poniedziałek, 11 marca 2013

Jane Eyre, reż. Cary Fukunaga

Miałam wczoraj niebywałą przyjemność odbycia podróży w czasie i przestrzeni, do świata wykreowanego ponad sto lat temu przez Charlotte Brontë. Z ekranizacjami powieści różnie bywa, czasem zachwycają, czasem wręcz przeciwnie.
W tym konkretnym przypadku muszę przyznać, że choć książka (pisałam o niej na moim poprzednim blogu) momentami mnie nudziła, a główna bohaterka irytowała, to film porwał i zachwycił.

Świetnie wykreowany świat odpowiadał w zupełności wyobrażeniom, jakie snułam podczas lektury. Ogromne, ponure domostwo pana Rochestera, z pięknymi wnętrzami i jeszcze piękniejszymi plenerami. Swoje zadanie świetnie wypełnili także aktorzy, zwłaszcza odtwórcy ról Jane (Mia Wasikowska) i Rochestera (Michael Fassbender), bardzo przyjemnie było na nich patrzeć.
W związku z faktem, że film trwa jedynie dwie godziny (moje wydanie powieści miało 400 stron...), to jego twórcy siłą rzeczy musieli dokonać skrótów. Dzięki temu widz ani przez moment się nie nudzi. W dodatku twórcy filmu zdecydowali się na zaburzenie chronologii, co dodatkowo nadaje całości dynamiki.

Historia Jane Eyre, a zwłaszcza jej filmowa wersja, jest wprost stworzona do umilania zimnych, śnieżnych wieczorów w połowie marca. Serdecznie polecam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz