czwartek, 17 grudnia 2015

Mr. Pebble i Gruda, Mariusz Ziomecki

Ta ogromna cegła wymaga od czytelnika sporo czasu i cierpliwości. Siłą rzeczy nie jest to lektura na dwa wieczory. A czy warto po nią sięgać?

Moim zdaniem warto. Zwłaszcza, jeśli ma się ochotę na porządnie opowiedzianą historię życia pewnego poety, który w połowie lat osiemdziesiątych, po tragicznej śmieci żony, z maleńkim synkiem opuszcza swój rodzinny kraj i wyjeżdża do USA. Zostaje wykładowcą na uczelni, kupuje dom i psa, i samodzielnie wychowuje niepełnosprawnego umysłowo syna.
Przełom polityczny w Polsce i nagły telefon od siostry skłaniają go do wyjazdu do Warszawy. W swoim rodzinnym mieście bardzo szybko dogania Jana przeszłość: dawni przyjaciele z opozycji nawiązują z nim kontakt i nalegają na rozwiązanie spraw z przeszłości.

Zarówno wątek głównego bohatera, jego uczuciowe rozterki, wspomnienia, emocje, relacje z rodziną, jak i tło powieści na wielu płaszczyznach historycznych są dla czytelnika interesujące. Ziomecki opisuje koniec lat siedemdziesiątych i początek osiemdziesiątych: działalność opozycji, narodziny Solidarności, a także metody stosowane przez ubecję. Interesujące są opisy stolicy u progu lat dziewięćdziesiątych oraz dramatyczne losy wojenne i powojenne poszczególnych bohaterów.

Ziomecki portafi budować napięcie. Sugestywnie i płynnie kreślić obrazy, w które czytelnik od razu mu wierzy. Nieco gorzej wychodzą mu dialogi: nieporadne, często sztuczne, jakby teatralne. I mimo wszystko nasuwa się pytanie, czy historia Jana Kamyka musiała się rozgrywać aż na 900 stronach? Czy nie wystarczyłoby mu 500, ale za to konkretniejszych i bardziej soczystych?

Ostatnie sto pięćdziesiąt stron powieści udało się autorowi prześwietnie. Niezwykle mocny, skłaniający do rozmyślań opis przeżyć wojennych teścia głównego bohatera, który urodził sie jako Henryk Goldman w małej wiosce na wschodzie Polski, stanowi odważną próbę odmitologizowania historii i pokazania, że nic nigdy nie jest tylko białe lub czarne. Podobnie rzecz ma się z wyjaśnieniem prawdziwych wydarzeń z ostatnich dni życia Marietty.

Podczas lektury myślałam sobie, że ten trudny świat lat osiemdziesiątych, pozornie mi osobiście nieznany (byłam wtedy dzieckiem), wcale nie zniknął po '89 roku. Ludzie, którzy we własnym interesie lub dla perwersyjnej przyjemności niszczyli życie innym, nie zniknęli ot tak sobie z tego kraju. Oni tylko zmienili maski, ale ich charaktery i sposób działania pozostały bez zmian. A wielu z nich za swoją działalność nigdy nie poniosło konsekwencji. Podobnie z resztą, jak powieściowy Osuch, któremu członkowie grupy muszą wypłacić odszkodowanie za naruszenie dóbr osobistych...

Może to jest jedno z wyjaśnień, dlaczego w Polsce aktualnie tak się dzieje, jak się dzieje...


Ocena: -5/6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz