czwartek, 31 grudnia 2015

Książkowe podsumowanie 2015

Uwielbiam koniec grudnia, kiedy na blogach pojawiają się wszelkiego rodzaju podsumowania i listy najlepszych książek, jakie przeczytaliście w mijającym roku. To dla mnie zawsze świetna okazja do zanotowania kolejnych tytułów i czynienia planów czytelniczych na nadchodzący rok.

A jak było u mnie w 2015?

W sumie świetnie.
Przeczytałam dokładnie 40 książek, czyli tyle, ile chciałam przeczytać snując plany rok temu. Na 2016 podnoszę więc poprzeczkę na 45 tytułów. 15 książek zostało napisanych przez polskich autorów. Zdecydowana większość z nich była co najmniej dobra lub bardzo dobra. Jedynie dwie okazały się bardzo słabe.

Ponadto wytrzymałam w swoim postanowieniu i ani razu nie odwiedziłam biblioteki. Przez cały rok czytałam tylko i wyłącznie własne książki, oraz 3 pożyczone od rodziny i znajomych. Mimo to pozycji na regale nie ubyło. Liczne nowości w połączeniu z rabatami i odwiedzinami w księgarniach zaowocowały kilkudziesięcioma nowymi pozycjami. W przyszłym roku nadal chcę czytać swoje, więc z ciężkim sercem skazuję się na kontynuację rozstania z biblioteką.
Ponadto w październiku dokonałam inwentaryzacji regału i wiem już, że posiadam ok. 550 książek.

Rok 2015 rozpoczęłam podejmując wyzwanie "12 książek na 2015 rok". Udało mi się przeczytać 8 wybranych książek, dziewiątą czytam. Niestety autorka wyzwania zniknęła z blogosfery jakoś na wiosnę i trudno było mi się zmotywować do udziału w zabawie, której nie ma. Wyzwania nie ukończyłam.
Na 2016 nie zaplanowałam żadnego wyzwania - nie znalazłam dotychczas nic ciekawego. A jak jest u Was? Wyzywacie się ? :)

A oto już moja subiektywna lista TOP 10 za 2015 rok: W 2015 roku miałam okazję przeczytać:

1. Między nami, Chris Cleave
2. Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta, David Mitchell
3. Trafny wybór, J.K. Rowling

4. Lalka, Bolesław Prus
5. Brick Lane, Monica Ali
6. Dotyk, Alexi Zentner
7. Dziewczyny z Portofino, Grażyna Plebanek 
8. Czas czerwonych gór, Petra Hůlová
9. Mr. Pebble i Gruda, Mariusz Ziomecki
10. Tajemnica Domu Helclów, Maryla Szymiczkowa




Życzę nam wszystkim, by rok 2016 był lepszy od poprzedniego, abyśmy byli zdrowi i mieli dużo czasu na czytanie dobrych książek!

środa, 30 grudnia 2015

Tajemnica domu Helclów, Maryla Szymiczkowa

Okazuje się, że ostatnią przeczytaną przeze mnie w 2015 roku książką była Tajemnica domu Helclów autorstwa Jacka Dehnela i Piotra Tarczyńskiego. I przyznaję, że było to zakończenie bardzo przyjemne.

Powieść przenosi czytelnika do Krakowa pod koniec XIX wieku. Główna bohaterka, obdarzona niezwykłymi ambicjami profesorowa Szczupaczyńska, zostaje samozwańczą panią detektyw. Jest to dla niej wyjątkowa szansa urozmaicenia codziennego życia, które dotychczas upływało na nadzorowaniu służącej oraz planowaniu posiłków i kariery męża - profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Tajemnicze zniknięcie jednej z pensjonariuszek domu opieki dla osób starszych, a potem śmierć kolejnej, stanowią dla profesorowej niebywałe wyzwanie. Używając własnej inteligencji i przenikliwości oraz, nie ma co ukrywać, talentu do intryg i manipulacji, Szczupaczyńska doprowadza spawę do szczęśliwego, iście hollywoodzkiego finału. Pozostaje mieć nadzieję, że niebawem w jej otoczeniu pojawią się kolejne zwłoki...

Wątek kryminalny, mimo iż jest głównym motywem powieści, nie jest wcale w książce najważniejszy. O wiele istotniejsze jest opisane w najdrobniejszym szczególe życie w ówczesnym Krakowie. Ze wszystkimi przywarami i specyficznymi przyzwyczajeniami bohaterów Tajemnica domu Helclów to pean na cześć miasta Krakowa. Dzięwiętnastowieczny język, przepełniony ówczesnymi pojęciami, które czasami bywają niezrozumiałe, dodatkowo podkreśla niezwykłość książki.
A jednak czegoś mi w niej zabrakło. Czegoś, co sprawiło, że Lala to było absolutne WOW!, a Tajemnica jest po prostu dobrą lekturą.
Polecam i czekam na kolejne części, bo nie wątpię, że będą :)

Ocena: 5/6

Ostatnia arystokratka, Evžen Boček


Ostatnia arystokratka to zabawnie opowiedziana historia trzyosobowej rodziny Kostków, która w latach dziewięćdziesiątych przeprowadziła się z USA na czeską prowincję. Nastąpiło to po tym, jak ojciec rodziny otrzymał informację o zwrocie rodzinnego zamku przez pańswto czeskie. Nie zwlekając długo, z perspektywą znacznego awansu społecznego, rodzina postanawia objąć we władanie rodzinne włości.

Tytułowa arystokratka to dziewiętnastoletnia Maria Kostka, narratorka powieści. Z olbrzymią ilością autorironii i zdrowego sceptycyzmu opisuje podróż rodziny do Czech oraz pierwsze tygodnie na nowym terytorium. Próby okiełznania trójki pracowników, przekazanych Kostkom razem z zamkiem, oraz plany rozwoju posiadłości to główne zajęcia nowych właścicieli barwnie opisane przez Marię.

Jest to książka, która z pewnością zyska uznanie młodszych czytelników. Ja przy okazji tej powieści poraz kolejny się przekonałam, że czytając pełne zachwytów recenzje na blogach, dokładniej powinnam sprawdzać wiek ich autorów oraz po jakie książki zazwyczaj sięgają. W tym przypadku raczej nie mieszczę się już w grupie wiekowej, do której skierowana jest powieść. Dla mnie Ostatnia arystokratka jest ok, ale daleka jestem od zachwytów.

Ocena: 4/6

piątek, 25 grudnia 2015

Trafny wybór, J. K. Rowling

Należę do osób, które nie przeczytały ani jednej części przygód Harry'ego Pottera i nie obejrzały żadnej ekranizacji tych powieści. Zawsze uważałam, że to nie moja bajka. Mimo to byłam bardzo ciekawa fenomenu J.K. Rowling i jej twórczości. Jak tylko usłyszałam, że autorka napisała powieść skierowaną do dorosłego czytelnika, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. I była to decyzja nad wyraz słuszna. Trafny wybór okazał się bardzo wciągającą, choć momentami bolesną lekturą.

Barry Fairbrother umarł. To wydarzenie wywarło ogromny wpływ na całą społeczność Pagford, której Barry był bardzo poważanym członkiem. Pozostało po nim m.in. czworo dzieci, osierocona dziewczęca drużyna wioślarska oraz wolne miejsce w radzie gminy, o które rozpoczyna się zacięta walka wśród mieszkańców.
Rowling stworzyła całą plejadę barwnych bohaterów. Ich występki i grzeszki, a czasem poważne przestępstwa, których się dopuszczają, nie pozostaną w ukryciu. Na stronie internetowej rady pojawiają się mianowicie krótkie notki zawierające pikantne informacje na temat kandydatów do rady. Posty te umieszczane są pod nickiem Duch_Barry’ego_Fairbrothera, co dodatkowo potęguje nerwowość mieszkańców.

Opisana sytuacja stanowi dla autorki pretekst do przyjrzenia się brytyjskiemu społeczeństwu. A obraz, jaki się z tej analizy wyłania, bynamniej nie jest pozytywny. Można go porównać do kiczowatego pejzażu, na którym na pierwszy rzut oka wszystko jest w idealnym porządku. Gdy spojrzeć nań ponownie, okazuje się, że pod warstewką kolorowej farby kryje się bród i szarość. Typowa prowincjonalna gra pozorów, fałsz i głęboka niechęć do obcych, a wszystko pod przykrywką szerokich uśmiechów i przesadnej serdeczności – oto atmosfera panująca w Pagford, w którym nic nie jest takie, jak się z pozoru wydaje.

Odnalazłam także odrobinę Harry’ego Pottera w powieści: sporą grupę bohaterów stanowią mianowicie nastoletnie dzieci członków rady i ich znajomych. Ich świat, czyli nastoletnie problemy i bunt wobec dorosłych, jest przeciwieństwam świata dorosłych: tu liczy się autentyczność i prawda. Ale tylko do czasu. Kiedy życie okazuje się zbyt prawdziwe, zbuntowani młodzieńcy są zmuszeni do szukania pomocy i wsparcia u rodziców. Obarczona zbyt wielką odpowiedzialnością nastolatka przez swoje zagubienie i potrzebę czułości doprowadza do tragedii. I tak mamy z jednej strony egoistycznych dorosłych, którzy za wszelka cenę chcą być poważani, szanowani i uznawani za wartościowych członków społeczności. Z drugiej strony stoją tak samo samolubne, niedojrzałe i pełne złości nastolatki, które nienawidzą obłudy dorosłych i za wszelką cenę chcą się od niej odciąć. Jedni i drudzy są przy tym bardzo niepewni i pełni kompleksów. Ustawiczny brak wiary we własne siły i orgomna potrzeba akceptacji są dla wielu motorem do działania.

W swojej książce Rowling porusza bardzo wiele problemów społecznych. Przemoc domowa, patologia, uzależnienie od narkotyków, pozbawione opieki dzieci, to tylko niektóre z tematów pojawiających się w powieści. Niejednokrotnie okazuje się, że egoizm jednych prowadzi do tragedii innych, a głoszone przez poważanych mieszkańców morały nie znajdują odzwierciedlenia w ich czynach.

Trafny wybór czyta się błyskawicznie. Sporo tu zabawnych scen, ironicznych komentaczy i czarnego humoru. Jednak przede wszystkim jest to powieść o ludzkich słabościach i dramatach, jakie się z tych słabości rodzą.

Powieść z pewnością jest warta uwagi. I mimo, że nie wbiła mnie w fotel, zaliczam ją do grona najlepszych książek mijającego roku. Polecam!

Ocena: 5+/6

środa, 23 grudnia 2015

Pocałunek fauna, Iwona Banach

Iwona Banach napisała niewielkich rozmiarów powieść, której czytanie niestety nie należy do przyjemności.

Główna bohaterka, Wanda, otrzymuje telefon z przeszłości i decyduje się po dwudziestu latach powrócić do rodzinnego miasta. W długiej podróży z Kanady na Dolny Śląsk towarzyszy jej partner życiowy Bernard.
Na miejscu kobieta spotyka dawnych przyjaciół. Wspólnie wyjaśniają okoliczności dramatycznych wydarzeń, których uczestnikami byli w młodości. Z każdą kolejną stroną dowiadujemy się nowych faktów z życia Wandy, a ilość złych rzeczy, która spotkała ją w życiu jest odwrotnie proporcjonalna do jakości tekstu, jaki zaserwowała nam autorka: im więcej o Wandzie wiemy, tym gorsze wrażenie robi na nas powieść.

Autorka próbowała stworzyć coś, na co niestety zabrakło jej warsztatu i zdolności: ambitną powieść z przesłaniem. Domyślam się, że to właśnie z tego powodu zdecydowała się podzielić swój tekst na krótkie fragmenty, z których każdy opowiada inny wątek – w zamyśle jak puzzle, które pod koniec ułożą się w całość. Pod warunkiem, że czytelnik dobrnie do końca. Narracja prowadzona na wielu płaszczyznach czasowych, przedstawiająca co rusz inne postacie nie ułatwia lektury. Ponadto między strzępami historii o Wandzie i jej przyjaciołach, pojawiają się fragmenty historii wcześniejszych mieszkańców miasta, czyli Niemców. Historie bolesne i tragiczne. Jednak powiązań między nimi oraz, jak się domyślam, a Bernardem, który jest Niemcem, nie potrafiłam rozwikłać.

Tytułowy faun, czyli rozbita na małe kawałki figurka ukradziona z cmentarza, której autorka próbowała nadać symboliczny, wręcz magiczny charakter, wspaniale uosabia mój problem, jaki mam z tą ksiażką. Nic w niej nie jest prawdziwe. Wręcz przeciwnie, każde zdanie zdaje się być wymuszone, wystudiowane i tyle razy poprawiane, że czytanie tekstu niemalże fizycznie czytelnika męczy. Styl autorki jest pompatyczny, w tekście mnóstwo jest niezrozumiałych wtrąceń oraz sztucznie budowanego napięcia.

Jedynym plusem, jaki ja odnalazłam w tej książce był fakt, że miastem rodzinnym bohaterów jest Bolesławiec – moje miasto rodzinne. Iwona Banach wiernie odtworzyła na kartach powieści topografię tego miasta, a mnie sprawiało sporą radość czytanie o nim w książce.

Zdaję sobie sprawę, że napisałam właśnie jedną z najmniej pochlebnych recenzji w historii tego bloga, ale cóż, takie jest życie czytelnika. W przypadku „Pocałunku fauna” moja rada brzmi: nie dotykać!

Ocena: 2+/6

czwartek, 17 grudnia 2015

Mr. Pebble i Gruda, Mariusz Ziomecki

Ta ogromna cegła wymaga od czytelnika sporo czasu i cierpliwości. Siłą rzeczy nie jest to lektura na dwa wieczory. A czy warto po nią sięgać?

Moim zdaniem warto. Zwłaszcza, jeśli ma się ochotę na porządnie opowiedzianą historię życia pewnego poety, który w połowie lat osiemdziesiątych, po tragicznej śmieci żony, z maleńkim synkiem opuszcza swój rodzinny kraj i wyjeżdża do USA. Zostaje wykładowcą na uczelni, kupuje dom i psa, i samodzielnie wychowuje niepełnosprawnego umysłowo syna.
Przełom polityczny w Polsce i nagły telefon od siostry skłaniają go do wyjazdu do Warszawy. W swoim rodzinnym mieście bardzo szybko dogania Jana przeszłość: dawni przyjaciele z opozycji nawiązują z nim kontakt i nalegają na rozwiązanie spraw z przeszłości.

Zarówno wątek głównego bohatera, jego uczuciowe rozterki, wspomnienia, emocje, relacje z rodziną, jak i tło powieści na wielu płaszczyznach historycznych są dla czytelnika interesujące. Ziomecki opisuje koniec lat siedemdziesiątych i początek osiemdziesiątych: działalność opozycji, narodziny Solidarności, a także metody stosowane przez ubecję. Interesujące są opisy stolicy u progu lat dziewięćdziesiątych oraz dramatyczne losy wojenne i powojenne poszczególnych bohaterów.

Ziomecki portafi budować napięcie. Sugestywnie i płynnie kreślić obrazy, w które czytelnik od razu mu wierzy. Nieco gorzej wychodzą mu dialogi: nieporadne, często sztuczne, jakby teatralne. I mimo wszystko nasuwa się pytanie, czy historia Jana Kamyka musiała się rozgrywać aż na 900 stronach? Czy nie wystarczyłoby mu 500, ale za to konkretniejszych i bardziej soczystych?

Ostatnie sto pięćdziesiąt stron powieści udało się autorowi prześwietnie. Niezwykle mocny, skłaniający do rozmyślań opis przeżyć wojennych teścia głównego bohatera, który urodził sie jako Henryk Goldman w małej wiosce na wschodzie Polski, stanowi odważną próbę odmitologizowania historii i pokazania, że nic nigdy nie jest tylko białe lub czarne. Podobnie rzecz ma się z wyjaśnieniem prawdziwych wydarzeń z ostatnich dni życia Marietty.

Podczas lektury myślałam sobie, że ten trudny świat lat osiemdziesiątych, pozornie mi osobiście nieznany (byłam wtedy dzieckiem), wcale nie zniknął po '89 roku. Ludzie, którzy we własnym interesie lub dla perwersyjnej przyjemności niszczyli życie innym, nie zniknęli ot tak sobie z tego kraju. Oni tylko zmienili maski, ale ich charaktery i sposób działania pozostały bez zmian. A wielu z nich za swoją działalność nigdy nie poniosło konsekwencji. Podobnie z resztą, jak powieściowy Osuch, któremu członkowie grupy muszą wypłacić odszkodowanie za naruszenie dóbr osobistych...

Może to jest jedno z wyjaśnień, dlaczego w Polsce aktualnie tak się dzieje, jak się dzieje...


Ocena: -5/6

wtorek, 15 grudnia 2015

Gniew, Zygmunt Miłoszewski

W rozmowie z Miłoszewskim, którą można znaleźć na portalu gazeta.pl, Katarzyna Nowakowska zadała autorowi pytanie, które i mnie kołacze się w głowie po przeczytaniu ostatniej strony jego najnowszej powieści:

"Gniew". Ja czuję, że będzie to właśnie reakcja fanów Szackiego. Co to za zakończenie jest?!
- Zakończenie jak zakończenie. Tak zwane otwarte. Historia literatury zna takie przypadki. Nie zdradzając, co jest w tej książce, ale skoro czytałaś, to wiesz, że niezależnie od zakończenia, niezależnie od ostatniej strony, po tym, co się wydarzyło w tej powieści, nie ma mowy, żeby pojawiła się jakakolwiek inna powieść z prokuratorem Szackim.

Mimo takiego postawienia sprawy, ciągle jeszcze nie tracę nadziei, że autor jednak zmieni zdanie i pozwoli nam, czytelnikom, spędzić kolejne upojne chwile z Szackim - bo on nawet, jeśli gniewny, to fajny facet po prostu jest....
Jestem fanką ksiażek Miłoszewskiego, przeczytałam wszystkie jego powieści dla dorosłych i mam nadzieję, że w przyszłym roku do moich rąk trafi kolejna książka jego autorstwa. Jestem też bezkrytyczna, jeśli chodzi o jego twórczość i dlatego nie bardzo wiem, co o Gniewie mam napisać.
Streszczać go nie ma sensu, wszyscy wiedzą, że to ostatnia część trylogii, której głównym bohaterem jest prokurator Teodor Szacki, który tym razem pracuje w Olsztynie. Temat wybrał sobie autor ciężki, ale w Polsce niestety wciąż jeszcze bardzo obecny, czyli przemoc w rodzinie, a do tego dołożył całkiem skomplikowaną kryminalną łamigłówkę, która prowadzi do zaskakującego (przynajmniej dla mnie) finału. Nowi bohaterowie i miasto jedenastu jezior dopełniają całości.

Bardzo mi się podobało. Pięknie dziękuję i proszę o więcej!

Ocena: 5/6

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Dziewczyny z Portofino, Grażyna Plebanek

Lata siedemdziesiąte, nowo powstałe, zabłocone blogowisko na obrzeżu Warszawy. To tu poznają się cztery siedmiolatki, które głęboka przyjaźń zwiąże na całe życie. Towarzyszymy im od przeprowadzki na nowe osiedle, przez pierwszy dzień w szkole i inne ważne życiowe momenty, aż do wkroczenia w dorosłość. 

Beata, Agnieszka, Mania i Hanka. Cztery bohaterki, cztery różne charaktery. Dziewczyny, które pochodzą z kompletnie różnych środowisk, mają inne życiowe cele i priorytety, inne problemy w codziennym życiu. Mimo tworzą zgrany zespół, wspierają się wzajemnie w trudnych momentach, bawią się i kłócą. Każda z nich ma w grupie swoje miejsce, każda z nich jest dla pozostałych niezbędnym elementem całości.

Ale Dziewczyny z Portofino to dużo więcej niż historia dziewczęcej przyjaźni. To powieść o doświadczeniu pokoleniowym, jakim był przełom polityczny końca lat osiemdziesiątych, który zmienił życie milionów ludzi w Polsce. Historia pokolenia, które dorastało w socjaliźmie, a pracę i studia podejmowało w kapitaliźmie, w szalonej, ekspresowo zmieniającej się rzeczywistości.
W swojej książce Plebanek opowiada najnowszą historię Polski z perspektywy dziewczyn. Ważną rolę odgrywają przy tym siła tradycji i kościoła, wychowywanie dziewczynek w poczuciu winy i obowiązku obecne w tak wielu polskich rodzinach. Ale dziewczyny z tego pokolenia są już inne: one mają siłę i odwagę, by walczyć o siebie, o to by zmieniać swoje życie. Bohaterki łamią tabu, przerywają ciągnącą się przez pokolenia patologię i nie wstydzą się własnego zdrowego egoizmu, który pomaga im osiągnąć szczęście.

Grażyna Plebanek stworzyła ciekawą opowieść o dorastaniu bardzo silnie umiejscowioną w polskich realiach społecznych i historycznych. Ta książka, którą czyta się szybko i z przyjemnością, ma drugie dno i dzięki temu warto po nią sięgnąć. Autorka nie ślizga się po powierzchni, ona zagląda za zamknięte drzwi, porusza drażliwe tematy, zmusza swoje bohaterki do szukania prawdy i walczenia o szczęście. I skłania tym czytelnika do rozmyślań o naturze społeczeństwa, w którym żyjemy.
Bardzo dobre!

Ocena: 5+/6 

sobota, 12 grudnia 2015

Spotkanie autorskie z Grażyną Plebanek

Miesiąc temu z ogromną radością uczestniczyłam w bardzo inspirującym spotkaniu z Grażyną Plebanek. O autorce sporo słyszałam, czytałam też wiele recenzji jej powieści. Jednak dopiero przy okazji tego spotkania zapoznałam się z jej twórczością.

A o czym prowadzące rozmawiały z autorką?
Rzecz jasna głównie o jej książkach: każda z nich została krótko omówiona, fragmenty niektórych autorka przeczytała zgromadzonym. Grażyna Plebanek opowiadała o swojej literackiej pracy, co było szczególnie ciekawe, gdyż jej każda kolejna powieść tematycznie kompletnie się różni od poprzednich. Każda jest zamkniętym światem, w którym autorka obraca się pisząc i który bezpowrotnie opuszcza kończąc ostatnie zdanie. Każda powieść daje jej okazję do rozprawienia się z konkretnym tematem, do przepracowania określonego społecznego problemu lub tabu. Tak było w przypadku Nielegalnych związków, gdy jako jedna z pierwszych kobiet w Polsce tak otwarcie pisała o erotyce. Choć ta powieść przepełniona jest miłością fizyczną, to nie o seks w niej chodzi, ale o role, kóre nadaje nam spłeczeństwo, a których nie jesteśmy w stanie wypełnić. Podobnie jest z Bokserką, która jest powieścią o wolności, o wyrwaniu się z ustalonego wzorca, łamaniu stereotypów. Natomiast Córki rozbójniczki są portretem silnych kobiet, posiadających wewnętrzną siłę i pewną pierwotną zwierzęcość, apelem o powrót to natury i opuszczenie reguł, w których jesteśmy usadzeni.
Grażyna Plebanek tworzy bohaterów, którzy przejmują nad nią kontrolę, a ona jedynie spisuje ich przeżycia, jest ich narzędziem. Dlatego też każda z jej książek ma inną stylistykę i inny język.

 
Grażyna Plebanek podczas spotkania 10 listopada 2015 w Słubicach
Spotkanie dało zgromadzonym nie tylko okazję do rozmowy z autorką o jej twórczości i planach zawodowych, ale także umożliwiło poznanie jej jako nietuzinkowej, odważnej kobiety, która ma sporo do powiedzenia. Grażyna Plebanek opowiadała o swoich doświadczeniach życia poza Polską - najpierw w Szwecji, obecnie w Brukseli. Dla niej nie jest to emgracja, ale podwójne życie, życie w rozkroku, związane z mnóstwem podróży między krajami.
Poruszony został także temat nowych pomysłów na kolejne powieści. Obecnie autorkę fascynuje Afryka, postkolonialne spojrzenie na ten kontynent, zwalczanie traum (jak np. ludobójstwo w Ruandzie), które są tematem bardzo obecnym w tamtejszej literaturze, w której brakuje tzw. zwyczajnego życia. Plebanek niezwykle ceni literaturę pisaną przez migrantów, jako przykład podając książkę pt. Amerykaana autorstwa nigeryjskiej pisarki Chimamanda Ngozi Adichie mieszkającej w Stanach. Jako że w Polsce praktycznie nie ma autorów pochodzących z inych krajów, tę lukę wypełnia literatura migracyjna, której autorka przypisuje ważną rolę zwłaszcza w dzisiejszym świecie.
Sama Grażyna Plebanek jest czytelniczką niecierpliwą. W fazie researchu do kolejnej powieści czyta mnóstwo, często kilka tytułów na raz, nie kończąc jednych sięga po kolejne. Z czasem jest tych lektur coraz mniej, gdyż całe dnie zajmuje autorce pisanie. I tak do kolejnego researchu...

Autorka podpisuje moje Dziewczyny z Portofino



Z okazji spotkania ściągnęłam z półki nieco przykurzone Dziewczyny z Portofino. Mój własny egzemplarz z wpisem autorki czytało mi się szczególnie miło. Recenzja w następnym poście.

Po spotkaniu z Grażyną Plebanek postanowiłam przeczytać wszystkie napisane przez nią do tej pory książki. Zamierzam je czytać w kolejności chronologicznej.

A Wy? Czytaliście coś Plebanek? Coś polecacie szczególnie?


P.S. Serdecznie polecam stronę autorki na facebooku.

środa, 9 grudnia 2015

Apetyt, Philip Kazan

Czytanie Apetytu rozpoczęłam we Florencji. Wspaniale było chodzić ulicami tego miasta, podziwiać kościoły i bogate palazzi, próbować regionalnych potraw, szwędać się po słynnym ponte vecchio, a potem odnajdywać ich ślady w powieści. To mój ulubiony sposób podróżowania: zwiedzanie z książką miejsc, w których toczy się jej akcja. Opisana w powieści XV-wieczna Florencja jest miastem fascynującym, niebezpiecznym i niezwykle interesującym - ta współczesna niebezpieczna raczej nie jest, ale pozostałe przymiotniki pasują do tego miasta doskonale ;)

Główny bohater, młodziutki Nino Latini, jest florentczykiem z urodzenia i głębokiego przekonania. Poznajemy jego dzieciństwo spędzone głównie na psoceniu, jego przyjaźnie i pierwszą miłość Tessinę oraz pasję do gotowania, którą odkrywa w sobie w dość młodym wieku. Obserwujemy spory i zatargi możnych florenckich rodów, z Medyceuszami na czele oraz poznajemy znajomych Nina znanych z podręczników do historii, m.in Leonarda da Vinci czy Botticelliego. Nad tym wszystkim królują zapachy i wizje aromatycznych potraw, które Nino, w międzyczasie rozchwytywany kucharz, przyrządza dniami i nocami. Po stracie ukochanej, która została zmuszona do ślubu z bogatym baronem, nasz bohater zatraca się w pracy i coraz bardziej wierzy we własne siły, co okaże się dla niego zgubne. W wyniku przemyślnej intrygi oraz swojego porywczego charakteru Nino zostaje zmuszony do ucieczki z rodzinnego miasta. Po dramatycznej podróży trafia wreszcie do Rzymu. Tam, dzięki wstawiennictwu swojego kucharskiego mistrza, ma szansę gotować dla samego papieża. Mimo to młodzieniec nie jest szczęśliwy: tęskni za Florencją oraz za swoją ukochaną Tessiną i w końcu podejmuje decyzję o powrocie, który nastąpi w niezwykle dramatycznych okolicznościach.

Powieść generalnie czyta się świetnie. Książka przepełniona jest intensywnymi smakami i aromatami potraw, które Nino tworzy dla swoich pracodawców. Akcja toczy się sprawnie, choć momentami jest nieco nudnawo - zwłaszcza przydługie wynurzenia głównego bohatera mogą nużyć. Całość jest okraszona iście amerykańskim stylem - łatwo wywnioskować, że autor nie pochodzi z Włoch.

Mimo to, a może właśnie dlatego Apetyt to przyjemne czytadło, które z czystym sumieniem polecam. Książka z pewnością spodoba się zarówno miłośnikom kulinariów w literaturze, jak i lekkich powieści historycznych.

Ocena: 4+/6

P.S. Odkąd skończyłam tę powieść do niemalże każdej potrawy dodaję szczyptę cynamonu. I uwierzcie mi, to niesamowicie wzbogaca smak potraw, dodając im głębi :)

niedziela, 6 grudnia 2015

Jestem tu od wieków, Mariolina Venezia

Widniejąca na okładce podobizna małej dziewczynki o szelmowskim spojrzeniu i szerokim uśmiechu przyciąga jak magnes. Siedząca obok niej starsza kobieta stanowi przeciwwagę dla jej młodości i radości. To zdjęcie stanowi idalną kwintesencję powieści Jestem tu od wieków - książki niezwykle kobiecej. W pozytywnym tego słowa znaczeniu ;)

W swojej powieści Mariolina Venezia zabiera czytelnika w podróż na włoską prowincję, a dokładnie na samo południe Włoch, do Apulii. To właśnie tam, w niewielkim miasteczku Grottole, mieszkał Francesco Falcone, protoplasta rodu niezwykłych kobiet, których losy, począwszy od roku 1861 wypełniają strony powieści. A ta snuje się niespiesznie, pełna plotek i pogłosek, wypełniona wrzaskiem dzieci i gadaniem kobiet. A tych jest mnóstwo: plotkarek, zdrajczyń, dziewic, puszczalskich, matek i córek, ciotek i kuzynek. Pod koniec można łatwo stracić rachubę i pomieszać Albę z Albiną albo Candidę z Cleilą.

Książka pozbawiona jest dialogów, swoją strukturą przypomina babskie opowieści toczone w kuchni przy gotowaniu albo pracach ręcznych. Kobiece problemy, troski i kłótnie: o mężczyzn, o dzieci, o pozycję w stadzie. Między nie wpleciona historia Włoch ostatniego stulecia, zmiany społeczne i rozwój państwa. Motyw emigracji do Ameryki, kwestia zacofania i biedy panująca na południu to tylko niektóre tematy poruszone przez autorkę.

Ciekawy wydał mi się fakt, że ograniczony sposób myślenia, wiara w zabobony, silny patriarchat i zacofanie charakterystyczne dla południa Włoch łatwo można porównać z problemami w niektórych regionach Polski. Mimo dystansu mierzącego ponad tysiąc kilometrów i sporych różnic kulturowych, pewne cechy wydają się łączyć Grottole i Pcim.

Książka ta wyśmienicie nadaje się na urlop we Włoszech. Niezbyt absorbująca, a jednocześnie na tyle ciekawa, by wciągnąć czytelnika. Napisana poetyckim językiem i bardzo włoska.

Ocena: 4/6