piątek, 24 maja 2013

Warszawskie Targi Książki 2013


Od mojej wizyty na tegorocznych Targach Książki mija dziś dokładnie tydzień, więc to najwyższa pora, żeby podzielić się wrażeniami i pochwalić nabytkami :)
Generalnie uważam, że Targi na Stadionie Narodowym to świetny pomysł. Sporo miejsca, brak tłoku (przynajmniej w piątek po południu było przyjemnie luźno) i w każdej chwili można było przysiąść na trybunach by odsapnąć z widokiem na największy polski stadion i dach. TEN dach ;)
Stoiska ustawiono na galerii, co pozwalało wygodnie odwiedzić je wszystkie po kolei spacerując w jedną stronę. W zakamarkach Pałacu dużo łatwiej było się pogubić.
Mnóstwo książek dookoła, kilka stoisk o nic nie mówiących nazwach ze znudzonymi pracownikami, ale generalnie na Stadionie panowała fantastyczna atmosfera przyjazna molom książkowym. Promocje w wysokości od 20% do 30% na większości stoisk zachęcały do szaleństw, książki kupowane w pakietach były jeszcze tańsze, a jedną nawet dostałam w prezencie :)
Jedyne, czego mi brakowało to kawiarenki, których dwa lata temu w Pałacu było kilka. Na stadionie otwarte były jedynie kioski z colą i fastfoodem. Pewnie takie są zasady organizacji imprez w tym miejscu, tym niemniej szkoda, że nie można było się napić porządnej kawy. Ale to naprawdę mój jedyny zarzut. Reszta super. Podobało mi się i chciałabym wrócić na Targi na Stadionie za rok.

A oto moje zakupy:


Książki wydawnictwa Smak Słowa

- Aryn Kyle: Bóg zwierząt 

- Lauren Liebenberg: Smak dżemu i masła orzechowego 

- Salwa Bakr: Złoty rydwan (dostałam w prezencie)












Na stoisku Czeskich klimatów wybrałam (za namową miłej pani) powieść słowacką:

Pavol Rankov: Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) 
Z kolei na stoisku Kwiaty Orientu dwie powieści koreańskiej autorki (pod wpływem mojej ostatniej lektury):
Shin Kyung-Sook: Zaopiekuj się moją mamą oraz Będę tam 
Ostatnim zakupem dokonanym na Targach była książka Agaty Tuszyńskiej: Rodzinna historia lęku



Na koniec moje zeszłotygodniowe objawienie. Bardzo jeszcze młode, bo założone we wrześniu ubiegłego roku, wydawnictwo zafascynowane Orientem o tajemniczej nazwie Lambook. Malutkie, ale pięknie urządzone stoisko przyciągnęło moją uwagę, cudowne okładki książek od razu wpadły w oko, a przemiła pani Marlena z taką pasją opowiadała o czterech wydanych do tej pory tytułach, że w mig zdecydowałam się na zakup wszystkich. Po promocyjnej cenie 100 zł :)

Już się cieszę na lekturę:

- Suzanna Clarke: Dom w Fezie  
- Sabiha Al Khemir: Błękitny Manuskrypt  
- Joydeep Roy-Bhattacharya: Bajarz z Marrakeszu 
- Joy Stocke, Angie Brenner: Romans z Turcją 













P.S. Olu - dziękuję za zdjęcia!

Kiedy ulegnę, Chang-Rae Lee

O wojnie koreańskiej (1950-1953) nie wiedziałam dotychczas zbyt wiele. Ani nie czytałam żadnej powieści, której akcja rozgrywałaby się w Korei. I tak przy okazji nasunęła mi się myśl, że my Europejczycy bardzo jesteśmy skupieni na własnych tragediach - znamy wiele faktów z historii obu wojen światowych, ale już dużo mniej wiemy o wojennych zawieruchach, które miały miejsce w oddalonych zakątkach globu. Nawet o tych, w których życie lub zdrowie straciło ponad milion ludzi. Dlatego bardzo ważne jest, że ukazują się na naszym rynku powieści takie jak ta, które pomagają wiele zrozumieć i rozszerzyć swój horyzont.

Para głównych bohaterów Kiedy ulegnę wspomnianą wojnę wprawdzie przeżyła, ale odcisnęła ona na ich psychice ogromne piętno uniemożliwiając w zasadzie zbudowanie tzw. normalnego życia. June to młoda Koreanka, która straciła całą swoją rodzinę i w trakcie bezsensownej, zdawałoby się, samotnej wędrówki, na skraju fizycznego wycieńczenia poznała Hektora, amerykańskiego szeregowca. Oboje trafili do sierocińca prowadzonego przez kościół. On zajmował się piciem i drobnymi naprawami, a ona głównie sprawianiem kłopotów wychowawczych. Pewnego dnia w ich życiu pojawiła się Sylvie, żona pastora, którą także naznaczyło brzemię wojennej traumy. Obecność Sylvie wzbudziła ogromne uczucia zarówno w June, jak i w Hektorze, choć, jak łatwo się domyślić, emocje te miały zupełnie odmienny charakter. Ale codzienność w położonym na odludziu sierocińcu to tylko połowa z wykreowanego w powieści świata.

Jego drugą warstwę stanowią losy czterdziestoparoletniej, schorowanej June, która wyrusza z Hektorem do Europy w swoją ostatnią podróż życia. Jej celem jest odnalezienie syna June, któremu okaleczona emocjonalnie kobieta nie potrafiła stworzyć ciepłego domu. Ponadto chora pragnie odwiedzić mityczne niemal miejsce z pewnej książki, przekonana, że odnajdzie w nim spokój i ukojenie. Podczas niekończących się godzin spędzonych w drodze, pomiędzy kolejnymi zastrzykami morfiny, June i Hektor mają czas na rozmowy i wyjaśnienie sobie wielu spraw z przeszłości.

Chang-Rae Lee stworzył bardzo mądrą książkę. Smutną, ale bardzo ważną. Pokazującą na wiele sposobów, jak okrutna i niszcząca jest wojna, nawet wiele lat po jej zakończeniu. Autor wykreował całą galerię postaci nieszczęśliwych, niepotrafiących cieszyć się życiem i kochać. Postaci, które ranią swoich najbliższych i w niczym nie znajdują ukojenia. Jednocześnie jest to książka, którą dobrze się czyta. Wyróżnia ją dobry styl i staranne tłumaczenie, oraz fakt, że nic nie jest takie, jakbyśmy tego oczekiwali. Losy bohaterów są pogmatwane i w żaden sposób nie dają się przewidzieć.
Warto po tę powieść sięgnąć.

Ocena: 5+/6


środa, 22 maja 2013

Poczet królowych polskich, Marcin Szczygielski

Aby wyczerpująco opisać wrażenia po lekturze, muszę zdradzić co nieco z treści książki. A zatem lojalnie uprzedzam: jeśli ktoś jeszcze nie czytał, a zamierza i nie lubi zawczasu wiedzieć za wiele, niech sobie odpuści czytanie tego postu i zadowoli się stwierdzeniem, że powieść z kluczem Marcina Szczygielskiego jest fantastyczna i warto po nią sięgnąć.

Poczet królowych polskich łączy w sobie elementy powieści historycznej i biografii, a zawiera przy tym zarówno wątki kryminalne, jaki i miłosne i obyczajowe.
Ale może przejdę już do konkretów. Na pierwszych stronach powieści poznajemy główną bohaterkę numer jeden: Inę. Pierwowzorem jej postaci była przedwojenna aktorka teatralna i filmowa, Ina Benita, która prawdopodobnie zginęła podczas powstania warszawskiego w wieku zaledwie 32 lat. Powieściowa Ina (początkowo nosi imię Itka) jest kilkuletnią Żydówką, mieszka z rodzicami i polską gosposią oraz jej córką Manią w Warszawie do momentu pożaru, w wyniku którego trafia do ciotki, do Wilna. Tam z rozmachem wkracza w dorosłe życie i poznaje jego ciemniejsze strony. Po powrocie do stolicy ma już konkretny pomysł na życie: chce być aktorką i to za wszelką cenę. 


Główna bohaterka numer dwa to Magda Król. Trzydziestoparoletnia singielka pracuje w wydawnictwie, mieszka w luksusowym apartamencie należącym do banku, nie ma żadnego życia prywatnego i jest zakochana w swoim przyjacielu z dzieciństwa, który jest gejem. Opowieść o losach Magdy rozpoczyna się w momencie, gdy kobieta otrzymuje wiadomość o nagłej śmierci matki. Niebawem na jaw wychodzą różne fakty z życia zmarłej i Magda ze zdziwieniem stwierdza, że jej nudna i przewidywalna matka w rzeczywistości była zupełnie innym człowiekiem.
Ale to nie koniec niespodzianek. Jak można się domyślić obie główne bohaterki w pewnym momencie się spotkają, a ich rozmowy będą istotnymi momentami w powieści.

Poczet królowych polskich niezmiernie mi się podobał. Szczygielski pisze przepięknym styl, który czyta się błyskawicznie i który sprawia, że trudno się oderwać od kolejnych zapisanych stron. Autor  stworzył wyjątkową sagę rodzinną, której bohaterkami są kobiety. Ciąży nad nimi swoiste fatum uniemożliwiające zbudowanie trwałego i szczęśliwego związku z mężczyzną.
Perypetie bohaterek, galeria wielu barwnych postaci oraz historia Polski w tle to kolejne walory powieści. Szczygielski nie boi się prowokować i naruszać narodowo-katolickich tabu (np. przemyślenia małej Iny na temat związku Maryii i Józefa, czy tożsamość wileńskich gwałcicieli), ale robi to ze smakiem i umiarem. Jego powieść ma wiele smaczków i kolorów, jest inteligentna i błyskotliwa. Uważam, że bardzo jej blisko do powieści idealnej.
To moje pierwsze spotkanie ze Szczygielskim, ale z pewnością nie ostatnie. Mam ogromną nadzieję, że autor napisze kolejne książki w podobnym klimacie. Trzymam za to kciuki.


Ocena: 6/6 

czwartek, 9 maja 2013

Córka markizy, Laurel Corona

Właściwie, sądząc po opisie, jest to książka wprost stworzona dla mnie: historyczna powieść z akcją umiejscowioną w osiemnastowiecznej Francji, w której fakty zmyślnie połączone zostały z literacką fantazją, a całość opisuje losy niezwykłej kobiety. Mam na myśli główna bohaterkę, tytułową córkę markizy Émilie du Châtelet noszącą imię Stanislas-Adélaïde (w skrócie Lili). Sama Markiza du Châtelet żyła we Francji i była jedną z najwybitniejszych kobiet oświecenia, zajmowała się matematyką i fizyką, prowadziła otwarty salon i przyjaźniła się z Voltairem. Natomiast jej najmłodsza córka w rzeczywistości zmarła krótko po narodzinach.
W swojej powieści Laurel Corona podejmuje literacką próbę rekonstrukcji losów młodej Lili.

Po śmierci matki Stanislas-Adélaïde zamiast do klasztoru trafia pod opiekuńcze skrzydła przyjaciółki matki, Julie de Bercy, w której domu dorasta w towarzystwie jej córki Delphine. Dziewczyna chętnie czyta, zadaje wiele pytań i stara się poznawać otaczający ja świat. A nie są to niestety zajęcia odpowiednie dla młodej panny na wydaniu, zwłaszcza takiej, która nie może poszczycić się wsparciem rodziny i odpowiednim posagiem. Laurel Coronie udało się, moim zdaniem, naszkicować trudną sytuację, w jakiej znajdowały się w tamtym czasie kobiety inteligentne, pragnące wiedzy i poszerzenia horyzontów. Skazane były one na przychylności i łaskawość mężów, bliższych lub dalszych krewnych, czy też tzw. towarzystwa. Nadmierna ciekawość i skłonność do zadawania zbyt wielu pytań postrzegane były jako jedne z najgorszych cech młodej panienki.

W powieści poznajemy losy Stanislas-Adélaïde w drodze do dorosłości, jej trudny proces uniezależniania się i nabrania wiary we własne pragnienia. To uniezależnianie się połączone jest w dużym stopniu z przekraczaniem granic, wprowadzaniem zmian i niezgodą na bezmyślne działanie według niejasnych społeczno-towarzyskich norm. Towarzyszymy jej w poszukiwaniach własnej tożsamości, w łamaniu utartych zasad i wreszcie w osiąganiu obranego celu. Lili pragnie wyrwać się ze świata w którym głównym zadaniem damy jest poprawne dyganie, prowadzenie jałowych konwersacji i katowanie ciała w ciasnym gorsecie. Jej celem jest nauka, podróże i zmienianie świata przez pracę naukową, Bohaterka nie jest w tym sama, u boku ma Delphine, z którą łączy ją siostrzana więź, z daleka czuwa nad nią sroga baronowa Lomont, może też liczyć na wsparcie naukowców, zwłaszcza znajomych jej matki.
Akcję powieści autorka umiejscowiła oczywiście w Paryżu i okrasiła ją sporą liczbą postaci historycznych, takich jak królowa Maria Leszczyńska, Voltaire czy Diderot.

Córka markizy miała wg. mnie spory potencjał, który niestety nie został przez autorkę wykorzystany. Mimo istotnego motywu przewodniego, jakim jest w moich oczach emancypacja kobiet, dostajemy miałką, momentami banalną i przewidywalną opowiastkę, która rozczarowała mnie swoim, zbyt lekkim, stylem. Nie chcę być niesprawiedliwa: książkę czyta się szybko i z przyjemnością (no może z wyjątkiem fragmentów pisanych przez Lili opowiastek o Świergotce), ale nie jest to lektura ambitna, która mogłaby zadowolić czytelnika oczekującego od powieści "czegoś więcej". A szkoda.

Ocena: 3+/6

środa, 8 maja 2013

Miastowi. Slow food i aronia losu, Anna Kamińska

Czasem ogarnia mnie wielka ochota, by rzucić wszystko w diabły i skacząc na głęboką wodę przenieść się gdzieś daleko. Do innego miasta, odległego kraju, na inny kontynent. Dokądś. Tam, gdzie jest inaczej niż TU.
Znacie takie myśli?

W swojej książce Anna Kamińska opowiada, lub pozwala innym opowiadać, historie ludzi, którzy takie marzenie urzeczywistnili. Porzucili wygodne i bezpieczne życie w mieście na rzecz przygody i wyzwania, jakim niewątpliwie jest dla współczesnego mieszczucha codzienność na wsi. Opisywane w książce historie są prawdziwe, tematycznie bardzo różnorodne, ale wszystkie (no, prawie wszystkie) w podobnym stopniu inspirujące. Podziwiałam zwłaszcza odwagę i determinację bohaterów oraz ich niezłomną wiarę w słuszność podjętej decyzji.

Ludzie, których przedstawia czytelnikowi Kamińska w pewnym momencie życia porzucili metropolie i wybrali życie na głębokiej prowincji, często w najmniej zaludnionych regionach Polski, obywając się początkowo bez bieżącej wody, prądu czy internetu. Swoje przyszłe domy musieli odgruzowywać, przebudowywać, przenosić czy remontować. Powoli, ogromnym nakładem pracy tworzyli swoje miejsce na ziemi: na Mazurach, Podlasiu czy w Bieszczadach.... Zmieniając miejsce zamieszkania zmienili także nawyki żywieniowe, podejście do pracy i w ogóle całe ich życie stanęło na głowie. Po przeprowadzce wielu z nich znalazło nowy sposób zarabiania na życie. Uprawa winogron lub aronii, prowadzenie stadniny, restauracji lub pensjonatu, fotografowanie jedzenia, to tylko niektóre z nich.

Książka o marzycielach i dla marzycieli. Czyta się szybko i niezwykle przyjemnie. Szkoda tylko, że liczne zgromadzone w książce fotografie są czarno-białe, co nie oddaje piękna krajobrazu i opisywanych miejsc. Wielu bohaterów można "wygooglować" i zasięgnąć dodatkowych informacji o ich pracy.

Ocena: 4/6