środa, 31 grudnia 2014

Książkowe podsumowanie 2014

Tradycyjnie w ostatni dzień grudnia przedstawiam moje blogowe podsumowanie oraz kilka postanowień na rok przyszły.

W mijającym roku przeczytałam w sumie 36 książek, w tym 16 polskich autorów. To mniej więcej ten sam poziom, co rok temu.
Jeśli chodzi o jakość lektur, to niestety mijający rok był dla mnie ... przeciętny. Większość przeczytanych tytułów oceniłam zaledwie na trzy lub cztery, średnia ocen wyniosła (nie uwzględniając plusów i minusów; skala od 1 do 6): 4,38. Na szczęście znalazło się też kilka dobrych książek, które szczerze mogę polecić. I to właśnie one trafiły na listę dziesięciu najlepszych w 2014.

Ponadto w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy moja biblioteczka powiększyła się o kilkadziesiąt nowych tytułów, z których większość kupiłam pod wpływem Waszych rekomendacji, za które serdecznie dziękuję!


A tak wygląda moja lista osobista, czyli subiektywny TOP-10 za 2014:
Przy czym pierwsza piątka to naprawdę książki świetne, a druga połowa to książki dobre, które trafiły na listę nie głównie dlatego, że z każdej dowiedziałam się interesujących i nowych rzeczy.

1. Kobiety Łazarza, Marina Stepnova
2. Dom tęsknot, Piotr Adamczyk
3. Zając o bursztynowych oczach, Edmund de Wall
4. Rodzinna historia lęku, Agata Tuszyńska
5. Miedzianka. Historia znikania, Filip Springer

6. Biała kobieta na zielonym rowerze, Monique Roffey
7. Czas motyli, Julia Alvarez
8. Bieszczady w PRL-u, Krzysztof Potaczała
9. Gdy Panna Emmie była w Rosji, Harvey Pitcher
10. Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn, James Cañón

A co w 2015?
Chciałabym podnieść nieco statystykę i przeczytać ponad 40 tytułów.
Poza tym na rok pożegnałam się z biblioteką - zamierzam przewietrzyć nieco półki i czytać tylko swoje własne książki. Jako, że kupuję jedynie te pozycje które szczególnie mnie interesują i do których mam pewność, że mi się spodobają, mam nadzieję, że średnia ocen, a co za tym idzie ilość bardzo dobrych lektur, w przyszłym roku będzie wyższa.
12 tytułów na nadchodzący rok wybrałam już w ramach wyzwania "12 książek na 2015 rok".

Życzę nam wszystkim w nadchodzącym roku dużo zdrowia, czasu na lekturę, pieniędzy na nowe książki i mnóstwo fantastycznych literackich nowości!

Zając o bursztynowych oczach, Edmund de Waal

Ostatnia przeczytana w 2014 roku książka to pozycja nie byle jaka. Miałam ogromną przyjemność przeczytać Zająca o bursztynowych oczach. Jest to tytuł, który zdobył wiele międzynarodowych nagród, a na okładce polskiego wydania możemy odnaleźć rekomendację Jacka Dehnela i Antoniego Libery.

Autor książki Edmund de Waal otrzymał w spadku po wuju kolekcję 264 japońskich figurek netsuke, które są w posiadaniu jego rodziny od ponad stu lat. Zafascynowany figurkami wybiera się w podróż w czasie i przestrzeni, by poznać i udokumentować historię kolekcji oraz swoich przodków -  arystokratycznej, żydowskiej rodziny Ephrussich.
Swoją podróż de Waal rozpoczyna w Paryżu, potem trafia do Wiednia, Odessy i Tokio. Tropiąc, szukając, fotografując, czytając stare listy i pamiętniki, rozmawiając z żyjącymi krewnymi i tymi, którzy ich znali i spędzając godziny w archiwach mozolnie zlepia z tysięcy informacji historię swojego rodu i poszczególnych ich członków. Kluczem do opowiedzianej historii jest miłość do przedmiotów, chęć kolekcjonowania i otaczania się tym, co bezużyteczne, ale piękne i wartościowe.

Zając o bursztynowych oczach to piękna i niezwykle wartościowa książka o Mitteleuropie, której już nie ma. Nie ma bowiem bohemy dziewiętnastowiecznego Paryża, nie ma przedwojennej elegancji arystokratycznego Wiednia. Zostały okruchy wspomnień, kilka zdjęć i kolekcja netsuke.
Mnóstwo w książce cennych informacji o historii, sztuce, literaturze i kulturze oraz oczywiście o Europie na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Opis zmian społecznych i politycznych, dramat drugiej wojny i jej konsekwencje jest wyjątkowo wnikliwy i pozwala wiele zrozumieć. Tekst czyta się wspaniale i mimo natłoku informacji nie nudziłam się ani przez linijkę. Wręcz przeciwnie: trudno mi było robić przerwy w czytaniu, a członkowie rodziny Ephrussich byli obecni w mojej głowie przez kilka dni. Lektura Zająca to wspaniałe intelektualne przeżycie.

Dla miłośników książek historycznych jest to lektura obowiązkowa!

Ocena: 6/6

niedziela, 28 grudnia 2014

Wyzwanie: 12 książek na 2015

Tym razem będzie na odwrót: zanim tradycyjnie w ostatni dzień roku dokonam czytelniczego podsumowania przedstawię swój czytelniczy plan na rok kolejny. A wszystko za sprawą KassWar, autorki bloga achy ochy z książką, która zaproponowała, by z domowej biblioteczki wybrać 12 tytułów, które zalegają na jej półkach nieprzeczytane od dłuższego czasu, ułożyć je w stos, sfotografować, a potem przeczytać w ciągu nadchodzących 12 miesięcy.
Do wyzwania można się zgłaszać do 31 grudnia.



W związku z faktem, że postanowiłam w przyszłym roku zrobić przerwę w korzystaniu z biblioteki i czytać jedynie własne książki, wyzwanie to wspaniale się wpasowuje w moje plany. Świadomie wybrałam książki, które ukazały się min. 2 lata temu i które wreszcie chciałabym przeczytać. Wyszedł z tego bardzo różnorodny i interesujący zbiór. 2015 może się rozpocząć, jestem przygotowana :)

Oto mój stos (od dołu):

- Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej, Jaroslav Hašek: jedna z ulubionych książek mojego taty, który czytał ją wielokrotnie, pora się przekonać, dlaczego.

- Matka ryżu, Rani Manicka: polecana na wielu blogach i dobrze oceniana egzotyczna saga. Zapowiada się ciekawie.

- Przewrotność dobra, Jolanta Kwiatkowska: kasia.eire z notatek coolturalnych tak się rozpływała nad tą powieścią, że ją kupiłam. Teraz chcę się przekonać, czy mnie również zachwyci.

- Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, Jonas Jonasson: w międzyczasie powstał film na jej podstawie (którego nie widziałam), a o samej książce było swojego czasu głośno. Spotkałam się z różnymi opiniami, czas wyrobić sobie własne zdanie.

- Lalka, Bolesław Prus: staram się nadrabiać zaległości w literackim wykształceniu. Jako, że w szkole nie miałam okazji przeczytać Lalki, z przyjemnością zrobię to teraz - i pewnie odbiorę ją inaczej niż jako nastolatka.

- Piąta Aleja, Candace Bushnell: kupiona lata temu pod wpływem miłości do serialu Seks w wielkim mieście, nakręconego na podstawie powieści Bushnell o tym samym tytule, ma na szczęście dużo lepsze oceny niż Seks. Ciekawa jestem.

Mr. Pebble i Gruda, Mariusz Ziomecki: to druga powieść, która trafiła do mnie po lekturze recenzji kasi z notatek. Zapowiada się niezwykle interesująco i jest najgrubszą książką w stosie.

- Stracony poranek, Gabriela Adameşteanu: autorka należy do najlepszych współczesnych pisarek rumuńskich, a jej powieść do historyczna podróż w towarzystwie niebanalnej bohaterki. Mniam.

- Brick Lane, Monica Ali: multikulturowy Londyn i historia silnej młodej kobiety, która urodziła się w Bangladeszu, by potem zmagać się z codziennością w największej europejskiej metropolii. Z miłości do tego miasta :)

- W komnatach Wolf Hall, Hilary Mantel: przez wielu czytelników zaliczana do najlepszych powieści historycznych. Jestem niemalże na 100% pewna, że mi się spodoba.

- Oczyszczenie, Sofi Oksanen: swojego czasu przetoczyła się jak burza przez wiele blogów, zgarniając wspaniałe recenzje, jako książka niełatwa, ale bardzo dobra.

- Singer. Pejzaże pamięci, Agata Tuszyńska: podczas spotkania autorskiego, w którym miałam przyjemność uczestniczyć, pisarka tak fantastycznie opowiadała o tej książce, że niezwłocznie ją kupiłam i z radością przeczytam. A potem sięgnę po twórczość samego Singera.


Jeszcze nie wiem, od którego tytułu zacznę. Ale skłaniam się ku Lalce.
Znacie tytuły z mojego stosu? Coś polecacie szczególnie?
No i przede wszystkim, jakie plany czytelnicze macie na najbliższy rok? Ciekawa jestem :)

czwartek, 25 grudnia 2014

Córka fortuny, Isabel Allende

Córka fortuny to pierwsza z trzech części cyklu, do którego należą jeszcze Portret w Sepii i Dom Duchów.
Bohaterką powieści jest Eliza - sierota, którą, zaledwie kilkudniową, ktoś zostawił na progu domu rodzeństwa Rose i Jeremy'ego Sommersów. Dziecko miało szczęście i trafiło pod opiekuńcze skrzydła trzydziestoletniej Angielki Rose oraz czarnoskórej opiekunki Mamy Frezji.
Pierwsze szesnaście lat swojego życia Eliza spędziła w Chile, w hermetycznej społeczności osiadłych tam Anglików pałających się głównie handlem i uprawą bujnych ziem. Dorastała w dostatku na pograniczu gwóch światów: wychowywana na młodą angielską damę najlepiej czuła się w kuchni szykując pachnące miejscowe potrawy. Sztuczny świat, którzy stworzyli wokół dziewczynki opiekunowie "dla jej własnego dobra" szybko okazał się zbyt ciasny. Pod wpływem namiętnego i niezwykle silnego uczucia do miejscowego młodzieńca, Eliza wsiadła na statek i wyruszyła jego śladem do ogarniętej gorączką złota Kaliforni. W tę podróż nie pojechała jednak sama, ale pod opieką chińskiego lekarza Tao Chien'a, który podczas tygodni na morzu troskliwą opieką uratował jej życie. A i później, na obcej ziemi, stał się jej wiernym towarzyszem.

Druga część powieści toczy się wśród poszukiwaczy złota w ogarniętej szaleństwem Ameryce Północnej. Eliza wiedzie tam niezwykle intensywne i niebezpieczne życie i nie ustaje w poszukiwaniach narzeczonego.

Jak zwykle Isabel Allende wybrała wyjątkowo interesujący fragment historii, w którym umieściła swoich bohaterów i ich perypetie: Chile, Chiny, Anglia i USA w XIX wieku, a do tego morskie podróże i gorączka złota. Autorka dość szczegółowo przedstawiła ówczesne realia: sztywne zasady społeczne, trudy pionierskiego życia, ograniczone prawa kobiet, szalejącą przestępczość i różnice na tle rasowym. Szczególnie ciekawy wydał mi się opis ogarniętej gorączką złota i bezprawiem Ameryki. Liczni drugoplanowi bohaterowie i ich barwne historie dodatkowo urozmaicają powieść.

A jednak czegoś mi w niej zabrakło. W porównaniu z fantastycznymi książkami Allende, które miałam okazę przeczytać: Ines, pani mej duszy i Podmorska wyspa, Córka fortuny wydała mi się blada i niepełna. Może to wina tłumaczenia, że z książki zniknęło to nieuchwytne "coś", co z powieści dobrej czyni powieść wyjątkową? A może to po prostu słabsza książka w dorobku autorki?

Tak czy owak po Córkę fortuny sięgnąć warto, zwłaszcza jeśli się ceni twórczość Allende.
Ja postaram się w przyszłym roku przeczytać pozostałe dwie części cyklu.

Ocena: 4+/6

piątek, 19 grudnia 2014

Dom tęsknot, Piotr Adamczyk

Dom tęsknot na bank trafi na tegoroczną subiektywną listę top 10. Ma nawet poważne szanse, by dostać się do pierwszej trójki....

Jest to bowiem w moich oczach powieść magiczna, niezwykle osobista i niemalże idealna. I to nie tylko dlatego, że obiektywnie rzecz biorąc jest dobra, ale głównie dlatego, że porusza wątki, które są mi bardzo bliskie.

Pierwszy z nich to główny bohater książki, czyli Wrocław. Polski od 1945, przepełniony był w okresie powojennym historiami i przedmiotami wcześniejszych mieszkańców. Ci nowi przybyli z daleka, niejednokrotnie dźwigając bagaż wojennych traum, czuli się tu obco, niepewnie i nie u siebie. Administracyjny chaos i samowolka, pionierski duch spolszczania miasta i wszechobecne ślady niedawnej obecności wroga oraz niemalże namacalna niepewność jutra – ówczesna atmosfera musiała być z jednej strony straszna, ale z drugiej absolutnie fascynująca.

W tym mieście duchów i socjalistycznych planów dorasta Piotr, jeden z mieszkańców starej kamienicy, która sama w sobie jest kolejną ważną bohaterką powieści. Ten przepełniony tajemnicami poprzednich lokatorów i dziwactwami obecnych mikrokosmos jest sceną dla rozgrywających się dramatów i nudnawej codzienności. Mieszkańcy kamienicy - kolorowa i różnorodna mieszanka charakterów - są dla dorastającego Piotra jak rodzina, w której żadne tajemnice na długo nie pozostaną w ukryciu. I czy chodzi o szczenięcą, ale wielką i zapalczywą miłość Piotrka i Laurki, wynoszone skrycie z piwnicy słoiki ze smalcem, spalonego żywcem sąsiada, czy wreszcie Niemców poszukujących legendarnego kielicha Lutra - każda z tych tajemnic znajdzie w końcu mniej lub bardziej wiarygodne wyjaśnienie.
Ale wróćmy do głównego bohatera i narratora. Jego rodzina jest zaprogramowana na bycie inną: ojciec to były partyzant, prosty rolnik z Wielkopolski, który po wojnie trafił do Wrocławia. Tu poznał swoją przyszłą żonę, Niemkę, która w mieście pozostała i przez wiele lat nie pozwalała ruszać rzeczy pozostawionych w mieszkaniu przez poprzednich właścicieli, rodzinę Freytagów, przekonana, że pewnego dnia Niemcy wrócą do miasta. Tak więc w przestronnym mieszkaniu ze ścian na Piotra zerkał dostojny pan domu, jego małżonka w koronkach i trójka dzieci, na półkach piętrzyły się książki pokryte niezrozumiałymi znakami, a półki i szuflady wypełnione były wszelkiej maści bibelotami. Stopniowo i powoli, tak jak Wrocław stawał się polski, rzeczy po Freytagach trafiały do piwnicy, która przekształcała się w muzeum...
Dzieciństwo Piotra wypełnione polskim patriotyzmem i niemieckimi przysmakami było schizofreniczne: opowieści matki o atlantach nijak się miały do informacji o niemieckich zbrodniach wojennych. Przysyłane przez krewnych z Niemiec, wypełnione słodyczami i płynem do prania, paczki zadawały kłam PRL-owskiej propagandzie głoszącej dobrobyt i wyższość socjalizmu nad zgniłym kapitalistycznym zachodem.

Temat Domu tęsknot jest mi szczególnie bliski, jako, że po wojnie do Wrocławia przyjechała ze swoją mamą i siostrą moja babcia. Część z opisywanych w książce dziecięcych przygód i wnikliwych obserwacji głównego bohatera była z pewnością jej udziałem, gdy jako młoda kobieta próbowała rozpocząć nowe życie w obcym mieście. Ponadto temat polsko-niemieckich relacji przedsatwiony przez autora rzeczowo i obiektywnie, jest "moim" tematem.

Nie sposób przedstawić w kilku zdaniach rozlicznych wątków tej powieści, które powiązane cienkimi nićmi tworzą idealną całość łącząc przeszłość z teraźniejszością. Autor zebrał w książce wiele historycznych informacji, rzetelnie wyjaśniając związki między nimi. Pozwala to czytelnikowi na lepsze zrozumienie tej drugiej strony.

W tej książce podobało mi sie wszystko i dlatego polecam ją z całego serca!

Ocena: 6/6

środa, 17 grudnia 2014

Ziarno prawdy, Zygmunt Miłoszewski

Jest to powieść o niesamowitych właściwościach: skraca odczuwalny czas podróży pociągiem z pięciu godzin, do powiedzmy dwóch. Chwile z nią spędzone mijają błyskawicznie - czy może być lepsza rekomendacja dla kryminału?

Nie będę się za wiele rozpisywać: każdy, kto czytał Miłoszewskiego wie, jaka to przyjemność, a kto jeszcze tego nie uczynił, powinien niebawem to niedopatrzenie nadrobić. Po lekturze Domofonu, Uwikłania i Bezcennego niewątpliwie należę do grona fanek jego soczystego i żywego stylu. Przekonują mnie wymyślane przez niego historie i zdecydowanie podoba mi się sposób, w jaki autor skupia moja uwagę. Oczywiście możnaby wyliczać niedoskonałości i nieścisłości w książce. Ale po co?

Czytelnik dostaje świetnie napisany kryminał z atrakcyjnym bohaterem, ciekawą historią i szybko postępującą akcją.
Jako, że podczas tegorocznych wakacji miałam przyjemność odwiedzić Sandomierz, ba nawet weszłam na stare miasto przez widniejacą na okładce książki bramę, tym przyjemniej przyszło mi zagłębić się zarówno w przeszłość miasta, jak i jego małomiasteczkową teraźniejszość, nawet jeśli jest ona literacką fikcją. Tajemnice z przeszłości, rodzinne powiązania i znajomości od przedszkola, prowincjonalna dwulicowość i obłuda – a wśród tego wszystkiego zmęczony prokurator z Warszawy, który ma niemale problemy z własnym życiem osobistym. No i oczywiście trup. A potem kolejne...
Od lektury trudno się oderwać i po przewróceniu ostatniej strony pojawia się lekki niedosyt i żal, że to już koniec.

Na szczęście przede mną lektura Gniewu. Choć przyznam szczerze, że podobnie jak setki innych czytelników, mam ogromną nadzieję, że autor się złamie i jednak napisze kolejne powieści z prokuratorem Szackim w roli głównej.

Ocena: 5/6
 

środa, 10 grudnia 2014

Pruska zagadka, Piotr Schmandt

Akcja pierwszego tomu przygód inspektora Brauna rozgrywa się na początku XX wieku w pruskim Wejherowie. Główny bohater, wspomniany Ignaz Braun, przyjeżdża na prowincję prosto z Berlina, by wspomóc działania lokalnej policji szukającej mordercy siedemnastoletniego gimnazjalisty. Zadanie nie należy do najłatwiejszych, zwłaszcza, że początkowo inspektor nie ma nawet do czynienia z kompletnym ciałem ofiary, a jedynie z jego fragmentami.

W licznych internetowych recenzjach książki ich autorzy podkreślają, że jej główną zaletę stanowi tło opisywanych zdarzeń. Rzetelnie i z finezją przedstawiony został małomiasteczkowy klimat ówczesnego Wejherowa: sympatie i antypatie bohaterów, ich romanse, intrygi i zwykłe codzienne problemy. A wszystko w wielokulturowym i wielojęzycznym środowisku, gdzie obok siebie żyli Niemcy, Polacy i Żydzi. Mocną stroną książki jest zamiłowanie Piotra Schmandta do detali: staranne opisy strojów, potraw, wnętrz pozwalają wyobrazić sobie, jak żyli ludzie ponad sto lat temu. Sporo też w tekście informacji historycznych, m.in. o stanie kolei żelaznej, rozwoju kryminalistyki oraz oczywiście o historii samego Wejherowa. Wiele opisywanych miejsc i budynków można do dziś odnaleźć na mapie miasta.

Na tym tle sama intryga kryminalna wypada raczej średnio i nie stanowi w żadnym wypadku osi powieści. Oczywiście kibicowałam inspektorowi, ale nie byłam w stanie znaleźć powiązań między informacjami, które zdobywał. Ogromna ich ilość, związana z ciągle rosnącą liczbą podejrzanych i przesłuchiwanych nie ułatwiała zadania. Końcowa scena, w której poznajemy rozwiązanie zagadki nie przekonała mnie ani trochę. Pogubiłam się w monologu Brauna i ani motywy zabójcy nie są dla mnie jasne, ani logika rozumowania inspektora. :(
Mimo to polubiłam tego eleganckiego i w uczuciach nieśmiałego inspektora, który w Wejherowie zgubił serce i odnalazł przyjaciół.

Na półce stoi tom drugi cyklu, po który z pewnością niebawem sięgnę. Choćby z ciekawości, co dalej z Wejherowem i jego mieszkańcami...

Ocena: 4+/6

czwartek, 27 listopada 2014

Bieszczady w PRL-u, Krzysztof Potaczała

Książka Krzysztofa Potaczały to gratka nie tylko dla miłośników Bieszczad. Jej wyjątkowa wartość polega przede wszystkim na szczegółowym opisaniu przez autora kilkudziesięciu aspektów historii tego regionu Polski. Pozycja ta dostarcza szeregu interesujących informacji o ludziach, którzy ten dziki, trudny do zdobycia region oswoili ciężką pracą: o góralach z Zakopanego, przesiedleńcach, więźniach, aparatczykach, żołnierzach, myśliwych, kierowcach, kucharkach... Dzięki nim powstały m.in. obwodnica bieszczadzka oraz całe wioski, do których obecnie przez cały rok ściągają turyści. Opisany w książce świat, to świat męski, surowy, zasypany śniegiem, w którym królują wilki i niedźwiedzie :)

Przedstawione przez autora wydarzenia rozgrywały się w okresie od końca lat pięćdziesiątych, kiedy to ostatecznie ustalono przebieg południowo-wschodniej granicy Polski i rozpoczęto zasiedlanie i "cywilizowanie" Bieszczad, aż po lata osiemdziesiąte, kiedy dotarły tu protesty robotników. Książka składa się z dwudziestu jeden rozdziałów, z których każdy skupia się na innym temacie. Sięgając po tę książkę nie należy oczekiwać chronologicznej kroniki regionu. Autor we wstępie wyjaśnia: "To tylko garść spisanych wydarzeń, ale mam głębokie poczucie, że ważnych dla Bieszczadów, ukazujących je z różnych perspektyw; garść opowieści o ludziach pochodzących z odmiennych światów - od chłopów i robotników, po inżynierów i prominentów - lecz połączonych wspólnym losem. Wszyscy oni zapisali się w historii. [...] Jest to opowieść o zdobywaniu gór." 
Zawarte w tekście informacje Potaczała czerpał nie tylko z archiwów, bibliotek i starych dokumentów, ale głównie z rozmów z uczestnikami opisywanych wydarzeń. Ich osobiste, często bardzo subiektywne wspomnienia, nadały całości autentycznego bieszczadzkiego kolorytu i dostarczyły czytelnikowi informacji, których próżno szukać w innych książkach. Liczne czarno-białe fotografie stanowią doskonałe uzupełnienie tekstu, szczególnie istotne dla współczesnego czytelnika.

Najbardziej zaciekawiły mnie rozdziały o przyjaźni polsko-radzieckiej wyrażanej za pomocą organizowanych przez władze wieców i jarmarków, o absurdalnej akcji zmiany nazw tutejszych miejscowości przeprowadzonej w latach siedemdziesiątych oraz o filmowcach, dla których Bieszczady stanowiły wspaniałe filmowe kulisy.
Ponadto książka pozwala uzmysłowić sobie w jak ciężkich warunkach powstawała bieszczadzka infrastruktura, jak funkcjonował peerelowski system, jaką władzę nad człowiekiem ma natura w nieskalanej formie oraz jak pogmatwana historia wiąże się z tym regionem.

Nie mam uwag, jeśli chodzi o merytoryczną stronę tej pozycji. Dowiedziałam się z niej więcej, niż mogłam przypuszczać. Nie podobał mi się za to język autora ocierający się o naukowy. Chwilami tekst stawał się przez to po prostu nudny, a opisywane historie traciły pazur. Sporo w książce powtórzeń i niezwykle szczegółowych danych osobowych poszczególnych postaci, które utrudniają czytelnikowi odbiór tekstu.
Mimo to z zainteresowaniem sięgnę za jakiś czas po drugi tom, a miłośnikom Bieszczad i/lub historii serdecznie polecam.

Ocena: -5 / 6

środa, 26 listopada 2014

Spotkanie autorskie z Ignacym Karpowiczem

Kilkanaście dni temu miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu z autorem, którego dwie książki w mijającym roku wzbudziły spore zainteresowanie zarówno wśród czytelników, jak i krytyki. Mam na myśli Ignacego Karpowicza i tytuły „Ości” oraz „Sońka”, przy czym zdecydowanie większa część rozmowy skupiała się właśnie na tej drugiej. Sprawiło to, że nie mogłam niestety wziąć aktywnego udziału w dyskusji, gdyż lektura jeszcze przede mną. Mimo to spotkanie było bardzo udane, jak z resztą każde tego rodzaju wydarzenie. W swobodnej rozmowie autor dał się poznać jako niezwykle ciepły i refleksyjny człowiek, ceniący spokój i naturę.

Pierwsze zdjęcie (robione bez lampy, bo nie miałam odwagi...) przedstawia autora czytającego fragmenty "Sońki". Bardzo lubię te momenty spotkań, kiedy pisarze czytają swoje książki.


Jak już wspomniałam głównym tematem rozmowy była "Sońka", najkrótsza i najbardziej osobista z książek autora. W rozmowie Karpowicz wyznał, że pomysł opowieści zrodził się w jego głowie, gdy usłyszał od wujka jedno zdanie: "U nas we wsi była taka jedna Sonia...". Autor nie miał odwagi poprosić owej kobiety o rozmowę i dopiero po jej śmierci napisał swoją, literacką, wersję wydarzeń. Do spotkania rozpoczynającego książkę nigdy nie doszło.

Siłą rzeczy rozmowa prowadzących z autorem dotyczyła pojmowania i odbierania historii, jej funkcji jako narzędzia mainstreamowego. Pojawiło się pytanie o to, czy w ogóle możliwe jest oddanie czyichś doświadczeń wojennych w sztuce, w tym wypadku w literaturze, jeśli samemu nigdy się tego nie przeżyło.
Na przykładzie wspólnoty, w której mieszkała Sońka, dyskutowano na temat tożsamości oraz identyfikacji jednostki ze wspólnotą, która trafia w wiry okrutnej wojny i nie wie, dlaczego tak się stało i za co przyszło jej cierpieć. Generalnie dla mieszkańców nie miało znaczenia, czy napadają na nich partyzanci, Niemcy czy Rosjanie - każdy atak przynosił cierpienie i strach.

Równie interesujący jest język Sońki, który zawiera elementy białoruskiego i niemieckiego. Jest to prywatny, miłosny język tytułowej bohaterki, którym posługuje się by opisać wspomnienia. To jej sposób na obchodzenie się z wojną. Tym językiem mówili dziadkowie Karpowicza.
Także tzw. "cudowność ludowa", czyli połączenie religii z czarami, właściwa dla wschodniego rejonu Polski, to właściwość, którą poznał dzięki babci, która była tzw. szeptuchą.
Karpowicz wyznał, że "lepiej mu się pracuje na kobietach" ;) Co miało oznaczać, że chętniej tworzy w swoich powieściach postacie kobiece, które wydają mu się ciekawsze od mężczyzn.

Zdaniem autora każda osoba pisząca siłą rzeczy czerpie z otaczającego ją świata i przepuszcza dane treści przez siebie. W związku z tym nawet powieść science fiction zawiera elementy autobiograficzne.
Na zakończenie padło pytanie o adaptację "Soński" na sztukę teatralną, której Karpowicz podjął się osobiście. Przyznał, że było to ciekawe, pouczające doświadczenie, które zmusza autora do myślenia o wielu rzeczach, które podczas pisania powieści są nieistotne. To ogranicza. Ponadto autor traci kontrolę nad efektem swojej pracy, gdyż w przygotowanie sztuki zaangażowanych jest wiele osób.

Na koniec autor podpisuje moje własne "Ości":



wtorek, 11 listopada 2014

Mapa, T.S. Learner

Ta książka nie zadowoli każdego. Ta prawie siedmiuset stronicowa cegła wymaga od czytelnika cierpliwości i zainteresowania historią. Bez tego może być ciężko z rozkoszowaniem się lekturą.

To, co w książce szczególnie mnie zachwyciło, to trafnie uchwycony, niezwykle fascynujący obraz Europy Zachodniej na początku lat pięćdziesiątych: zrujnowane miasta, śmierć Stalina i świat na progu zimnej wojny. Wśród tego główny bohater: pozornie nudnawy profesor historii, naukowiec o osobliwych zainteresowaniach. W rzeczywistości doświadczony żołnierz, wyszkolony zabójca - słowem mężczyzna, który często wpada w kłopoty. August Winthrop, bo o nim mowa, staje się właścicielem starej księgi zawierającej tajemnicę. Aby ją odkryć i spełnić obietnicę daną umierającemu przyjacielowi Winthrop wyrusza w niebezpieczną podróż po ogarniętej powojennym chaosem i szpiegowską paranoją Europie. Jego pierwszy cel, to ukryta pośród gór starożytna wioska w Hiszpanii, w kraju pogrążonym w terrorze frankowskiego reżimu. Tam poznaje niezwykłą kobietę Izarrę, która decyduje się dołączyć do niego w niebezpiecznej misji. Odkrywając kolejne tajemnice księgi podążają do Francji, a potem dalej do Niemiec. Ścigani przez płatnych zabójców i tropieni przez amerykańskiego agenta, który bynajmniej nie dba o bezpieczeństwo kraju, a jednie o realizację własnych planów i zaspokojenie egoistycznych pragnień, toczą walkę z czasem i duchami z przeszłości.

Jednocześnie autor opowiada historię autora księgi Żyda Shimona Mendiluze, spalonego na stosie w londyńskim Tower w 1646 roku oraz jego żony.

Mapa to całkiem przyzwoita powieść przygodowa z elementami historycznych zagadek, thrillera szpiegowskiego i romansu. Czyta się szybko i z przyjemnością. Będzie świetną towarzyszką na długie zimowe wieczory :)

Ocena: 4+/6

niedziela, 2 listopada 2014

5 urodziny bloga = książki dla Was!

Tyle się wokół mnie dzieje w realnym świecie, że zapomniałam o urodzinach bloga, które były 21 października. Ale co się odwlecze....
Stało się to już piękną świecką tradycją, że z okazji blogowych urodzin rozdaję książki zaglądającym tu czytelnikom. W tym roku mam dla Was trzy tytuły.



Do rozdania widoczne na zdjęciu, raz czytane:

- Lawendowy pokój, Nina George

- Sekrety róż, Elizabeth Camden

- Pistacja w krainie Smoków, Małgorzta Błońska i Adrian Chimiak


Chętnych proszę o zostawienie komentarza i podanie preferowanego tytułu. Na zgłoszenia czekam do niedzieli wieczór, 9 listopada. Wtedy wylosuję nowych właścicieli książek ;)








 ------------------------------------------------------------
Edit:
Z lekkim opóźnieniem, ale oto są, nowe właścicielki książek:
- Kaś: "Sekrety róż"
- Iza: "Pistacja w Krainie Smoków"
- Beata Szy: "Lawendowy pokój"
Gratuluję i proszę o adresy do wysyłki na maila.

sobota, 25 października 2014

Ostatnie lato w Mayfair, Theresa Révay

Absolutna gratka dla wielbicieli serialu Downton Abbey. Równie wciągająca i świetnie napisana powieść, która zabierze nas w fascynujące czasy początku dwudziestego wieku oraz w przerażający okres pierwszej wojny światowej.

Autorka z wielką wirtuozerią kreśli losy swoich bohaterów - członków arystokratycznej rodziny Rotherfieldów, a dokładniej rodzeństwa: Evangeline, Victorii, Edwarda i najstarszego Juliana. Każde z nich ma swoje tajemnice, plany i marzenia, które nie zawsze współgrają z oczekiwaniami pozostałych członków rodziny, czy też arystokratycznej socjety Londynu. Mamy więc z jednej strony odpowiedzialnego za losy rodziny lorda Juliana, których żeni się z kobietą, której nie kocha, Edwarda niepokornego lotnika, którego męczą długi, wyemancypowaną Evangeline, wspierającą sufrażystki oraz Victorię, która marzy o zamążpójściu. U schyłku starego świata, gdzie industrializacja, postęp techniki i walka o prawa obywatelskie zataczają coraz szersze kręgi, a na horyzoncie pojawia się widmo militarnego konfliktu, młodzi bohaterowie z Mayfair wkraczają w dorosłość.
Szybko okazuje się jednak, że w ich starannie zaplanowaną przyszłość brutalnie wkracza wojna, która zmieni na zawsze nie tylko mapę Europy, ale przede wszystkim stary porządek społeczny. Autorka opisuje tragiczną sytuację żołnierzy w okopach, wyczerpującą i niebezpieczną pracę pielęgniarek polowych oraz codzienność ludności cywilnej. Wraz z upływającymi miesiącami wojenna machina pochłania coraz więcej istnień ludzkich, środków materialnych i brutalnie wkracza w życie każdego Europejczyka. Myślę, że w setną rocznicę wybuchu Pierwszej Wojny warto sięgnąć po tego typu książkę i dowiedzieć się więcej o pierwszej w historii tzw. wojnie przemysłowej.

Ostatnie lato w Mayfair czyta się szybko i z przyjemnością. W sumie nie mam się do czego przyczepić. Polecam, to świetna lektura na jesienne wieczory!

Ocena: 5/6


środa, 22 października 2014

Gdy panna Emmie była w Rosji, Harvey Pitcher

Zalazłam tę książkę podczas wakacyjnych podróży w księgarni położonej przy Rynku w Przemyślu. Notka na okładce oraz okoliczności, w jakich książka została napisana, skłoniły mnie do zakupu i natychmiastowego rozpoczęcia lektury. Lektury, która pod względem literackim łatwa i przyjemna nie była, ale dostarczyła mi mnóstwa nowych informacji o życiu szczególnej grupy zawodowej ;)

Tytułowa panna Emmie to Emmie Dashwood, jedna z dziesiątek, a może nawet setek angielskich guwernantek, która zdecydowała się na wyjazd za chlebem do carskiej Rosji i podjęcie pracy w arystokratycznej rosyjskiej rodzinie. Oprócz panny Emmie poznajemy kilka innych młodych kobiet, które wybrały się w podróż do obcego kulturowo kraju i zamieszkały w Moskwie lub Sankt Petersburgu. Ich barwne historie składają się na niezwykły dokument burzliwych czasów napisany z fascynującej  perspektywy.
Książka dostarcza wyczerpujących informacji nie tylko na temat codziennej pracy Angielek, ale dokładnie opisuje tę tak charakterystyczną, chociażby dla wiktoriańskich powieści, grupę zawodową i jej przedstawicielki. Autor tłumaczy wiele zjawisk charakterystycznych dla ówczesnego społeczeństwa i wyciąga wnioski z opisywanych wydarzeń, z którymi nie zawsze się zgadzałam, ale które warto było poznać. Charakterystyka arystokracji rosyjskiej stanowiąca tło opisywanych wydarzeń dodatkowo urozmaica lekturę.
Niebezpieczne czasy rewolucji październikowej przedstawione zostały przez autora jak ekscytująca przygoda, a nie czasy terroru, które kosztowały życie tysięcy ludzi. Choć paradoksalnie ten lekki ton narracji współgra z niefrasobliwością, jaką często charakteryzowały się mieszkające w Rosji Angielki przekonane, że włos im z głowy nie spadnie - w końcu są obywatelkami Imperium Brytyjskiego...

Niepodważalnym atutem tej pozycji jest fakt, że napisana została już w 1977 roku (polskie wydanie pochodzi z  tego roku). Harvey Pitcher zdobywał mianowicie informacje nie tylko w bibliotekach i archiwach, ale przede wszystkim w rozmowach z samymi zainteresowanym, które charakteryzowała fantastyczna pamięć :) Dzięki temu książka zawiera wiele osobistych historii i barwnych anegdot.

Momentami można się jednakże w tekście pogubić, jako, że brakuje mu przejrzystej struktury. Tekst podzielony jest wprawdzie na tematyczne rozdziały, ale autor co rusz opisuje losy innej guwernantki, wprowadza nowe postacie lub powraca do tych już w książce przedstawionych, co powoduje chaos utrudniający czytanie. Ponadto zapomniano chyba poddać książkę korekcie. Masa błędów stylistycznych, kalki językowe i niezrozumiałe zdania wywołują irytację podczas lektury.

Zainteresowanym tematem mimo to polecam!


Ocena: 4+/6

wtorek, 23 września 2014

Miejsca dla moli + pamiątki z wakacji

Podczas tegorocznego urlopu celem naszych wojaży był południowy wschód Polski. Począwszy od Bieszczad, przez Rzeszów do wspaniałego Lublina zwiedziliśmy nowe, piękne miejsca. Na trasie podróży nie zabrakło także moich ulubionych instytucji: czyli księgarnio-kawiarni. Tego lata odkryliśmy dwa takie wyjątkowe miejsca.

Pierwsze z nich to Szkoła życia w Zamościu. Fantastyczne cappuccino, piękne wnętrze, miła obsługa oraz wyszukane przez właścicieli tytuły - tak można w skrócie przedstawić ofertę tego szczególnego miejsca mieszczącego się w starej kamienicy w pobliży zamojskiej synagogi. Księgarnia swoją działalność rozpoczęła stosunkowo niedawno, bo w maju bieżącego roku. "Dla Sławomira Bartnika, współtwórcy „Szkoły Życia”, znanego zamojskiego księgarza, miłośnika i znawcy Leśmiana przewodnikiem po tym wnętrzu jest właśnie Leśmian. (...) Sam Leśmian tu i ówdzie – siedzi na parapecie lub, w innym miejscu, stoi przy ścianie obok wejścia. Na półkach i regałach książki i artykuły potrzeb okazjonalnych. Również kawiarniane menu nawiązuje do twórczości poety – „deser znużonego notariusza”, „napój cienisty”, „przysmaki kuszące usta i oczy”, „wostok”, „Fritz cola” i „kawa piła”. Kelner o nienagannym wyglądzie oferuje nam świeżo wyciskane soki oraz inne przysmaki. Wszystko o smaku leśmianowskim." źródło cytatu
Szkoła życia, Zamość


Te dwie książki trafiły ze Szkoły życia prosto na moją półkę:

- Wojna książek. Biblioteka i historia literatury; Jan Tomkowski

- Życie towarzyskie w XIX wieku. Salony, bale, teatry; Agnieszka Lisak









Z kolei odwiedzający Lublin, a konkretnie lubelskie stare miasto, koniecznie powinni zajść na ulicę Rybną i wypić kawę bądź herbatę w Między słowami. Lokal składa się z kilku pokoi zastawionych regałami wypełnionymi po brzegi książkami. Można zapaść się w wygodnym fotelu i przeglądać, czytać i wybierać.

Między słowami, Lublin
























Tym razem wybrałam książki wydawnictwa Krytyka Polityczna.

- Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu; Jaś Kapela

- Matka feministka; Agnieszka Graff

- Imigracje, Kaja Malanowska














Zwiedziliśmy między innymi niezwykle ciekawy skansen w Sanoku. Tam, w muzealnym sklepie zaopatrzyłam się w bieszczadzką literaturę fachową.

- Zaginiony świat bieszczadzkiego kresu, Andrzej Potocki

- Czar Bieszczadów, Wojomir Wojciechowski

- Przystanek Bieszczady, Andrzej Potocki




W podróży natrafiliśmy też na książkowe wyprzedaże, którym nie mogłam się oprzeć.

W rzeszowskim empiku upolowałam:
- Błękitne przestrzenie, Tony Horwitz

- Ocalił mnie kowal, Izabela Czajka Stachowicz

- Dubo..., Dubon..., Dubonnet, Izabela Czajka Stachowicz

Z kolei w Kazimierzu Dolnym znaleźliśmy dwa namioty z tanią książką. Każdy z tych pięknie wydanych tomów kosztował 10 zł....

- Rien ne va plus, Andrzej Bart

- Moja klasyczna paranoja, Steffen Möller

- Nowolipie. Najpiękniejsze lata, Józef Hen

- Krakowska żałoba, Monika Piątkowska











Dwie książki dostałam w prezencie od cioci. Po ożywionej dyskusji o Singerze i jego twórczości przeszukałyśmy ciociny regał i otrzymałam Krótki piątek i Miłość i wygnanie.

niedziela, 21 września 2014

Lawendowy pokój, Nina George

Czasem i mnie się to zdarza: pozwalam się uwieść pięknej okładce i wszechobecnej reklamie oraz (a może przede wszystkim) motywem księgarni/książki obecnym w treści. Tak było i tym razem. Dałam się skusić, książkę przeczytałam, ale zapowiadanych uniesień i odkryć nie doświadczyłam. Lawendowy pokój jest po prostu przeciętny. I tyle.


Główny bohater, czterdziestoletni Jean Perdu jest właścicielem barki zacumowanej w sercu Paryża, na której pokładzie przez lata zgromadził tysiące książek. Księgarnia nosi nazwę Apteka Literacka, a jej wyjątkowość polega na tym, że Jean analizując stan duszy swoich klientów dobiera im odpowiednie tytuły.
Sam jest absolutnie nieszczęśliwy, po tym jak dwadzieścia lat wcześniej bez słowa porzuciła go ukochana. W wyniku mniej lub bardziej prawdopodobnego splotu dziwnych okoliczności ów samotny księgarz odnajduje list, w którym znajduje tragiczne wyjaśnienie odejścia Manon. Poczynione odkrycie zmusza go do działania i tak Jean Perdu, dwa koty i młody pisarz wyruszają w podróż barką na południe Francji. Po drodze poznają kilka interesujących osób, z których każda cierpi na swój sposób. U kresy podróży czekają ich istotne zmiany. Ale samego zakończenia zdradzać nie będę.

Opisy na okładce i czytane przeze mnie recenzje sugerowały, że jest to powieść wyjątkowa. Tymczasem, jak wspomniałam we wstępie, Lawendowy pokój to średniej klasy czytadło, któremu można poświęcić kilka chwil, ale nie wpisywałabym go na listę "must read". Odniosłam wrażenie, że pod przykrywką historii głównego bohatera autorka starała się stworzyć powieść psychologiczną o stracie i złożoności ludzkich uczuć. Niestety kompletnie jej to nie wyszło. Świadczyć może o tym chociażby wyjątkowa skłonność autorki do tworzenia nadętych, skomplikowanych metafor w stylu: "Wszyscy umarli. Wszyscy, z którymi zetknęliśmy się w życiu. Oni są jak rzeki wpadające do oceanu naszej duszy. Jeśli nie będziemy o nich pamiętać ocean wyschnie." (str. 203). Ten kwiecisty styl wywoływał we mnie irytację lub rozbawienie. Zamiłowanie autorki do przesady i uderzania w sentymentalne tony skutecznie zakłócało tok narracji i rozpraszało główny wątek.
Myślę, że tak się dzieje, gdy ambicje pisarza przewyższają jego talent i możliwości.

Ocena: -4/6

piątek, 12 września 2014

Dom w Fezie, Suzanna Clarke

Takich historii jest na naszym rynku wydawniczym sporo: piękny, choć "do remontu" dom na drugim końcu świata stanowi dla nowych właścicieli spełnienie marzeń. Na miejscu okazuje się, że ogrom koniecznych prac budowlanych znacznie przekracza zaplanowany budżet, że znajomość języka i obyczajowości nowej ojczyzny byłaby całkiem przydatna w codziennym życiu, a w ogóle to w obcym kraju wszystko wygląda inaczej, niż on/ona sobie wyobrażali...

W tych barwnych historiach zmieniają się jedynie imiona głównych bohaterów oraz miejsca na mapie świata, które wybrali – czasem po latach przemyśleń, częściej pod wpływem impulsu - na swoje nowe małe ojczyzny. Natomiast schemat zawsze jest podobny, a co za tym idzie, mało w tego typu książkach zaskoczeń i nieoczekiwanych zwrotów akcji, sporo za to informacji o danym kraju, różnicach kulturowych i problemach z przedstawicielami branży budowlanej, które zdają się być podobne na całym świecie.

Opowieść Suzanny Clark świetnie się w ten literacki nurt wpisuje. Miejscem akcji jest tym razem Maroko, a konkretnie tytułowy Fez, do którego mieszkająca w Australii autorka sprowadza się wraz z mężem. Choć w sumie należałoby powiedzieć, że tylko w połowie się sprowadza: zgodnie z pierwotnym planem małżonkowie chcą sześć miesięcy spędzać naprzemiennie w Australii i w Maroku. Poszukiwania, kupno, a następnie ciągnący się miesiącami remont pięknego, kilkusetletniego riadu, położonego w feskiej medinie to główne tematy książki.
Co więc wyróżnia ją od innych tego typu pozycji? Świetny lekki, ale nie za lekki, język, który sprawia, że książkę czyta się niezwykle szybko. Garść porządnie sprawdzonych i starannie wyszukanych informacji o historii i kulturze Maroka oraz o islamie. Oraz piękne zdjęcia wyremontowanych wnętrz riadu oraz marokańskich pracowników i przyjaciół Suzanny.
I nawet jeśli kilka razy zdarzyło mi się fuknąć z poirytowania naiwnością autorki lub jej baaaaardzo zachodnim podejściem to życia, to książkę i tak polecam. Egzotyczny klimat Maroka i jego gorące słońce to wspaniałe elementy jesiennej lektury.

Ocena: 4+/6

czwartek, 11 września 2014

Rodzinna historia lęku, Agata Tuszyńska

Lekturę Rodzinnej historii lęku rozpoczęłam parę miesięcy temu, będąc pod ogromnym wrażeniem osobowości pisarki, którą miałam okazję poznać podczas wieczoru autorskiego.

Brałam książkę do ręki, czytałam parę stron i ... odkładałam na kilkanaście dni. Czekałam na odpowiedni moment, by zagłębić się w niełatwą tematykę i momentami niezwykle bolesne zwierzenia autorki, które trafiają do czytelnika o tyle bezpośrednio, że napisane zostały prostym, pięknym językiem przywodzącym na myśl pamiętnik albo listy do przyjaciółki.
Liczne osobiste komentarze autorki sprawiają, że czytelnik głębiej wnika w tekst, traci dystans. I zaczyna myśleć. Tuszyńska zadaje niewygodne pytania, snuje domysły i rozważania, których pointa nie zawsze jest wygodna dla odbiorcy jej tekstu. Członkowie rodziny autorki przestają być dla czytelnika obcy, a spotykające ich tragedie dotykają go głębiej, niż gdyby miał do czynienia z tradycyjnie napisanym, bezosobowym tekstem biografii. Każdy rozdział opatrzony jest przynajmniej jednym zdjęciem: często widnieje na nim bohaterka lub bohater danego rozdziału. Większość fotografii pochodzi z archiwum autorki.

Agata Tuszyńska w wieku dziewiętnastu lat dowiedziała się od matki, iż ta jest Żydówką. Kompletnie nie wiedziała, co z tym faktem zrobić, więc po prostu ignorowała go przez kilka lat. A potem zaczęła szukać. Własnych korzeni, śladów po nieobecnych oraz swojej tożsamości. Nie było to łatwe w kraju z tak pogmatwaną polsko-żydowską historią, gdzie przykłady bohaterstwa i bezinteresownej pomocy przeplatają się ze zdradą i donosicielstwem. A na końcu napisała książkę. Najważniejszą, w jej dorobku, bo autobiograficzną.
Autorka opisała zarówno żydowską rodzinę matki, jak i robotniczą, pochodzącą z Łodzi polską rodzinę ojca, Bogdana Tuszyńskiego, znanego sprawozdawcy radiowego. Jej własne wspomnienia przeplatają się z opowieściami innych członków rodziny oraz informacjami zdobytymi podczas żmudnych i nie zawsze łatwych poszukiwań w bibliotekach i archiwach.

Jest to książka mądra i ważna. Szczerze polecam.

Ocena: 6/6

czwartek, 28 sierpnia 2014

Czas motyli, Julia Alvarez

Co wiecie o historii Dominikany?

Ja dotychczas nie miałam pojęcia, że tym pięknym krajem, położonym na Morzu Karaibskim, przez trzydzieści lat od 1930 do 1961 rządził psychopatyczny dyktator Rafael Leónidas Trujillo.

Dzięki powieści Czas motyli miałam okazję nie tylko poznać niezwykle tragiczny fragment historii tego egzotycznego państwa, która bynajmniej nie ma nic wspólnego z plażą i palmami, ale i bohaterki owych czasów, tytułowe Motyle. Zbeletryzowane losy czterech sióstr Mirabal, z których trzy były opozycjonistkami: Patria, Minerva i Maria Teresia i zginęły w walce o swój kraj, to wyjątkowe świadectwo okrutnego reżimu.

Na początku książki poznajemy sędziwą już Dedé Mirabal jedyną z sióstr, która nie została zamordowana. Jest ona dyrektorką muzeum poświęconego pamięci sióstr i w tej roli udziela wywiadu rzeki odwiedzającej ją kobiecie. Beztroskie dzieciństwo, młodość i dorosłe życie poznajemy z perspektywy każdej z nich, gdyż narratorki (wszystkie cztery siostry) zmieniają się co kilka lat i dzięki temu opisywane wydarzenia nabierają głębi, a czytelnik ma okazję każdą z bohaterek dobrze poznać i dostrzec różnice w ich charakterach i podejściu do życia. Śledzimy więc kolejne śluby i rocznice, narodziny dzieci oraz całkiem przyziemne rodzinne sprawy. Z upływającymi latami opowieść nabiera tempa, aż urywa ją dramatyczny koniec.


Sama Dedé Mirabal zmarła w lutym tego roku. Po śmierci sióstr w 1960 r. razem z matką zajęła się wychowaniem ich osieroconych dzieci, a przez resztę życia kierowała muzeum poświęconemu pamięci Motyli.

Julia Alvarez urodziła się na Dominikanie wraz z rodziną opuściła ją w wieku dziesięciu lat w obawie przed terrorem Trujillo. Jako, że ojciec autorki sam był czynnie zaangażowany w ruchu opozycyjnym, miała ona wszelkie powody by zainteresować się jej ikonami, czyli siostrami Mirabal. W oparciu o historyczne fakty dotyczące trzydziestoletnich rządów dyktatora autorka stworzyła swoje bohaterki z wyobraźni. Jej celem nie było wierne odtworzenie ich biografii, ale przedstawienie żywych kobiet, z ich uczuciami i codziennymi problemami, które umarły za miłość do wolności we własnym kraju.
Dlatego właśnie Czas motyli to świetna powieść, mądra i wciągająca jednocześnie, po którą warto sięgnąć.

Jest to pierwsza książka stosunkowo nowego na naszym rynku wydawnictwa Black Publishing, jaką miałam okazję przeczytać. Ale na pewno na tym nie zakończę. Fakt, iż jest to marka wydawnicza wydawnictwa Czarne, gwarantuje dobrą literaturę.

Ocena: 5/6

niedziela, 17 sierpnia 2014

Urlopowo

Po kilku dniach spędzonych w przecudnych Bieszczadach, zwiedzamy teraz mniejsze i większe miasta wschodniej Polski.
Wrzucam więc zrobione dziś zdjęcie.
Może ktoś zgadnie, gdzie byłam?
Do poczytania niebawem.

środa, 13 sierpnia 2014

Pistacja w Krainie Smoków, Małgorzata Błońska, Adrian Chimiak

Autorka od pięciu lat mieszka w Pekinie, do którego wyjechała po raz pierwszy w ramach wymiany studenckiej i została w tym mieście na dłużej. Obecnie pracuje jako wykładowczyni oraz nauczycielka jogi, podróżuje i poznaje Chiny.
Jako, że pochodzi z Opola, książkę swą napisała wspólnie z dziennikarzem Radia Opole, a w 2013 roku efekt tej współpracy w odcinkach był słyszalny na antenie tej rozgłośni. Ponadto patriotyczne wspomnienia rodzinnego Ozimka i samego Opola pojawiają się często na stronach książki, częstokroć stanowiąc podstawę polsko-chińskich porównań.

Całość podzielona została na krótkie, 2-3-stronnicowe rozdziały, z których każdy poświęcony jest innemu aspektowi życia codziennego. Dzięki temu autorka dotknęła większości tematów, które przeciętnemu Polakowi kojarzą się z Chinami. Są tu zatem: potrawy chińskiej kuchni składające się z szokujących składników, medycyna chińska, smog, korki na ulicach, polityka jednego dziecka, sytuacja Tybetu, szybki rozwój miast...
Niestety wszystkie tematy zostały potraktowane po łebkach, a treść opatrzona mnóstwem porównań "my" versus "oni". Ponadto w tekście roi się od stereotypów oraz uogólnień. Chiny zostały opisane z bardzo wyraźnej europejskiej, polskiej perspektywy - wyraźnie odczułam brak wrażliwości interkulturowej oraz głębszej wiedzy na temat kraju i jego mieszkańców. Jest to pewnie po części związane z młodym wiekiem autorki i wynikającym z tego niewielkim życiowym doświadczeniem, które, moim zdaniem, tak osobiście pisane książki wzbogaca nie tylko o wiedzę merytoryczną, ale o krytyczne, poparte solidnymi argumentami poglądy autora.

Nie jestem znawczynią tematu, a mimo to niewiele znalazłam w tej książce nowych informacji o Chinach. Zaserwowano mi za to sporo lekkostrawnych ciekawostek rodem z Faktu. Ponadto autorka zdaje się być tak zafascynowana, by nie powiedzieć zaślepiona, Chinami, że próżno szukać w tekście krytycznych rozważań lub wyczerpujących informacji np. o prawach człowieka czy brutalnej rewolucji kulturowej.
Wychodzi na to, że obecnie każda osoba mieszkająca za granicą kilka lat może zabierać się za pisanie książek i ma spore szanse na ich wydanie. Zwłaszcza, jeśli dany kraj jest wystarczająco daleko, że nie zamieszkują go tysiące naszych rodaków.
Jeśli Pistacja w Krainie Smoków byłaby poradnikiem dla studentów udających się na semestr do Chin dałabym jej piątkę, i to nawet z plusem. Ale w kategorii poważnej książki podróżniczej/krajoznawczej czy też reportażu starczyło jednie na trzy - zbyt często podczas lektury miałam wrażenie, że czytam maile od koleżanki.
Być może, dzięki lekkiemu stylowi i łatwej przyswajalności zebranych informacji, Pistacja w Krainie Smoków trafi do młodszego czytelnika. Osoby z nieco dłuższym czytelniczym stażem mogą sobie darować...

Ocena: 3/6

czwartek, 7 sierpnia 2014

Kolebka. Teraz, kiedyś, później, Alina Krzywiec

Tak, wiem, że miałam tego więcej nie robić.
Jednak Kolebkę wypożyczyłam razem z Magnolią, więc postanowiłam ją także przeczytać, zanim na kilka miesięcy  pożegnam się z biblioteką.
Poczułam się jednak przez autorkę oszukana. Po pierwszych kilku stronach myślałam: świeży styl, ciekawa bohaterka, interesująca historia. A potem było już tylko gorzej.
Stary dom na końcu świata powinien był mnie ostrzec...

Główna bohaterka Marta wraca z Warszawy do wsi na Dolnym Śląsku. Zamieszkuje jednak nie sama, ale z babcią i chłopakiem, którego przywlekła ze sobą i nie w pensjonacie, ale w starym domu należącym do jej dziadków od zakończenia wojny. Z drobnych niedomówień, odłamków wspomnień młoda kobieta stara się zrekonstruować przeszłość i dowiedzieć się więcej o swoim pochodzeniu, a dokładnie o wielkiej nieobecnej, własnej matce, która wyjechała na zawsze, gdy Marta była małym dzieckiem. Jednocześnie, aby zrealizować ambitne plany otwarcia szkoły językowej (na wsi), w stodole, chłopak Marty jeździ do Niemiec na szpery i nielegalnie zdobywa fundusze, które potem na konto bankowe wpłaca babcia, żeby nie dać okazji urzędowi skarbowemu do ściągnięcia podatków.... Wyczuwacie absurd?
Z każdą kolejną stroną serwowane są czytelnikowi nowe sensacyjki i skandaliki, głównie dotyczące życia babci Flory, która (jakżeby inaczej) na świat przyszła pod zupełnie innym nazwiskiem.

Autorka wykazała się niezwykłą kreatywnością, jeśli chodzi o wymyślanie idiotycznych sytuacji, w których stawia swoich bohaterów oraz rozpoczynanie wątków prowadzących czytelnika na manowce. Powieść jest przy tym płytka i banalna, bohaterowie papierowi i z lekka niepoczytalni, a fabuła ledwo trzyma się kupy.
Można sobie darować.

Ocena: 3/6

środa, 6 sierpnia 2014

Kocha, lubi, szanuje..., Alice Munro

Lipcowa, wakacyjna niemoc, o której czytałam dziś na kilku blogach, dopadła i mnie. Opowiadania Munro skończyłam czytać już ponad dwa tygodnie temu, ale jakoś nie mogłam się zabrać za recenzję. Ograniczę się jedynie do kilku uwag, bo w piątek ruszamy na wakacyjną wyprawę w Bieszczady i okolice Lublina. Zamierzam sporo czytać i recenzować na bieżąco oraz dzielić się wrażeniami z podróży, wypada więc nadrobić zaległości przed wyjazdem. 

Mój pierwszy kontakt z twórczością noblistki uznaję za udany i z pewnością sięgnę po jej kolejne książki. Mimo, iż opowiadania to raczej nie moja bajka, to w tak mistrzowskim wykonaniu nie mogłam się im oprzeć.

W książce zebrane są historie dziewięciu bohaterek. Kobiet w różnym wieku, o różnym pochodzeniu, statusie społecznym i sytuacji życiowej łączy widmo choroby lub śmierci unoszące się w ich otoczeniu. Wspólne dla zebranych w tomie historii są: świadomość przemijania, słabości ciała i kruchości zdrowia. Każda z bohaterek zostaje skonfrontowana ze śmiercią bliskich bądź własną chorobą i ograniczeniami, jakie stanowi dla człowieka własne ciało. Mimo to opowiadania te nie są smutne, czyta się je lekko i szybko, z dużą przyjemnością. Prosty styl, zwyczajne codzienne sprawy, prawdziwe uczucia, rodzinne sekrety i małe tajemnice - to elementy, które stanowią o sile pisarstwa Munro. W tym wydaniu nieco smutne i refleksyjne. Skłaniają czytelnika do przemyśleń i zastanowienia nad tym, co jest naprawdę istotne w życiu. Ciekawa jestem, jaki wydźwięk pozostawiają inne jej tytuły.

Na pewno niebawem sięgnę po kolejny zbiór opowiadań noblistki. Który polecacie?  

Ocena: 5/6

piątek, 25 lipca 2014

Opowieści z miasta wdów i kroniki z ziemi mężczyzn, James Cañón

Mam lekki kłopot z pisaniem o tej książce. Z jednej strony bez oporu dałam się wciągnąć autorowi w stworzony przez niego świat. Przekonały mnie wyraziste kobiece postacie i zainteresowały ich niewiarygodne historie. Z drugiej strony koniec powieści wszystko zepsuł. Pokazał, że Cañón myśli bardzo po męsku i nie wierzy, że kobiety dadzą sobie radę...
Ale po kolei.

Powieść zabiera nas do niewielkiej wioski, położonej na głębokiej prowincji, gdzieś w Kolumbii. Tłem opisywanych historii jest wojna domowa, która wybuchła w tym kraju w 1964 roku i trwa tak naprawdę do dzisiaj.
Pewnego dnia z Marquity znikają wszyscy "prawdziwi" mężczyźni, uprowadzeni lub zamordowani przez partyzantów. Na miejscu zostaje ksiądz, homoseksualista, transwestyta i trzech nieletnich. Oraz kobiety. Pozostawione same sobie popadają najpierw w apatię i otępienie, a potem powoli i nie bez konfliktów budują nową rzeczywistość. Kompletnie odcięte od świata (drogi wyjazdowe z Marquity dawno już zarosły), bez prądu i kanalizacji kobiety tworzą swoją wspólnotę od podstaw, z szeregiem osobliwych reguł i rytuałów. W ich życiu dokonuje się istotna zmiana: przestają obowiązywać dawne zasady i podziały ról. Na stereotypy i uprzedzenia nie ma miejsca w nowej Marquicie - kobiety wreszcie mogą być sobą, stanowić o własnym losie i decydować, co dla nich jest najlepsze.
Każdy kolejny rozdział opowiada losy innej mieszkanki wioski. Historie te zebrane w całość stanowią barwny i różnorodny obraz tej oryginalnej społeczności. Pomiędzy nimi czytelnik znajdzie krótkie, zaledwie dwustronnicowe, raporty mężczyzn z frontu. Kto je napisał i jaki jest związek autora z Marquitą wyjaśni się w ostatnim rozdziale.

Cañón poruszył w swojej powieści szereg naprawdę ważnych społecznych kwestii, które od dziesięcioleci nękają jego kraj i skłaniają poszczególne jednostki do podejmowania dramatycznych decyzji. Ksiądz-lubieżnik, który nadużywa pokładanego w nim zaufania i wykorzystuje parafianki, miłość dwóch mężczyzn, prostytucja, alkoholizm, starość, bieda, ostracyzm, a przede wszystkim wojna, która rujnuje wszelką normalność i zmusza ludzi do niewyobrażalnych czynów. Kobiety, których bezpośrednio nie dotyczy, cierpią podwójnie: nie tylko zamartwiają się o walczących na froncie mężów, synów i ojców, ale i same podejmują codzienną walkę o przeżycie w świecie, gdzie nic nie jest takie, jak przed.
I tym jest właśnie Marquita. Uosobieniem chaosu, stanu wyjątkowego, jakie w życie ludzi wprowadza konflikt zbrojny. Obojętnie, co mu przyświeca i jakim celom ma służyć: cierpią zawsze prości ludzie.

Opowieści z miasta wdów to udany debiut Cañóna. Autor ze swadą snuje opowieści, które pełne są magii i symboli. Nic tu nie jest dosłowne, na każdej stronie czyha niespodzianka. Jedynie koniec tej historii wydał mi się sztampowy i mało oryginalny. I, niestety, bardzo męski. Niestety, bo po tej do bólu kobiecej książce, pełnej prowokacji i łamania zasad, oczekiwałam równie zaskakującego finału.

Ale zdecydowanie warto po Opowieści z miasta wdów sięgnąć i na przyszłość zapamiętać nazwisko autora.

Ocena: 5/6


wtorek, 8 lipca 2014

Wakacyjne lektury

Pomyślałam, że pierwszy lipcowy post stanowi doskonałą okazję do zaprezentowania wybranych książek na wakacje. Pisałam ostatnio, że zamierzam do końca roku zrobić przerwę w korzystaniu z biblioteki i czytać jedynie własne książki. Postanowiłam realizację tego planu rozpocząć od udrapowania letniego stosu. Przejrzałam zatem półki i wybrałam kilka tytułów, które zamierzam przeczytać do końca września. Myślę, że stanowią ciekawy zbiór wakacyjnych lektur: urozmaicone tematycznie, lekkie, ale i interesujące: zabiorą mnie w literackie podróże w różne zakątki świata.

Zdjęcie zrobiłam w mojej ulubionej letniej czytelni, czyli na zielonym balkonie przy trelach niezwykle aktywnych ptaków :)



Od dołu:

- Palmy na śniegu, Luz Gabas

- Botanika duszy, Elizabeth Gilbert

- Czas motyli, Julia Alvarez

- Córka fortuny, Isabel Allende

- Dom w Fezie, Suzanna Clarke

- Pistacja w Krainie Smoków. Chiny inaczej, Małgorzata Błońskam Adrian Chimiak

- W miasteczku długowieczności, Tracey Lawson

- Ostatni kucharz chiński, Nicole Mones









*****UPDATE*****

Po zastanowieniu do stosu dorzuciłam jeszcze dwa tytuły:
- Ostatnie lato w Mayfair, Theresa Revay
- Pruska zagadka, Piotr Schmandt

Na przeczytanie do końca września czeka zatem dziesięć powieści.
Zobaczymy, czy dam radę :)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Być Esther, Miriam Karmel

Niewielkich rozmiarów książeczka (kolejna z biblioteki) opisem na okładce obiecuje: "W swej uroczej, pozbawionej sentymentalizmu powieści Miriam Karmel stworzyła jeden z najznakomitszych literackich portretów ostatnich miesięcy życia kobiety." Hmmm...

Ośmielam się z tą mocno na wyrost poczynioną opinią nie zgodzić. 

Główna bohaterka - Esther Lustig - to osiemdziesięciotrzyletnia kobieta żydowskiego pochodzenia, która jesień swojego życia spędza na sporach z córką na temat przeprowadzki do domu opieki. Ponadto jej codzienność stanowią spotkania z sąsiadami, telefony do przyjaciół z dawnych lat i snute bez końca wspomnienia minionych chwil. 

Na uznanie autorka z pewnością zasłużyła choćby ze względu na temat, który wybrała na książkę. Temat, który jest przemilczanym tabu, a przecież każdego z nas czeka. Uczynienie bohaterką książki starszej pani, która zaczyna mieć lekkie problemy z postrzeganiem rzeczywistości jest warte uwagi. Esther jest osobą pogodną i z poczuciem humoru. Zmiany w swoim ciele i umyśle przyjmuje z lekkim niedowierzaniem i sporym dystansem. Każdego dnia kobiecie towarzyszą uczucia takie jak samotność, zagubienie i poczucie niezrozumienia, zwykle przez członków najbliższej rodziny: dzieci i wnuki. Zdecydowanie jest bohaterką, którą łatwo polubić, ale jeśli wyznacznikiem jej literackiej wyjątkowości jest brak konkurencji w tej kategorii wiekowej, to ja tego argumentu nie kupuję. Esther jest ok, ale nie jest znakomitością.

Moim zdaniem Miriam Karmel jedynie poślizgała się po powierzchni. Poruszyła wiele aspektów starości, żadnemu nie poświęcając wystarczająco dużo uwagi. Narracja cechuje się niezwykle chaotyczną strukturą, co być może odpowiada stanowi umysłu Esther, ale jednocześnie odbiera tematowi powagi. Książkę czyta się szybko i łatwo. Równie łatwo się o niej zapomni.

Ocena: 4/6

niedziela, 29 czerwca 2014

Magnolia, Grażyna Jeromin-Gałuszka

Kilka lat temu czytałam powieść tej autorki pt."Kobiety z Czerwonych Bagien" i do dziś pamiętam ciepło i kobiecą mądrość, jakimi wypełnione były strony. Przekonana o wysokich umiejętnościach pisarskich autorki oraz po lekturze wielu pozytywnych recenzji postanowiłam sięgnąć po Magnolię

Cóż, dzwoneczki ostrzegawcze powinny były się odezwać najpóźniej w momencie, w którym się okazało, że tytułowa Magnolia to pensjonat na końcu świata...
Położony jest on wprawdzie nie na Mazurach, ale w Bieszczadach, a nowe życie na prowincji rozpoczyna nie kobieta po czterdziestce i rozwodzie, ale mężczyzna (pozostałe cechy się zgadzają), mimo to powieść jest tak schematyczna i przewidywalna, a postacie płaskie i mało interesujące, że moje rozczarowanie okazało się spore. Nic mnie w tej książce nie zaskoczyło, mnogość wątków i chaotyczna narracja umęczyły w związku z czym przyjemności z lektury miałam naprawdę niewiele. Może po prostu wyrosłam z tego typu książek?

Od jakiegoś czasu mam w głowie myśl, żeby zrobić przerwę w korzystaniu z biblioteki. Po każdej wizycie przynoszę z niej bowiem nowości, których okładki znam z blogów. Ich przeglądanie działa trochę jak reklama telewizyjna: widziałam okładkę na wielu internetowych stronach, ludzie pisali, ze miło się czyta, to co mi szkodzi? Wypożyczę.
Często jednak rezenzje pisały osoby, które otrzymały książkę od wydawnictwa i wypadało im napisać coś miłego, albo po prostu mają inny czytelniczy gust niż ja. Podczas akcji promocyjnej dany tytuł czyta i poleca wielu blogerów, stąd pojawia się u mnie uczucie, że koniecznie trzeba o niego sięgnąć.
Tymczasem na regale mam na oko jakieś 500 książek, w tym biografie, reportaże, literaturę faktu, a przede wszystkim dużo dobrych, niebanalnych powieści, w tym sporo moich ulubionych, historycznych. Wiele z nich kupiłam pod wpływem opinii blogerów, których literacki gust, a także wiek jest zbliżony do mojego.

Po co ten wywód? Ano postanowiłam doczytać ostatnie tomy z biblioteki, oddać je i do końca roku czytać jedynie własne książki. A deklarację tę wpisuję na blogu, aby nabrała urzędowego charakteru i pomogła w realizacji tego zamierzenia :) Będę zdawać relację z postępów...

Ocena: 3/6

sobota, 28 czerwca 2014

Klinika kukieł, Agnieszka Kacprzyk

Bloga Agnieszki Kacprzyk Promyczkowo czytam z wielką przyjemnością od kilku lat i bardzo mi z jej podejściem do życia po drodze. Uwielbiam też niezwykle bogaty i plastyczny język, jakim się posługuje opisując swoją codzienność.
Nic więc dziwnego, że gdy zobaczyłam w bibliotece książkę jej autorstwa, bez wahania postanowiłam ją wypożyczyć.

Klinika kukieł to opowieść o górskiej wędrówce po ukraińskich Karpatach sześciorga znajomych, studentów z Poznania, trzech dziewczyn i trzech młodych mężczyzn. Przyjaciele zamierzają spędzić dwa tygodnie wędrując po odludziu, zdani jedynie na siebie nawzajem.
Nieustanne zmagania z naturą i własnymi słabościami sprawiają, że osoby, które wydawały się znajome, nagle pokazują inną twarz. Pozornie nieznaczące rozmowy, czy przelotne dotknięcia nabierają głębszego znaczenia. Z czasem w grupie dochodzi do nieporozumień, wszyscy są rozdrażnieni, napięcie wisi w powietrzu. Dość powiedzieć, że ich wyprawa kończy się wcześniej niż planowano.
Jednak nie ma w tej powieści dramatycznych zwrotów akcji, wręcz przeciwnie: wszystko rozgrywa się na płaszczyźnie emocji i skomplikowanych międzyludzkich stosunków.

Szczerze mówiąc Klinika kukieł mnie rozczarowała. I akcją, z której nic nie wynika i bohaterami, którzy nie dają się lubić, ani nawet zrozumieć. Ale najbardziej rozczarował mnie język. Najlepiej opisujące go słowo to "przedobrzony". Czytając miałam nieodparte wrażenie, że każde zdanie było wielokrotnie poprawiane i dopracowywane. Niestety autorka osiągnęła efekt przeciwny do zamierzonego: momentami czytelnik brnie przez tekst, jak przez głęboki, ciężki śnieg...
W dodatku można znaleźć w powieści kilka zdań, które kompletnie nie pasują do reszty, np. "to, co króliki lubią najbardziej". Ponadto niektóre monologi bohaterów czy opisy narratora tak się zapętlają, że nie wiadomo zupełnie o co chodzi.

Powieść wydana została siedem lat temu. Od tamtej pory Agnieszka została mamą i wiele się w jej życiu zmieniło. Z lektury bloga wiem, że pracuje nad kolejną powieścią. Jestem jej niezmiernie ciekawa.

Ocena: 3/6

środa, 18 czerwca 2014

Miasteczko Middlemarch, Tom I, George Elliot

"Wszyscy rodzimy się w stanie głupoty moralnej i traktujemy świat jak dojną krowę, która ma wykarmić naszą wyjątkową osobowość (...)." (str. 252)


Pod koniec lutego Padma, autorka bloga Miasto książek, zaproponowała wspólne, nieśpieszne czytanie Miasteczka Middlemarch. Jako, że książka ta stała od kilku lat na mojej półce, postanowiłam się przyłączyć i rozpoczęłam lekturę, która, jak łatwo policzyć, zajęła mi prawie cztery miesiące...
Czytałam głównie wieczorami, jeden lub dwa rozdziały, dając sobie czas na zaznajomienie się ze stylem powieści i poznanie jej wielu bohaterów.

Początkowo nie było to łatwe, bo przyzwyczajona do współczesnych tekstów, potrzebowałam kilkudziesięciu stron, by przestawić się na styl z epoki wiktoriańskiej. Jednak staranne tłumaczenie i powolny rozwój akcji dały mi doskonałą możliwość na stopniowe wsiąknięcie w świat Middlemarch.
Akcja powieści toczy się wokół kilku osób. I tak na początku poznajemy siostry Brooke, z których starsza Dorothea i jej mąż należą do grona głównych bohaterów. Oprócz nich mamy kilka postaci mających istotny wpływ na życie małomiasteczkowej wspólnoty, jak pastor, lekarz, burmistrz czy bankier. Ich codzienne problemy, rozmyślania i intrygi stanowią oś powieści. Szczegółowe opisy charakterów i zachowań bohaterów tworzą szczegółowy obraz natury ludzkiej, która do dziś nie straciła na aktualności.
Uwieść w Miasteczku Middlemarch czytelnika może wszystko to, co kochamy w powieści wiktoriańskiej: prowincjonalna XIX-wieczna Anglia, barwny i wyidealizowany świat arystokracji i popołudniowych herbatek, długie szeleszczące suknie i gorsety, osobliwa moralność oraz zapowiedź nadchodzących nieuchronnie zmian społecznych.
Momentami lektura nieco mi się dłużyła, a nieskończenie długie przemyślenia niektórych bohaterów wywoływały zniecierpliwione parsknięcia. Jednak nie miało to większego wpływu na ogólnie pozytywne wrażenie, jakie powieść na mnie wywołała. 

Podobało mi się, że książka wydana przez wydawnictwo Prószyński i S-ka opatrzona została wstępem, napisanym przez tłumaczkę. Zawiera on kilka informacji o epoce, o autorce i o losach powieści, nic szczególnie wyczerpującego, ale stanowi doskonałe przygotowanie do lektury i dostarcza podstawowych informacji.

Z lekturą drugiego tomu poczekam na długie jesienne wieczory, bo zdecydowanie nie jest to książka na lato.

Sporo jest w tekście wartych odnotowania cytatów. Oto kolejny, których zaznaczyłam:
"Wiadomo jednak, że człowiek nie może być sceptyczny wobec wszystkiego - świat stanąłby wówczas w miejscu; musimy w coś wierzyć i coś robić i jakkolwiek nazwalibyśmy to "coś", będzie ono w istocie naszym własnym wyborem, choćby się mogło zdawać, że opiera się w ogromnej mierze na cudzym." (str. 283)

Ocena: 4/6

środa, 4 czerwca 2014

Wieczór literacki z Jackiem Dehnelem

To wspaniałe uczucie, kiedy spełniają się marzenia.
Jedno z moich czytelniczych marzeń spełniło się kilkanaście dni temu.
Miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w wieczorze, którego bohaterem był Jacek Dehnel.
Elokwentny, zabawny, fascynujący.

Przeczytał kilka swoich wierszy, odpowiedział na pytania prowadzących, a na koniec pozwolił się sfotografować, podpisał mój egzemplarz Młodszego księgowego i zdradził o czym będzie kolejna powieść, która ukaże się jesienią.

Już zaczęłam marzyć o kolejnym spotkaniu....


czwartek, 29 maja 2014

Dom wiatru, Titania Hardie


Powieść ta ma dwie główne bohaterki i opowiada równolegle dwie historie, które dzieli ponad sześćset lat, a łączy piękna posiadłość w Toskanii.
Maddie to młoda prawniczka o włoskich korzeniach, mieszkanka San Francisco, której szczęśliwe życie pewnego dnia legnie w gruzach. W wyniku wypadku spowodowanego przez pijanego kierowcę umiera jej narzeczony, a młoda kobieta nie potrafi odzyskać radości życia. Aż do momentu, gdy jej babcia wysyła ją na wakacje do Toskanii, gdzie w pełnej tajemnic starej willi Maddie odzyskuje spokój i siły, a także zyskuje nowych przyjaciół. Jednocześnie kobieta jest zaangażowana w proces sądowy, w którym walczy o odszkodowania dla pracowników pewnej firmy, którzy w wyniku pracy w szkodliwych warunkach zachorowali na raka. Sprawę komplikuje nieco fakt, że prawniczką interesuje się - i to nie na gruncie służbowym - właściciel firmy.

Równolegle czytelnik poznaje czternastoletnią Mię. Dziewczyna straciła głos w dramatycznych okolicznościach śmierci matki i od tamtego czasu mieszka z ciotką w posiadłości Santo Pietro, która stanowi schronienie dla pielgrzymów i innych podróżujących włoskimi szlakami. Pewnej zimowej nocy do willi trafia para tajemniczych wędrowców: piękna młoda kobieta i młody mężczyzna. Oboje niewiele o sobie mówią, ale niebawem okazuje się, że musieli uciekać przed najemnymi żołnierzami czyhającymi na życie kobiety.
Jest rok 1347, czasy niełatwe dla kobiet, zwłaszcza niezamężnych i posiadających wiedzę medyczną lub niechcących podporządkować się woli rodziny lub władz kościelnych. Bohaterki stworzone przez Titanię Hardie to silne, mądre kobiety, których światopogląd i głęboka mądrość znacznie prześcigały czasy, w których przyszło im żyć.

Ta licząca prawie pół tysiąca stron powieść to całkiem niezła lektura na lato. Niewymagająca, ale wciągająca na tyle, by z zainteresowaniem przewracać kolejne strony. Włoskie klimaty, kwitnące ogrody sprzyjają wakacyjnemu rozmarzeniu.
Niestety, po raz kolejny w przypadku książki wydawnictwa Sonia Draga, dużym minusem jest słabe tłumaczenie i niedbała korekta. Momentami kalki językowe biją po oczach, a niektóre zdania są kompletnie pozbawione sensu. Zmniejsza to znacznie radość czytania i bez wątpienia szkodzi autorce.

Ocena: 3+/6

sobota, 24 maja 2014

Przyjdzie Mordor i nas zje. Czyli tajna historia Słowian, Ziemowit Szczerek

Po powieść Szczerka sięgnęłam, kiedy okazało się, że autor odwiedzi moje miasto i będę miała okazję spotkać go osobiście. Wcześniej natknęłam się na jego nazwisko raz, czy dwa, ale nie do końca wiedziałam, czego mogę oczekiwać po tej konkretnej książce.

Główny bohater Łukasz - młody dziennikarz-podróżnik ze skłonnością do alkoholu i ziołowych eliksirów namiętnie podróżuje na Ukrainę. Zwiedza ją czasem sam, czasem z kumplami , ale zawsze z nieustającym zapałem, obserwuje, poznaje różnych ludzi, czasem prowokuje i w sumie nieźle się bawi. Jego opisy codziennych sytuacji (np. przegrzane marszrutki z zamkniętymi oknami, czy kwatery w chylącej się ku ziemi chatynce u babuszki na ulicy Engelsa z wychodkiem w ogródku) przypominały mi przeżyte sytuacje z podróży po Ukrainie. Tak tam po prostu jest. Pytanie, jak się z tym obchodzić, jak reagować, jak i czy oceniać.

Grupy sentymentalnych polskich wycieczkowiczów na lwowskim rynku, czy nawiedzonych studentek polonistyki na tropach Brunona Schulza w Drohobyczu to tylko przykłady stereotypowych Polaków, którzy z osobliwych pobudek wyruszają na wschód. Ich szukanie "prostoty" i "autentyczności" w biedzie i nieporadności jest przez Szczerka wykpiwane bezpardonowo w otoczeniu przekleństw i dymu z wypalanych skrętów.
O co naprawdę chodzi w książce, wyjaśnić może cytat: "Zawsze podejrzewałem, że podróż na poradziecki wschód to podróż w głąb tego, czego nienawidzimy we własnym kraju. I że to jest właśnie główny powód, dla którego Polacy tu przyjeżdżają. Bo to podróż w Schadenfreunde, podróż, w którą jedzie się po to, by było do czego wracać. Bo tu jest w zasadzie to samo, co u nas, tylko w większym natężeniu. Gratowisko tego wszystkiego, co próbujemy wyrzucić od siebie." (str. 114)

Powieść mnie zaciekawiła i mam ochotę na więcej. Szczerek jest przedstawicielem nowej generacji, mojej generacji, która zabiera coraz głośniejszy głos w publicznych debatach. Ten Szczerkowy jest świeży i prowokacyjny nawet jeśli czasem niewygodny i niesprawiedliwy. Ale warto go wysłuchać!

Ocena: 5/6

Po lekturze miałam okazję skonfrontować własne wrażenia z opinią autora podczas wspomnianego spotkania autorskiego. Było ono niezwykle kameralne, ale i interesujące choćby dlatego, że wśród słuchaczy byli Polacy, Ukraińcy i Niemcy, co stanowiło fantastyczną podstawę do ożywionej dyskusji i wymianę perspektyw. Samo pogranicze, na którym mieszkam, fascynuje Szczerka, który mówił o nieogarniętym podziale cywilizacyjnym na wschód i zachód, przy czym istota polskości polega na byciu pomiędzy od 100 lat.

Autor wielokrotnie podkreślał, że jego książka to fikcja literacka, której oś stanowi stereotypowe postrzeganie innego kraju. Z góry. Z wyższością. Powieść o Ukrainie, jest w rzeczywistości obrazem zakompleksionej Polski i jej mieszkańców, którzy nie potrafią się zachować...

Szczerek jest wyluzowanym kolesiem, o ciekawym spojrzeniu na rzeczywistość. Jego poczucie humoru i ostre, inteligentne spojrzenie na otaczający świat trafiają do mnie. Podczas spotkania momentami przeszkadzała mi pewna chaotyczność i nieuporządkowanie myśli, które utrudniały zrozumienie, co autor właściwie chce powiedzieć... Ale widocznie ten typ tak ma :)
Kolejną książkę Szczerek zamierza napisać o Polsce. Jestem jej ciekawa.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Piękna Maria, Zwierciadło mojej duszy, Oscar Hijuelos

Rok temu przeczytałam pierwszą powieść Hijuelos'a, Mambo Kings śpiewają o miłości i oceniłam ją dość wysoko, bo na piątkę z plusem. Obiecałam sobie wtedy, że gdy tylko natrafi się okazja sięgnę po jej uzupełnienie, jakim jest Piękna Maria, zwierciadło mej duszy. Pomyślałam, że to ciekawy literacki zabieg: w kolejnej książce poznać dokładniej losy postaci tak istotnej dla poprzedniej powieści i dzięki tej nowej perspektywie zyskać pełniejszy obraz opisywanych wydarzeń i lepiej zrozumieć bohaterów.
Kilka dni temu skończyłam lekturę owej książki, która nawiązując do losów braci Castillo przedstawia historię życia Marii, ukochanej młodszego z braci, Nestora. I albo od zeszłego roku zmienił się mój literacki gust, albo ta książka zwyczajnie Hijuelos'owi nie wyszła...

Marię poznajemy jako siedemnastolatkę w momencie, gdy opuszcza rodzinną wioskę i wyrusza do Hawany, aby tam zacząć dorosłe życie. Dziewczyna jest przepiękna i to właśnie jej cudowna twarz i idealne ciało stanowią jej główny i jedyny majątek. Maria nie posiada nic (oprócz kilku monet mających zapewnić jej dach nad głową przez kilka pierwszych dni) i nie nie umie. Wie jednak, że tylko w mieście może znaleźć pracę, która pozwoli jej poprawić swój los. Jako niepiśmienna wieśniaczka bez żadnego doświadczenia nie od razu dostaje pracę i pierwsze tygodnie w stolicy Kuby są dla niej wyjątkowo trudne. Ale potem jakość wszystko zaczyna się układać: Maria dostaje pracę jako tancerka, poznaje mężczyznę, podejmuje naukę czytania.
Pewnego dnia, po kłótni z agresywnym kochankiem kobieta poznaje Nestora. Romantycznego i biednego jak mysz kościelna muzyka, który marzy o lepszym życiu w Ameryce. Młodzi zakochują się w sobie z potężną siłą. Namiętność wypełnia ich dni, szczęście rozsadza od środka. Ale u Marii pojawiają się wątpliwości. Romantyzm Nestora nie jest w stanie wypełnić ciszy, jaka między nimi zapada, gdy nasyceni namiętnością, leżą obok siebie w łóżku lub przechadzają ulicami Hawany. W dodatku pojawia się niepewność: jaką przyszłość może zapewnić jej Castello, bezradny jak mały chłopiec i kompletnie uzależniony od brata? Maria podejmuje decyzję, której będzie żałować przez resztę swojego życia....

Książka została napisana prostym, czasem zbyt prostym językiem. Być może ta prostota miała za zadanie odzwierciedlić zwyczajność życia głównej bohaterki i jej nieskomplikowaną naturę. Jednak dla czytelnika styl ten jest na dłuższą metę nudny i powtarzalny.
Ponadto powieść przepełniona jest seksem i powinno się to wiedzieć sięgając po nią.
Brakowało mi też świeżości i nowych wrażeń, wglądu w nieznany kubański świat, jakie gwarantowała lektura Mambo Kings, mimo iż jej akcja nie toczyła się na samej wyspie, a w środowisku kubańskich emigrantów. Tamta książka tętniła muzyką, wypełniona była nocnym życiem obu braci i niezwykłym klimatem USA lat pięćdziesiątych. Tutaj tego brak. Maria wprawdzie żyje z tańca i dla tańca, ale próżno szukać tej miłości w tekście. Sporo za to obaw, rozterek, tęsknot i przemyśleń głównej bohaterki, z których, niestety, niewiele wynika.
Miałam wrażenie, że to takie odgrzewane kluchy. Kilka nowych faktów i nowa, kobieca, perspektywa rzucona na życie braci Castello, to za mało, by powieść uznać za interesującą. Szkoda, bo potencjał moim zdaniem był spory.

Ocena: -4/6

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Dożywocie, Marta Kisiel

Kto był w Lichotce ten wie i nie trzeba mu powtarzać, a kto nie był niech czym prędzej nadrabia...
Obecnie niełatwo niestety zdobyć za przyzwoitą cenę własny egzemplarz Dożywocia, tym niemniej ci, którym sztuka ta się udała, a książka kurzy się na ich bibliotecznej półce, podpowiadam, by czym prędzej po nią sięgnęli.

Generalnie nie lubię fantastyki i książek tego gatunku unikam. ALE od czego są wyjątki? I to wyjątki gwarantujące poprawę humoru i beztroskie chwile spędzone w towarzystwie Licha, Widma, różowego królika, utopców i ośmiornicy-kucharza. A i jeszcze kota. I człowieka. Chyba tylko dla porządku powołanego przez autorkę do życia.
Konrad, trzydziestoletni niespełniony pisarz z problemami sercowymi, zostaje spadkobiercą starego domu z wieżyczką. Domu położonego na zadupiu, domu nadającego się do natychmiastowego remontu. ALE za to domu z dożywociem. Obładowany bagażami, niczego nieświadomy Konrad pewnego pięknego dnia przekracza próg Lichotki i jego życie zmienia się nie do poznania, a szereg niewytłumaczalnych zdarzeń wywoływanych przez wspomniane wyżej postacie doprowadzi go w niedługim czasie na skraj załamania nerwowego. Oczywiście nie zdradzę, kto z kim, dlaczego i z jakim skutkiem. Czytajcie sami.

Na początku obawiałam się nieco, że specyficzny język, jakim notabene mistrzowsko posługuje się autorka, po jakiś stu stronach zacznie mi działać na nerwy, ale tak się nie stało. Czytałam dalej z nieustającą przyjemnością i rosnącą ciekawością, co też jeszcze się wydarzy. I jedynie pojawienie się pod koniec powieści drzewnej dziewoi wydało mi się lekkim przedobrzeniem. Ale samo zakończenie było zaskakujące i zadowoliło mnie w zupełności. Dożywocie to świetna, lekka i oryginalna (przynajmniej dla mnie, gościa w świecie fantastyki) lektura.
Jak tylko na dworze albo w duszy zrobi się szaro i ponuro sięgnę po Nomen omen.

Ocena: 4+/6