czwartek, 29 maja 2014

Dom wiatru, Titania Hardie


Powieść ta ma dwie główne bohaterki i opowiada równolegle dwie historie, które dzieli ponad sześćset lat, a łączy piękna posiadłość w Toskanii.
Maddie to młoda prawniczka o włoskich korzeniach, mieszkanka San Francisco, której szczęśliwe życie pewnego dnia legnie w gruzach. W wyniku wypadku spowodowanego przez pijanego kierowcę umiera jej narzeczony, a młoda kobieta nie potrafi odzyskać radości życia. Aż do momentu, gdy jej babcia wysyła ją na wakacje do Toskanii, gdzie w pełnej tajemnic starej willi Maddie odzyskuje spokój i siły, a także zyskuje nowych przyjaciół. Jednocześnie kobieta jest zaangażowana w proces sądowy, w którym walczy o odszkodowania dla pracowników pewnej firmy, którzy w wyniku pracy w szkodliwych warunkach zachorowali na raka. Sprawę komplikuje nieco fakt, że prawniczką interesuje się - i to nie na gruncie służbowym - właściciel firmy.

Równolegle czytelnik poznaje czternastoletnią Mię. Dziewczyna straciła głos w dramatycznych okolicznościach śmierci matki i od tamtego czasu mieszka z ciotką w posiadłości Santo Pietro, która stanowi schronienie dla pielgrzymów i innych podróżujących włoskimi szlakami. Pewnej zimowej nocy do willi trafia para tajemniczych wędrowców: piękna młoda kobieta i młody mężczyzna. Oboje niewiele o sobie mówią, ale niebawem okazuje się, że musieli uciekać przed najemnymi żołnierzami czyhającymi na życie kobiety.
Jest rok 1347, czasy niełatwe dla kobiet, zwłaszcza niezamężnych i posiadających wiedzę medyczną lub niechcących podporządkować się woli rodziny lub władz kościelnych. Bohaterki stworzone przez Titanię Hardie to silne, mądre kobiety, których światopogląd i głęboka mądrość znacznie prześcigały czasy, w których przyszło im żyć.

Ta licząca prawie pół tysiąca stron powieść to całkiem niezła lektura na lato. Niewymagająca, ale wciągająca na tyle, by z zainteresowaniem przewracać kolejne strony. Włoskie klimaty, kwitnące ogrody sprzyjają wakacyjnemu rozmarzeniu.
Niestety, po raz kolejny w przypadku książki wydawnictwa Sonia Draga, dużym minusem jest słabe tłumaczenie i niedbała korekta. Momentami kalki językowe biją po oczach, a niektóre zdania są kompletnie pozbawione sensu. Zmniejsza to znacznie radość czytania i bez wątpienia szkodzi autorce.

Ocena: 3+/6

sobota, 24 maja 2014

Przyjdzie Mordor i nas zje. Czyli tajna historia Słowian, Ziemowit Szczerek

Po powieść Szczerka sięgnęłam, kiedy okazało się, że autor odwiedzi moje miasto i będę miała okazję spotkać go osobiście. Wcześniej natknęłam się na jego nazwisko raz, czy dwa, ale nie do końca wiedziałam, czego mogę oczekiwać po tej konkretnej książce.

Główny bohater Łukasz - młody dziennikarz-podróżnik ze skłonnością do alkoholu i ziołowych eliksirów namiętnie podróżuje na Ukrainę. Zwiedza ją czasem sam, czasem z kumplami , ale zawsze z nieustającym zapałem, obserwuje, poznaje różnych ludzi, czasem prowokuje i w sumie nieźle się bawi. Jego opisy codziennych sytuacji (np. przegrzane marszrutki z zamkniętymi oknami, czy kwatery w chylącej się ku ziemi chatynce u babuszki na ulicy Engelsa z wychodkiem w ogródku) przypominały mi przeżyte sytuacje z podróży po Ukrainie. Tak tam po prostu jest. Pytanie, jak się z tym obchodzić, jak reagować, jak i czy oceniać.

Grupy sentymentalnych polskich wycieczkowiczów na lwowskim rynku, czy nawiedzonych studentek polonistyki na tropach Brunona Schulza w Drohobyczu to tylko przykłady stereotypowych Polaków, którzy z osobliwych pobudek wyruszają na wschód. Ich szukanie "prostoty" i "autentyczności" w biedzie i nieporadności jest przez Szczerka wykpiwane bezpardonowo w otoczeniu przekleństw i dymu z wypalanych skrętów.
O co naprawdę chodzi w książce, wyjaśnić może cytat: "Zawsze podejrzewałem, że podróż na poradziecki wschód to podróż w głąb tego, czego nienawidzimy we własnym kraju. I że to jest właśnie główny powód, dla którego Polacy tu przyjeżdżają. Bo to podróż w Schadenfreunde, podróż, w którą jedzie się po to, by było do czego wracać. Bo tu jest w zasadzie to samo, co u nas, tylko w większym natężeniu. Gratowisko tego wszystkiego, co próbujemy wyrzucić od siebie." (str. 114)

Powieść mnie zaciekawiła i mam ochotę na więcej. Szczerek jest przedstawicielem nowej generacji, mojej generacji, która zabiera coraz głośniejszy głos w publicznych debatach. Ten Szczerkowy jest świeży i prowokacyjny nawet jeśli czasem niewygodny i niesprawiedliwy. Ale warto go wysłuchać!

Ocena: 5/6

Po lekturze miałam okazję skonfrontować własne wrażenia z opinią autora podczas wspomnianego spotkania autorskiego. Było ono niezwykle kameralne, ale i interesujące choćby dlatego, że wśród słuchaczy byli Polacy, Ukraińcy i Niemcy, co stanowiło fantastyczną podstawę do ożywionej dyskusji i wymianę perspektyw. Samo pogranicze, na którym mieszkam, fascynuje Szczerka, który mówił o nieogarniętym podziale cywilizacyjnym na wschód i zachód, przy czym istota polskości polega na byciu pomiędzy od 100 lat.

Autor wielokrotnie podkreślał, że jego książka to fikcja literacka, której oś stanowi stereotypowe postrzeganie innego kraju. Z góry. Z wyższością. Powieść o Ukrainie, jest w rzeczywistości obrazem zakompleksionej Polski i jej mieszkańców, którzy nie potrafią się zachować...

Szczerek jest wyluzowanym kolesiem, o ciekawym spojrzeniu na rzeczywistość. Jego poczucie humoru i ostre, inteligentne spojrzenie na otaczający świat trafiają do mnie. Podczas spotkania momentami przeszkadzała mi pewna chaotyczność i nieuporządkowanie myśli, które utrudniały zrozumienie, co autor właściwie chce powiedzieć... Ale widocznie ten typ tak ma :)
Kolejną książkę Szczerek zamierza napisać o Polsce. Jestem jej ciekawa.