według pań przewodniczek rodzina carska była tu jedynie cztery razy, gdyż jałtański klimat był dla nich zbyt upalny. Lato zwykli byli spędzać w Finlandii, a do Białego Pałacu przyjeżdżali zimą lub wczesną wiosną. Sporo w muzeum jest pamiątek po członkach rodziny, m.in w gabinecie pana domu stoi biurko i regał na książki Cara Mikołaja:


Mnie szczególnie wzruszyły zachowane prace plastyczne carskich dzieci. Niestety nie zapamiętałam, które dziewczynki były autorkami tych obrazków, ale wydało mi się nieco absurdalne, że takie kolorowe i radosne prace pozostały po dzieciach, których koniec był tak tragiczny...


Po kilku dniach spędzonych w Jałcie, wyruszyliśmy do Sewastopola, który kojarzy się głównie militarystycznie. To tu w walkach podczas II wojny światowej zginęły tysiące rosyjskich i niemieckich marynarzy. Widać to w mieście na każdym kroku: monumentalne pomniki stoją nie tylko w porcie, ale i w mieście.
Przez pięćdziesiąt lat było to miasto zamknięte, niedostępne dla gości, tym bardziej dla obcokrajowców. Do dziś tutejszy port jest siedzibą Marynarki Czarnomorskiej, podczas przejażdżki łódką po porcie można zobaczyć liczne ukraińskie i rosyjskie statki wojenne....


Ostatnim postojem naszej wyprawy była Odessa. Miasto historia, miasto legenda. Niestety nie mam zbyt wielu zdjęć, które nadawałyby się do publikacji. Centrum Odessy, jej główny deptak, Opera czy park tętnią życiem. Są nowoczesne i piękne, pełne młodych ludzi, turystów. Niestety wystarczy pojechać 4-5 przystanki tramwajem dalej od centrum i odbywamy jakby podroż w czasie i przestrzeni, mając wrażenie, że wylądowaliśmy na osiemnastowiecznej wsi...
Miasto z ogromną ochotą na zmiany i niezwykłym potencjałem. Na zdjęciu gmach Opery w Odessie:



Generalnie nasza podróż nie zawsze była łatwa i z pewnością nie był to urlop wypoczynkowy. Jednak mnóstwo zobaczyliśmy i przeżyliśmy, spotkaliśmy wielu przychylnych nam ludzi. Doświadczenia tych dwóch tygodni jeszcze wyraźniej pozwalają mi docenić warunki, w jakich mamy szczęście mieszkać.
Zobaczyliśmy jakim dobrodziejstwem dla Rumunii jest Unia Europejska, jak szybko ten kraj nadrabia lata zaległości. Przekonaliśmy się, że wiele jest jeszcze do zrobienia, póki w Europie istnieją kraje jak Mołdawia (mimo, że spędziliśmy tam może godzinę). Uświadomiliśmy sobie ogromną zależność Ukrainy od Rosji i jednocześnie niezwykłe parcie jej mieszkańców, zwłaszcza młodych, w stronę Zachodu i konsumpcjonizmu. Niezwykle ciekawe doświadczenie, które mam nadzieję, będę mogła kiedyś powtórzyć, by móc się przekonać, jak zmienia się świat, w którym żyjemy.


(*informacje historyczne pochodzą z niemieckiej wikipedii)

piątek, 2 listopada 2012

Wyniki losowania

Książki wędrują do:

MARIOLA, MOJE KROPLE - Malineczka74
WYŻSZE SFERY - Iza
SHIT! ROK W BRUKOWCU - Zosik

Dziewczyny, proszę o przesłanie adresów do wysyłki na mój adres mailowy: agussiek@gazeta.pl

Dziękuę za udział w losowaniu i miłe słowa oraz życzenia. Powoli zadomawiam się na bloggerze.