czwartek, 19 grudnia 2013

Dzidek, Stefan Wroński

Powieść zabiera nas w podróż do nieistniejącego już niestety świata: do Warszawy lat trzydziestych.
Główny bohater, tytułowy Dzidek, jest synem poważanego stołecznego lekarza i bohaterem swojego podwórka. Jego sława wzrasta po narodzinach siostry Joli, która jest prawdziwą czarownicą, o czym za odpowiednią opłatą każdy nieletni mieszkaniec kamienicy może się na własne oczy przekonać....
Urwisy z bandy Dzidka całe dnie beztroskiego dzieciństwa spędzają na nauce, zabawie i planowaniu podstępnych żartów i psikusów, przed którymi nikt z dorosłych się nie obroni. Co Wrońskiemu udało się bez dwóch zdań, to wykreowanie niezwykle autentycznego i klimatycznego obrazu przedwojennej Warszawy, jej ulic i mieszkańców z ich mniejszymi i większymi codziennymi radościami i problemami. Uliczni handlarze, antykwariusze, oszuści i złodzieje - cała plejada kolorowych postaci przewija się przez karty powieści. Ten różnorodny kalejdoskop urozmaicają między innymi nauczyciele i uczniowie warszawskiej szkoły złodziei...
Temat dzieciństwa spędzanego w otoczeniu rówieśników na robieniu głupot oraz postacie ojca i matki, których trzeba było przede wszystkim szanować, bo od wychowywania i kochania była wszystkowiedząca służąca, to bezsprzecznie mocne atuty powieści. Umieszczone w książce
zdjęcia z lat trzydziestych pochodzące z albumu rodzinnego autora pomagają wyobraźni w wizualizowaniu opisywanych wydarzeń.

Jednak urocze dzieciństwo dobiega końca. Wybucha wojna. Warszawa trafia pod niemiecką okupację. Dzidek i jego szkolni koledzy wstępują do Szarych Szeregów, mała Jola zostaje łączniczką w Powstaniu, a matka i służąca za wszelką cenę starają się uratować dom i rodzinę. Niestety ta wojenna część powieści wydała mi się - zwłaszcza w porównaniu z pierwszą połową - bardzo powierzchowna. Nagromadzenie dramatycznych wydarzeń spotykających Dzidka i jego otoczenie sprawia wrażenie, jakby autor podczas pisania po kolei odhaczał listę wojennych krzywd, z których każdą należało umieścić w powieści, nie poświęcając im należnej uwagi i głębi.

Kolejne moje zastrzeżenie dotyczy wstępu i zakończenia, które przenoszą nas w lata sześćdziesiąte. Pomijając szczegóły przyznam tylko, że wybrane przez autora rozwiązania tudzież powiązania między bohaterami pozostały dla mnie nierozwiązaną tajemnicą. A bardzo nie lubię, gdy powieść pozostaje niedomknięta...
Ostatni zarzut, jaki stawiam Dzidkowi to ogromna ilość zbiegów okoliczności, która towarzyszy bohaterom powieści niemal od samego początku. W wyniku tego zabiegu opisywane historie tracą na autentyczności, a kolejne wydarzenia łatwo dają się przewidzieć.
Fakt, że wszyscy przedstawieni w książce żydowscy mieszkańcy przedwojennej Warszawy są złodziejami lub oszustami uznam za przypadek.

Podsumowując: świetny początek, przeciętny środek i rozczarowujące zakończenie. Moim zdaniem powieść miała zadatki na bardzo dobrą, ale ostatecznie oceniam ją na czwórkę z małym minusem. Mimo to jestem pewna, że wielu czytelnikom się spodoba.

Ocena: -4/6

4 komentarze:

  1. Szkoda, że autorowi nie udało się jednak w pełni wykorzystać potencjału tak obiecującej historii i im dalej w las tym gorzej. Odpuszczę sobie lekturę tej książki. Jest wiele innych, które kuszą mnie o wiele bardziej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, nie wykorzystał. Ale powieść ma wyjątkowy klimat i choćby dlatego warto po nią sięgnąć. Nie chciałam nikogo odstraszyć :) Jednak faktem jest, że dookoła tyle książek, że trzeba się na coś zdecydować...
      Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Zastanawiałam się jak początek powieści ma się do całej akcji i jakoś mi to wszystko nie zgadzało. Pomysł był naprawdę dobry ale niestety niezbyt dopracowany, przemyślany i rozbudowany. Niektóre historie były zabawne, np. opowiadające o dzieciństwie Dzidka. Jakoś nie pasował mi wątek wojenny, ponieważ czułam, że był dołączony na siłę i chyba najbardziej wyeksponowany...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli mamy podobne wrażenia po lekturze. Moim zdaniem autor miał świetny pomysł i początkowo sporo weny, a potem jakoś uszło z niego powietrze...
      Witam na moim blogu!

      Usuń