piątek, 28 czerwca 2013

Senność, Wojciech Kuczok

Mam w tym roku niebywałe szczęście do odkrywania dobrych polskich autorów piszących inteligentnie i w pięknym stylu. I tak po Szczygielskim i Huelle przyszła pora na Wojciecha Kuczoka i moje pierwsze spotkanie z jego twórczością. Spotkanie to mimo, że nie należało do łatwych, było niesamowicie przyjemne i dało mi sporo czytelniczej satysfakcji. Kuczok minaowicie mistrzowsko włada słowem. Autor posługuje się niebywale piękną polszczyzną, jego długie, ciągnące się na wiele linijek zdania pełne są metafor, błyskotliwych skojarzeń i niecodziennych słownych połączeń. Czytanie jego prozy to czysta przyjemność.

"Kiedyś pokochał właśnie żywotność, energię, rozmowność tej kobiety, ale czas jest wrogiem zauroczań, teraz drobne kroki żony szukającej dla niego kolejnych zajęć wywołują w nim tesknotę za krokiem wolnym, dostojnym, spacerowym..." (str. 43)

Jednak oprócz warstwy słownej Senność ma oczywiście także bohaterów. Dokładnie rzecz biorąc troje głównych postaci i ich partnerów: Adam i Piękniś, Róża i Pan Mąż oraz Robert i Żona.
Adam właśnie skończył studia medyczne, podjął staż w szpitalu i po raz pierwszy w życiu zamieszkał z dala od domu rodzinnego, co oznaczało to dla niego przeciwstawienie się despotycznemu ojcu. Chwilę potem Adam po uszy zakochuje się w Pięknisiu, młodym, przystojnym złodziejaszku ze skomplikowaną przeszłością, który powoli uczy się prawdy o sobie.
Róża jest znaną aktorka, która w wyniku choroby musiała zrezygnować z kariery. Jej dnie mijają samotnie w ogromnej willi, na zabawach z psem i gotowaniu kolacji dla Pana Męża. Róży nie wolno się denerwować, gdyż wtedy momentalnie traci świadomość i zasypia, a po przebudzeniu niczego nie pamięta. Pan Mąż, dla którego małżeństwo z Różą było kolejnym etapem w karierze, skrupulatnie ten fakt wykorzystuje.
Robert był słynnym i poczytnym pisarzem. Potem się ożenił, przyjął państwową posadkę, załatwioną przez Teścia i kompletnie stracił natchnienie. Teraz siedzi w piwnicy archiwum, zagląda przechodniom pod spódnice i zapada na ciężką chorobę. Żona, cierpiąca na alergię, histerię i paranoję w ogóle go nie rozumie, a w domu oprócz niej szaleje przesadnie religijna Teściowa i wszechwładny Teść.

Bohaterowie Kuczoka borykaja się z szeregiem realnych i wymyślonych problemów, są przytłoczeni swoją rzeczywistością i mniej lub bardziej świadomie podążają w kierunku nieodwracalnych zmian.
I choć zakończenie raczej trudno nazwać happy endem, to daje ono nadzieję na lepszą przyszłosć, zgodną z wolą bohaterów, którzy wreszcie przestali się bać i wydobyli się z marazmu. I, jak napisałam na początku, mimo niełatwych tematów, które porusza w swojej opowieści Kuczok, książkę czytałam z największą przyjemnością.

Pod tą wizja podpisuję się obiema rękami:
"(...) oczami ślepca Robert widzi idealnie dla siebie dobrane zaświaty jako bibliotekę w kształcie labiryntu z nieskończoną liczbą niewielkich pokoików, w których mógłby, wymościwszy się w fotelu, czytać wiecznie, nieustannie, bez zmęczenia, bez snu, błądząc między książkami, błąkając się od książki do książki, bez wyrzutów sumienia, że czyta, zamiast pisać (...)" (str. 47)

Ocena: 6/6

środa, 19 czerwca 2013

Białe trufle, N. M. Kelby

Auguste Escoffier był mistrzem klasycznej kuchni francuskiej i autorem książek kucharskich, które w swoim czasie zrewolucjonizowały podejście do gotowania i do jedzenia. Był także ekscentrycznym mężem i ojcem, a większość życia spędził z dala od rodziny, poświęcając cały swój czas i energię pracy, a od czasu do czasu także miłosnym aferom.
W wydanej pod koniec stycznia powieści Białe trufle N.M. Kelby uczyniła z Escoffier'a głównego bohatera i przedstawiła w niej swoją wersję życia słynnego kucharza.

Auguste'a i jego schorowaną żonę poznajemy u schyłku ich życia pewnego gorącego i aromatycznego lata na początku lat trzydziestych. Delphine prawie nie opuszcza sypialni, Escoffier spędza dnie na rozpamiętywaniu przeszłości. W ogromnym domu roi się od ich dzieci i wnucząt, ale jedyną osobą, która troszczy się o regularne posiłki dla domowników jest Sabine - nowa służąca do złudzenia przypominająca z wyglądu wielką miłość Escoffiera Sarę. Walcząc z niedołęstwem i starością wielki kucharz próbuje przywrócić domowej kuchni blask z dawnych dni i przekazać Sabine część swojej ogromnej kulinarnej wiedzy. Opisy leniwych dni w La Villa Fernand uzupełnione są fragmentarycznymi wspomnieniami z życia głównego bohatera i stanowią fascynującą lekcję historii sztuki kulinarnej.

Białe trufle to lektura idealna na lato i to nie tylko dlatego, że na jej stronach przelewa się schłodzony szampan, a w jednym z rozdziałów poznajemy historię słynnego lodowego deseru o nazwie melba. Opowieści zawarte w tym tomie snują się leniwie i nieśpiesznie, strony wypełnia aromat gotowanych potraw, a leniwa atmosfera willi Escoffier'ów w Monte Carlo zachęca do odpoczynku na tarasie z widokiem na połyskujące w oddali morze...
I tak, zdaję sobie sprawę, że jest to kolejna, świetnie wypromowana, książka na temat popularnych ostatnio w Polsce kulinariów (jak np. książki wokół Julii Child). Ale dałam się jej zauroczyć i z przyjemnością poznałam historię niebanalnego człowieka, którego ogromna dyscyplina, talent oraz skłonność do eksperymentów miały tak niebywały wpływ na europejską kuchnię. Polecam i życzę smacznego!

Ocena: 5/6

piątek, 14 czerwca 2013

Opowieści chłodnego morza, Paweł Huelle

Generalnie nie przepadam za opowiadaniami i nie sięgam po nie zbyt często. W przypadku tomu autorstwa Pawła Huelle postanowiłam jednak zrobić odstępstwo od tej reguły. Skłoniło mnie do tego jedno słowo w tytule, będące jednocześnie motywem łączącym wszystkie opowiadania, czyli morze.
Dodam jeszcze, że było to moje pierwsze spotkanie z tym autorem. Zaliczam je do udanych i z pewnością sięgnę po którąś z jego powieści. Którą polecacie?

Zebrane w tomie teksty łączy nie tylko Bałtyk, ale także chłodny, oszczędny język i prostota opowiadanych historii. Mimo tego chłodu, bijącego niemalże z każdej strony, wydaje się to być idealna pozycja na gorące letnie dni. Akcja opowiadań ciągnie się bowiem leniwie, a do lektury przyciąga piękny język - a to przecież walory idealnej czerwcowej książki.
Większość bohaterów u Huelle to samotnicy, którzy przebywając w podróży nieustannie poszukują siebie, prawdy, domu, przeszłości. Cele ich wędrówek są różne, ale łączy je niepokój i niemożność pozostania na miejscu. Motyw samotnego, dojrzałego mężczyzny, który po latach powraca do Polski z emigracji możemy odnaleźć bodajże w trzech opowiadaniach. Momentami w tekście występują także motywy baśniowe tudzież elementy zaczęrpnięte z nadmorskich legend i podań.
Do mnie najbardziej przemówiło opowiadanie otwierające zbiór pt. Mimesis. Być może dlatego, że było to pierwsze zetknięcie z osobliwym stylem autora, który pod koniec tomu lekko zaczął mnie męczyć, a może dlatego, że wyjątkowo w tym opowiadaniu główną bohaterką jest kobieta, a może dlatego że Huelle tak pięknie opisuje świat, którego już nie ma....

Opowieści chłodnego morza z pewnością nie spodobają się każdemu. To zwyczajnie nie jest literatura lekka, której zadaniem jest dostarczanie czytelnikowi rozrywki. Ona skłania do zadumy, do przemyśleń, do skupienia. Jestem przekonana, że warto się nad nią zatrzymać i poświęcić jej swój czas.

Ocena: 4+/6

wtorek, 4 czerwca 2013

Żona godna zaufania, Robert Goolrick

Akcja „Żony godnej zaufania” toczy się na początku XX wieku na amerykańskiej prowincji, w stanie Wisconsin, na północy USA. 
Już pierwsza scena powieści zapowiada tajemniczy i mroczny klimat. Oto na peronie, pogrążonym w śniegu i ciemności (jest styczeń), stoi samotny mężczyzna. Postawny, dostatnio ubrany, wieku tzw. średniego. Mężczyzna ten to Ralph Truitt, zamożny przedsiębiorca, od którego sukcesu zależy dostatek całego miasteczka i jego mieszkańców. Truitt czeka na pociąg z Chicago, a konkretnie na podróżującą nim obcą kobietę, z którą wymienił zaledwie kilka listów, jej twarz zna tylko z fotografii, a która ma zostać jego żoną. Mężczyzna się niecierpliwi, ogarniają go wątpliwości, aż wreczcie mocno spóźniony pociąg wtacza się na stację. Z prywatnego wagonu, jako ostatnia z pasażerów pociągu, wysiada piękna, młoda kobieta i to bynajmniej nie ta, kórej Truitt się spodziewał na podstawie fotografii...

Tak zaczyna się dość dramatyczna historia miłosnego trójkąta, która zdominowana jest przez ogromne emocje. Bohaterów łączą nie tylko miłość i nienawiść, ale i dużo silniejsze, destrukcyjne uczucia, których ogrom po prostu musi doprowadzić do tragedii.

Całość czyta się szybko, odrobinę za szybko. Myślę, że autor miał aspiracje do stworzenia książki ambitnej, z tzw. głębią, ale niestety mu to nie wyszło. Za bardzo się spieszył, ślizgał po powierzchni, zaczynał nowe wątki, nie kończąc poprzednich. W książce jest kilka postaci, które pojawiają się na stronie lub dwóch, czytelnikowi wydaje się, że mają istotny wpływ na losy głównych bohaterów, po czym znikają i więcej o nich nie usłyszymy.

Zaskoczyło mnie stwierdzenie Goolricka umieszczone na końcu książki. Wspomina on powieść Michaela Lesy Wisconsin Death Trip, której opisy "prowincjonalnego życia i ciemnej, spustoszonej duszy amerykańskiej wsi" były dla niego natchnieniem i inspiracją podczas pisania Żony godnej zaufania. I tu po raz kolejny pojawia się ten sam problem: wtrącenie co kilka stron zdań o tym, jak trudne jest życie na prowincji i jak ciężki charakter mają jego mieszkańcy, którzy co rusz mordują członków swoich rodzin, to za mało by książce dać głębię i stworzyć niepowtarzalną lekturę. Wyszło przeciętnie. 

Ocena: 3+/6 

WYZWANIE 2013
Książki z mojej półki
Przeczytanych: 7
Zostało: 18