sobota, 31 grudnia 2016

Najlepsze książki 2016 - podsumowanie

Uwielbiam koniec grudnia, kiedy na blogach pojawiają się podsumowania i listy najlepszych książek, jakie przeczytaliście w mijającym roku. To zawsze świetna okazja do zanotowania polecanych tytułów i czynienia planów czytelniczych na nadchodzący rok.

A jak było u mnie w 2016?

W sumie świetnie.
Przeczytałam dokładnie 46 książek, czyli o jedną więcej, niż zakładałam rok temu. W 2017 podnoszę więc poprzeczkę na 52 tytuły.
25 książek zostało napisanych przez polskich autorów, a 21 przez zagranicznych. Wśród moich lektur były 32 powieści oraz 14 książek z gatunku reportaż / biografia / psychologia. Zdecydowana większość z nich była co najmniej dobra lub bardzo dobra. Nie było książek bardzo słabych, ale aż 12 pozycji dostało ode mnie tróję. Mimo to uważam, że był to rok dobrych lektur.

Ponadto już drugi rok z rzędu wytrzymałam w swoim postanowieniu i ani razu nie odwiedziłam biblioteki. Przez cały rok czytałam głównie własne książki.... Ale 11 tytułów pożyczyłam od zaprzyjaźnionych moli. W przyszłym roku nadal chcę czytać swoje, więc z ciężkim sercem skazuję się na kontynuację rozstania z biblioteką.

Mimo intensywnego czytania pozycji na regale nie ubyło. Liczne nowości na rynku, rabaty w księgarniach internetowych oraz odwiedziny w księgarniach stacjonarnych zaowocowały nowymi książkami.
Dzięki systematycznemu uzupełnianiu informacji w wirtualnej biblioteczce na lubimyczytac.pl wiem, że na regałach mam ok. 653 pozycji, czyli dokładnie STO więcej niż rok temu... W przyszłym roku muszę koniecznie trochę przeczytanych książek oddać. Może na blogu?

W 2016 po raz pierwszy uczestniczyłam w festiwalach literackich, które były absolutnie wspaniałe i dały mi możliwość spotkania i poznania kilkudziesięciu autorek i autorów z kraju i z zagranicy. W czerwcu byłam w Warszawie na Big Book Festival, a w październiku w Krakowie na Festiwalu Conrada. Oba bardzo polecam wszystkim czytającym i spragnionym wiedzy oraz rozmów o literaturze!
Równie istotne było dla mnie powołanie do życia Klubu Miłośniczek Książek. W gronie znajomych kobiet spotykamy się regularnie od kwietnia, by raz w miesiącu dyskutować o literaturze. Wspólnie wybieramy tytuły do przeczytania, z reguły jeden na miesiąc, a potem zażarcie się o nie spieramy :) Poza tym wymieniamy się przeczytanymi książkami, polecamy sobie tytuły i autorów, rozmawiamy o nowościach oraz o różnych innych okołoliterackich sprawach. Polecam każdemu!
W przyszłym roku bardzo chciałabym kontynuować spotkania naszego Klubu oraz odwiedzić kolejne festiwale litterackie!


A oto już moja subiektywna lista TOP 10 przeczytanych w 2016 roku:


1. Amerykaana Chimamanda Ngozi Adichie

2. Prowadź swój pług przez kości umarłych Olga Tokarczuk

3. Pani furia Grażyna Plebanek






4. Dygot, Jakub Małecki
5. Terra nullius, Sven Lindqvist
6. Do następnych mistrzostw, Eshkol Nevo 
7. Japoński wachlarz. Powroty, Joanna Bator
8. Życie miłosne, Zeruya Shalev
9. Dziewczyna z Bostonu, Anita Diamant
10. Atlas: Doppelganger, Dominika Słowik

Jakie książki podbiły Wasze czytelnicze serca w 2016 roku? Napiszcie w komentarzach, jaki tytuł koniecznie powinnam przeczytać w 2017 roku!

Życzę nam wszystkim wspaniałego, obfitującego w dobre książki, roku 2017!

piątek, 30 grudnia 2016

Ekspozycja, Remigiusz Mróz

Ostatnia książka mijającego roku miała być pewniakiem. Powieść niezwykle płodnego młodego pisarza, wschodzącej gwiazdy polskiego kryminału, czyli Remigiusza Mroza okazała się jednak sporym rozczarowaniem.
Zdaję sobie sprawę, że liczne grono fanów autora uzna moje słowa za obrazoburcze, ale rozczarował mnie niski poziom Ekspozycji i naprawdę trudno mi dopatrzyć się w tej powieści pozytywnych cech...

Zacznijmy od bohaterów: odpychający, przypominający niezniszczalnego MacGyvera, rzucający seksistowskimi komentarzami komisarz Forst i jego towarzyszka dziennikarka, o kórej niewiele wiadomo, poza tym, że ryzykuje życie i karierę dla poznanego przypadkowo faceta. Dawno nie spotkałam w literaturze postaci tak niedopracowanych, płaskich i nieprzekonywujących.
Treść Ekspozycji to w zasadzie jeden wielki dialog. Siłą rzeczy brak więc w książce miejsca na kontekst, na rozbudowane tło przedstawionych wydarzeń. A te są nad wyraz absurdalne. Sama nie wiem, co wydało mi się bardziej niewiarygodne: ucieczka komisarza z więzienia (to nie spoiler, jako, że Forst będzie łapał morderców jeszcze w dwóch tomach, jasne jest, że z Czarnego Delfina zwieje), czy współpraca Szarepskiej z ministrem.
A już najbardziej irytowały mnie komentarze narratora w stylu: Forst zdał sobie sprawę, że jest w sytuacji bez wyjścia, a już dwie strony później radośnie umykał w dal. Brak konsekwencji, urywające się wątki i błyskawiczne zakończenie, któremu brak logicznego uzasadnienia to kolejne wady Ekspozycji. Całość wydaje mi się niestaranna, pisana w pośpiechu i bardzo powierzchownia. Przyznaję, że być może zbyt wiele oczekuję od kryminału, ale zdarzyło mi się już czytać książki z tego gatunku, które były bardzo dobre. Ekspozycja definitywnie do nich nie należy.

O ile nie pomyliłam się w liczeniu, to wg. spisu na wikipedii, Mróz opublikował w 2015 i 2016 roku JEDENAŚCIE tytułów. JEDENAŚCIE! I nikt mnie nie przekona, że taka ilość pozostaje bez wpływu na jakość.
Mnie Mróz swoją książką nie przekonał ani trochę. Moim zdaniem bardzo daleko mu do Miłoszewskiego, a komisarz Forst nie umywa się do Szackiego. Ekspozycja jest świetnie wypromowaną wydmuszką, która bardziej wymagającemu czytelnikowi nie ma nic ciekawego do zaoferowania.
Nie wiem, czy dam autorowi jeszcze jedną szansę. Jest tyle innych, świetnych kryminałów na rynku, któych autorzy poważnie traktują czytelnika i mają mu coś interesujacego do zaoferowania ...

Ocena: 3/6

czwartek, 29 grudnia 2016

Euforia, Lily King

Za oknem szaro, zimno i mokro, więc pozwólcie, że dzięki książce Lily King choć na chwilę zabiorę Was w podróż do Nowej Gwinei lat trzydziestych XX wieku. Tam, w parnej atmosferze tropikalnej dżungli, razem z trójką wybitnych antropologów będziemy obserwować życie członków plemienia Tamów zamieszkujących dzikie i trudno dostępne tereny nad rzeką Sepik.

W oparciu o fakty z biografii trojga badaczy: Margaret Mead, Reo Fortune'a i Gregory'ego Batesona autorka opisała kilkumiesięczny pobyt w dżunglii trójki antropologów: małżeństwa Nell i Fena oraz bezimiennego Banksona.

Główna bohaterka powieści, Amerykanka Nell Stone, koncentruje się na badaniu ról męskich i kobiecych w społeczności tubylców. Mnóstwo czasu spędza z kobietami i dziećmi, uczestniczy w ich codziennych zajęciach, uczy się ich języka, nie stroni od kontaktu fizycznego. Jednocześnie przy pomocy kredek i kart do analizy psychologicznej stara się badanych skataloglizować i przypisać im konkretne cechy, które udowodniłyby słuszność jej tezy. Antropolożka obserwuje zachowania i rytuały członków plemienia, skupiając się na pozycji kobiet, ich roli w społeczności, ich pierwotnej seksualności. Podczas badań kobieta mimowolnie oddala się od swojego partnera i uwalnia swoje ukryte erotyczne pragnienia i tęsknoty.
Jej mąż, Australijczyk, Fenwick Schuyler, skupia się na świecie męskim. Aktywnie uczestniczy w budowaniu łodzi, planując jednocześnie niebezpieczną wyprawę. Mędzy małżonkami bardzo często dochodzi do kłótni na temat badań i ich metodologii. Fen jest sfrustowany i nie potrafi pogodzić się z sukcesem żony oraz z faktem, że to wyniki jej pracy finansują wyprawę. Mężczyzna za wszelką cenę stara się udowodnić swoją wartość jako naukowca i podejmuje ryzykowne działania.
Do tej interesującej pary dołącza Bankson, chudy, blady i wysoki Anglik, który od początku jest zafascynowany Nell. Cała trójka wzajemnie się inspiruje do działania i pobudza intelektualnie, a najciekawsze jest to, co pomiędzy nimi niewypowiedziane. Fascynujący dla czytelnika jest nie tylko opisany w książce proces badania odmiennej kultury i sposób, w jaki badacze formuują swoje tezy, ale także pełne namiętności i niedomówień relacje między trójką głównych bohaterów.

Euforia to niewielkich rozmiarów powieść, którą czyta się błystawicznie i z dużą przyjemnością. Mam zastrzeżenia do tłumaczenia, kórego język jest, moim zdaniem, zbyt uwspółcześniony. Bohaterowie posługują się m.in. wyrażeniami żul czy kurwa, a nie są to słowa, których używali dżentelmeni, badacze w latach trzydziestych.
Muszę również przyznać, że pięć stron cytatów z przeróżnych pozytywnych recenzji (począwszy od Washingon Post i New York Times Book Reviev) umieszczone na początku książki wywołało u mnie dyskomfort: poczułam, jakby wydawca z góry narzucał mi, czytelniczce, uwielbienie dla tej powieści jeszcze przed rozpoczęciem lektury. Także widniejące na okładce zdanie: Czytelnik otrzymuje książkę intensywnie pobudzającą intelektualnie, głęboko poruszającą w uniwersalnym sensie. uważam za  przesadzone i na wyrost.
Mimo tej nadmiernej reklamy książkę polecam zarówno miłośnikom odmiennych kultur, historii, badań antropologicznych jak i fanom dobrych książek.

Ocena: 5+/6

niedziela, 25 grudnia 2016

Dziewczyna z Bostonu, Anita Diamant

"Jak stałam się kobietą, którą jestem dzisiaj?". Początek nastąpił w tej bibliotece, w kółku czytelniczym. Wtedy zaczęłam wieść własne życie. (str. 17) To zdanie oraz widniejące na okładce czarno-białe zdjęcie czytającej młodej kobiety siedzącej na palu pośród spienionych morskich fal w zasadzie wystarczą, by każda miłośniczka dobrych powieści sięgnęła po Dziewczynę z Bostonu. Zdecydowanie warto to uczynić!

Gdy ją poznajemy, główna bohaterka i narratorka książki, Addie Baum, kończy osiemdziesiąt pięć lat i na prośbę wnuczki wpomina swoją młodość:
Jest rok 1915, Addie ma piętnaście lat, mieszka z rodzicami w biednej dzielnicy Bostonu i marzy o lepszym życiu. Jej rodzice i dwie starsze siostry przypłynęli do Ameryki pod koniec XIX wieku, ona urodziła się już w Bostonie. Rodzina opuściła biedny stetl położony gdzieś na terenie obecnej Rosji. Ojciec został oskarżony o kradzież srebrnego kielicha liturgicznego z kościoła i musiał ratować się ucieczką za ocean. Zabrał ze sobą obie córki: dziesięcioletnią Celię i dwunastoletnią Betty. Obie, po zejściu z pokładu statku, rozpoczęły ciężką pracę w różnych fabrykach. Matka dołączyła do rodziny kilka lat później, a w 1900 roku urodziła się Addie.
Opuszczenie rodzinnych stron, emigracja do Ameryki i niezwykle trudne początki w nowej ojczyźnie zostawiają ogromne ślady w psychice bohaterek, zwłaszcza wrażliwa Celia oraz matka Addie nigdy nie pogodziły się z tymi zmianami.
Jednak ona sama należy już do innego świata. Opowieści o starym życiu są dla niej abstrakcyjne. Tęsknota za utraconym domem jest niezrozumiała. Nastolatka najbardziej z całej rodziny pragnie zakorzenić się w nowej ojczyźnie. Dla Addie jest jasne: chce wyrwać się z biedy i stać się prawdziwą dziewczyną z Bostonu. Cel ten zamierza osiągnąć nie dzięki zamążpójściu, ale dzięki własnej pracy, nauce i książkom. Takie nastawienie, jej ambicja i pragnienie niezależności są przyczyną nieustannych kłótni z matką, która jest konserwatystką, obrończynią żydowskich tradycji i zwyczajów oraz zapalczywym wrogiem wszelkich zmian.

Historia Addie to świetnie napisana opowieść o sile kobiecej przyjaźni i solidarności. Dzięki licznym przyjaciółkom i mentorkom, które spotkała na swojej życiowej drodze, Addie mogła zrealizować swoje cele i wieść takie życie, jakiego pragnęła.
Powieść Anity Diamant czyta się błyskawicznie, jest napisana z humorem i polotem. Autorka niejednokrotnie puszcza do czytelnika oko, a jednocześnie porusza wiele społecznych kwiestii i problemów, z którymi zmagały się kobiety w dwudziestoleciu międzywojennym. Jest to również ciekawy opis społeczeństwa bostońskiego, w kórym żyły obok siebie szacowne, amerykańskie rodziny, oraz biedni, ale pełni energii i nadziei i na lepsze życie, imigranci z Polski, Irlandii, Włoch oraz innych krajów starego kontynentu.

Bardzo gorąco polecam!

Ocena: 5+/6

czwartek, 22 grudnia 2016

Dziedzictwo Orchana, Aline Ohanesian

Ludobójstwo Ormian popełnione w Imperium Osmańskim podczas pierwszej wojny światowej, a dokładniej między 1915, a 1917 rokiem, jest tematem raczej mało w Polsce znanym. I to pomimo faktu, iż zabójstwo przez Turków ponad półtora miliona ormiańskich cywilów jest drugim po holokauście najlepiej opisanym i udokumentowanym ludobójstwem w historii świata (wikipedia). Do dnia dzisiejszego rząd Turcji nie przyznał się oficjalnie do popełnienia ludobójstwa, a osoby publicznie o tym mówiące są w tym kraju prześladowane. Pisarzowi-nobliście Orhanowi Pamukowi wytoczono proces „o obrazę tureckości”, po tym jak ośmielił się wspomnieć o tragedii Ormian.

W tym kontekście wydana niedawno powieść Dziedzictwo Orchana nabiera szczególnego znaczenia. Jest to jedna z pierwszych książek na ten temat dostępna w języku polskim. Fakt, iż opublikowało ją Wydawnictwo Kobiece, być może przyczyni się do tego, że o ludobójstwie dowie się szersze grono czytelniczek.

Autorka książki, Aline Ohanesian, urodziła się w Kuwejcie, a wieku trzech lat wyemigrowała z rodziną do USA. Z wykształcenia jest historyczką, a jej prababka, Elizabeth Aslanian, jest jedną z ocalonych z ludobójstwa. Temat międzypokoleniowej traumy i kwestia pamięci o ofiarach są obecne w rodzinie pisarki od dziesięcioleci, co znacząco wpłynęło na autentyczność jej pisarstwa.

Powieść rozpoczyna się w małej wiosce w Anatolii, do której, po śmierci dziadka, przybywa dwudziestodziewięcioletni Orchan, by pożegnać się ze swoim dede i załatwić kwestie spadkowe. Czeka go przy tym niełatwa konftontacja z ojcem Mustafą, z którym od lat łączą go bardzo oschłe stosunki.
Na miejscu okazuje się, że rodzinny dom Orchana, w którym mieszkają ojciec i ciotka Fatima, został przez dziadka zapisany obcej kobiecie, która żyje w USA. Mężczyzna wyrusza więc w podróż, która, jak możemy się domyślać, zmieni całe jego życie. Wyznania starszej kobiety zmienią zarówno jego postrzeganie przeszłości, jak i plany na przyszłość.
Jednocześnie poznajemy historię Lucine/Sedy, która w 1915 roku wraz z rodziną zamieszkiwała solidny, murowany, dwupiętrowy dom w Anatolii...

Dziedzictwo Orchana jest pięknie napisaną powieścią, której lektura stanowi prawdziwą przyjemność i to pomimo ciężkiego tematu, jaki porusza. Jest to książka, która świetnie się nadaje dla każdego, kto pierwszy raz styka się z tematyką ludobójstwa Ormian. Na przykładzie swoich bohaterów autorka opisała okrucieństwo tej zbrodni popełnionej głównie na kobietach i dzieciach, którzy niczym bydło, pędzeni byli setki kilometrów w upale na pustynię syryjską.
W konwencji, na którą zdecydowała się autorka, powieści raczej lekkiej i dla każdego, Dziedzictwo Orchana zasługuje na najwyższą ocenę. Ja życzyłabym sobie pogłębienia tematu, psychologicznie dopracowanych sylwetek bohaterów i dokładniejszego przedstawienia tematu pamięci. Ale to nie ten rodzaj literatury.

Kolejną książką opisującą te dramatyczne wydarzenia, po którą zamierzam sięgnąć, jest Księga szeptów Varujan Vosganian.

Ocena: 5/6

poniedziałek, 19 grudnia 2016

W rodzinie ojca mego, Marcin Wójcik

Odkąd świadomie zaczęłam interesować się polityką, stało się jasne, że bliżej mi do lewej strony sceny, niż do prawej. Od niedawna wiem także, że myślących jak ja, nazywa się w mej ojczyźnie lewakami lub gorszym sortem. No cóż, taka karma.
Przyznam, że różnorakie wspólnoty katolickie nigdy szczególnie mnie nie interesowały. Środowisko skupione wokół radia Maria było mi od zawsze światopoglądowo bardzo obce. ALE sytuacja w kraju jest jaka jest, partia rządząca blisko związana jest z ojcem Rydzykiem, a słuchacze Radia Maryja to niemalże w całości wyborcy PIS.

I już piszę, skąd te osobiste wynurzenia: sięgnęłam po książkę Marcina Wójcika by zrozumieć. Zrozumieć zachowania i poglądy dla mnie absolutnie obce, cechujące tę grupę radykalnych katolików, od których dystansuje się część duchowieństwa i inteligencji katolickiej.
Nie udało mi się to w pełni, bo to chyba niemożliwe. W końcu słoń nigdy do końca nie zrozumie, co czuje mrówka. Odnoszę jednak wrażenie, że po lekturze nieco łatwiej mi pewne zachowania wytłumaczyć i powiązać ze sobą fakty.

Książka W rodzinie ojca mego jest zbiorem reportaży przedstawiających portrety osób mniej lub bardziej aktywnie związanych z Radiem, w tym także sylwetkę Tadeusza Rydzyka. Jest to zbiór tekstów, których część była wcześniej publikowana w prasie, a które mniej lub bardziej pasowały do tytułu. A szkoda, bo np. reportaże o Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu lub o protestach przed siedzibą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji udowadniają, że gdyby całość książki skomponowna i napisana została w ten sposób, to otrzymalibyśmy naprawdę świetną rzecz.
Ale i tak jest dobrze.
Sam autor, jako były dziennikarz Gościa Niedzielnego, posiadał sporą sieć kontaktów i potrafił nakłonić do rozmów osoby stroniące od mediów. Dzięki temu jego reportaże pozwalają czytelnikom choć na chwilę wniknąć w to hermetyczne środowisko, jakim jest Rodzina Radia Maryja.
I jak tam jest?
Momentami przerażająco, zwłaszcza, gdy Wójcik cytuje słuchaczy radia lub fragmenty listów pasterskich autorstwa popierających go księży i biskupów, o samym Rydzyku nie wspominając. Wyłania się z tych reportaży smutny, czasem absurdalny obraz fanatyków religijnych, którzy nienawidzą wszystkich myślących inaczej. Którzy często zostali mocno skrzywdzeni w dzieciństwie, są samotni i bardzo nieszczęśliwi, a jedynym głosem w ich domu jest ten płynący z radia...

Książka została wydana wiosną 2015 r., większość tekstów powstała pewnie w roku 2014, albo wcześniej. BARDZO ciekawiłoby mnie porównanie z sytuacją obecną, tudzież ciąg dalszy napisany w anno domini 2016...

Krótko mówiąc: świetna rzecz dla osób pragnących poznać i zrozumieć motywy działania i poglądy słuchaczy radia M.

Ocena: 5/6

wtorek, 13 grudnia 2016

Rzymski poranek, Virginia Baily

Pewnego październikowego dnia 1943 roku w jednej sekundzie diametralnie zmieniło się życie Chiary Ravello: została opiekunką małego żydowskiego chłopca Daniele, którego rodzina trafiła do obozu zagłady. Odpowiedzialna za Daniele i swoją młodszą, upośledzoną umysłowo siostrę Chiara decyduje się opuścić Rzym i poszukać schronienia u babci mieszkającej w niewielkiej wiosce. Tak rozpoczyna się powieść angielskiej autorki zakochanej we Włoszech Virginii Baily.

Jednocześnie poznajemy codzienność pięćdziesięcioparoletniej Chiary, do której w odwiedziny przybywa młoda Irlandka, Maria. Dziewczyna chce nie tylko nauczyć się włoskiego i przyjemnie spędzić wakacje, ale przede wszyskim odkryć tajemnicę swojego pochodzenia.

Tajemnic jest zresztą w tej powieści więcej, a wszytkie łączą się z tragiczną postacią Daniele.

Myślę, że książka Virginii Baily podbije serca wielu czytelników. Jej zaletą jest z pewnością ciekawie opowiedziana, niebanalna historia. Także tło historyczne, czyli druga wojna światowa, ukazana z dość egzotycznej dla nas, włoskiej, perspektywy, może dodatkowo stanowić o jej aktrakcyjności.

Niestety między nami nie zaiskrzyło ani trochę. Nużyły mnie przydługie opisy banalnych, codziennych zajęć bohaterów, irytowała mnogość mało istotnych wątków, które rozpływały się wśród innych i prowadziły do nikąd. Momentami miałam wrażenie, że autorka nie panuje nad swoją opowieścią, która rozłazi jej się, opuszczając główny tor. Zakończenie książki wydało mi się niedopracowane. Na ostatnich stronach akcja przyśpiesza ogromnie: wydarzenia następują jedno po drugim, co nie pasuje do reszty tekstu. Miałam wrażenie, jakby autorka usilnie starała się oddać gotowy tekst w wyznaczonym terminie i zamiast szczegółowo opisać istotne dla bohaterów wydarzenia, wpakowała je wszystkei do ostatniego rozdziału.
W skrócie: szału nie ma.

Ocena: 4/6


środa, 30 listopada 2016

Kraków miasto literatury: Festiwal Conrada i Targi Książki


Od Festiwalu Conrada i Targów Książki w Krakowie upłynął już ponad miesiąc. Najwyższa więc pora, by podzielić się z Wami wrażeniami z wypełnionego literaturą pobytu w stolicy Małopolski.
Organizatorzy Festiwalu każdy dzień opatrzyli mottem. Zainspirowało mnie to i dlatego każdy dzień mojej relacji również otrzymał hasło przewodnie :)

Czwartek, 27.10., KOBIECO 


Do Krakowa dotarłam w czwartek wieczorem i zostawiwszy rzeczy w hotelu przy ul. Szewskiej pomknęłam do Pałacu Czeczotki, oddalonego zaledwie o 5 minut (w ciągu całego pobytu okazało się to zbawienne, niektóre spotkania kończyły się w okolicach godziny 23.00).

Spotkaniem otwierającym dla mnie Festiwal była dyskusja pt. To nie jest kraj dla starej prozy z udziałem trzech pisarek ukraińskich: Sofiji Andruchowycz, Natalki Śniadanko i Haśki Szyjan prowadzona przez Irynę Vikyrczą. Rozmowa fascynująca, której głównym tematem była nie tylko literatura, ale i sytuacja polityczna na Ukrainie oraz pozycja kobiet w ukraińskim społeczeństwie. Najbardziej zafascynowała mnie widoczna na poniższym zdjęciu Sofija Andruchowycz, którą poprosiłam o podpis w książce Felix Austria


Piątek, 28.10., PORUSZAJĄCO

Piątkową rundę spotkań rozpoczęła rozmowa z Arturem Domosławskim na temat jego książki Wykluczeni. Reporter zdradził sporo informacji na temat przygotowań i samej pracy nad książką, podzielił się szczegółami organizacyjnymi swoich podróży oraz rozmów z bohaterami. Kwestia tego jak pomagać, by pomagać dobrze i gdzie kończy się odpowiedzialność reportera przeniosły rozmowę na nieco bardziej uniwersalną płaszczyznę.


Po południu Michał Nogaś brawurowo poprowadził spotkanie z Richardem Flanaganem, który jest niezwykle inteligentnym facetem z olbrzymim poczuciem humoru i niezwykłą charyzmą. Bardzo przyjemnie słuchało się jego opowieści o historii Australii, nawet wtedy, gdy mówił o jej ciemnych kartach. Lektura książek Flanagana jeszcze przede mną. Bardzo jestem ich ciekawa.



Najbardziej poruszającym spotkaniem całego Festiwalu, była dla mnie bez wątpienia rozmowa z syryjską pisarką, dziennikarką i działaczką społeczną Samar Yazbek. Rozmowa prowadzona była w języku arabskim i tłumaczona symultanicznie na język polski, co pozwalało zgromadzonym wsłuchać się w brzmienie języka wypowiadanego głosem kobiety. Mimo to szkoda, że organizatorzy nie zdecydowali się zatrudnić tłumacza symultanicznego - miałam wrażenie, że wypowiedzi gościa były przez tłumacza skracane. A szkoda.
Samar Yazbek od pięciu lat wraz z córką mieszka w Paryżu i stamtąd stara się aktywnie pomagać swoim rodakom w Syrii, zwłaszcza kobietom. W lecie w wydawnictwie Karakter ukazała się jej pierwsza książka w języku polskim Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii.



Na zakończenie tego pełnego wrażeń piątku Szymon Kloska rozmawiał ze Szczepanem Twardochem o Królu, o życiu i o tysiącu innych mniej lub bardziej ważnych spraw. Było to spotkanie o charakterze bardzo rozrywkowym: humor, dystans do siebie samych i luz obu panów zagwarantowały wspaniałą rozrywkę.



Sobota, 29.10., INTENSYWNIE

Z samego rana ruszyłam tramwajem spod Teatru Bagatela w kierunku EXPO. Moim celem były oczywiście krakowskie Targi Książki.
Hale targowe położone są dość daleko od centrum (45 min. jazdy tramwajem), a okolica nie przypomina raczej terenów wystawowych. Kiepsko jest także z drogą dojazdową, która była permanentnie zakorkowana. Ale udało mi się dotrzeć na czas :)



Moim głównym celem były oczywiście zakupy. Zaplanowałam także udział w trzech spotkaniach z autorami oraz zdobycie ich podpisów na książkach.
Po pierwszej rundce wśród stoisk wzięłam udział w spotkaniu z Adamem Michnikiem, którego głównym tematem była sytuacja we współczesnej Rosji oraz oczywiście obecna scena polityczna w Polsce. Spotkanie zaplanowane na 50 minut było zdecydowanie zbyt krótkie.



Z planem stoisk w ręce ruszyłam przez tłum, by zdobyć najnowszą książkę Filipa Springera 
Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast oraz podpis autora na nowiutkim, prywatnym egzemplarzu.



Poniższe zdjęcia mają za zadanie uświadomić Wam, jakie nieprzebrane tłumy odwiedziły w tym roku Tragi Krakowskie. Było gorąco, duszno i ciasno, ale jednocześnie jakoś tak radośnie ze świadomością, że jednak Polacy czytają. Szczególnie cieszyła mnie obecność rodzin z małymi dziećmi oraz liczne klasy, na oko licealne. Dobrze wiedzieć, że istnieją zaangażowani poloniści, którzy poświęcają wolną sobotę na wycieczkę z uczniami na Targi Książki :)






















Po krótkiej przerwie wybrałam się na spotkanie z Zeruyą Shalev, izraelską pisarką, której pierwszą książkę przeczytałam kilka tygodni temu.
Niestety i tu pojawił się problem z tłumaczeniem. Bardzo zaangażowany, młody tłumacz konsekutywny nie pozwalał pisarce dokończyć zdania i wypowiedzieć się w całości, wcinał jej się w słowo i rozpoczynał tłumaczenie. Nie było to, niestety zbyt udane spotkanie. Na szczęście Zeruya Shalev była jeszcze w niedzielę goście Festiwalu.



Ostatnim punktem mojego programu na Targach była rozmowa z czwórką reporterów Wielkiego Formatu: Katarzyną Boni, Paweł Reszka, Grzegorzem Szymanikiem i Włodzimierzem Nowakiem (szefem Dużego Formatu). Rozmowa wciągająca, ale BARDZO krótka. Czworo tak ciekawych dziennikarzy i tylko 50 minut czasu? To od początku było nieporozumienie. Mam nadzieję w przyszłości spotkać tych państwa w bardziej sprzyjających okolicznościach czasowych :)



Generalnie dzień spędzony na Targach był bardzo intensywny i pełen wrażeń. Zrealizowałam swój plan w całości i ochoczo ruszyłam na wieczorne spotkania festiwalowe. Muszę przyznać, że ich jakość merytoryczna była dużo lepsza, niż tych targowych...

Nagrodzona w 2013 roku Nagrodą Bookera za powieść Wszystko, co lśni nowozelandzka autorka Eleanor Catton była gościem Macieja Świerkockiego. Nie wiem, czy to kwiestia zmęczenia, czy tłumaczenia, ale rozmowa z nią okazała się najmniej ciekawa ze wszystkich, w których uczestniczyłam. Autorka jest bardzo serdeczną i otwartą osobą, jednak w porównaniu z takim Richardem Flanaganem wydała mi się bardzo młoda i niedoświadczona. Ale to moje bardzo subiektywne wrażenie.


Magda Heydel fenomenalnie poprowadziła nocną rozmowę z dwoma gigantami literatury światowej: Michaelem Cunninghamem i Richardem Flanaganem. Rozmowę o życiu, literaturze, pisaniu tysiącu innych rzeczy, która była prawdziwą intelektualną ucztą.



Niedziela, 30.10., BŁOGO

Ostatni dzień Festiwalu Conrada miał mi do zaoferowania jeszcze dwie rozmowy, które były dla mnie, z różnych względów, szczególnym przeżyciem.

W pierwszym spotkaniu uczestniczyli Grażyna Plebanek i David Van Reybrouck, a mowa była głównie o Kongu, Belgii, kolonialiźmie i jego efektach. Prowadzenie rozmowy z tak różnymi gośćmi, jakimi byli autorka powieści oraz twórca książek historycznych nie było proste, ale Maciejowi Jakubowiakowi udało się całkiem dobrze. Dowiedziałam się wiele nowego w temacie stosunków afrykańsko-europejskich.
Po zakończeniu rozmowy miałam okazję zamienić kilka zdań z Grażyną Plebanek, co szczególnie miło wspominam.


Na koniec odbyło się bardzo wzruszające, fenomenalnie poprowadzonie i jeszcze lepiej tłumaczone symultanicznie z hebrajskiego spotkanie z trojgiem autorów izraelskich: Zeruyą Shalev, Eshkolem Nevo i Yishaidem Saridem. Było to fantastyczne zakończenie fantastycznego festiwalu: obfitujące w osobiste wyznania, żarty i głębokie przemyślenia spotkanie z trojgiem wyjątkowych twórców.














































To były absolutnie wyjątkowe cztery dni. Wypełnione literaturą, intelektualnymi uniesieniami, rozmowami z innymi molami książkowymi (np. w oczekiwaniu na kolejne spotkanie, albo w kolejce po podpis autorów). Pełnia wrażeń, zdjęcia i poniższe stosy książek pozostaną ze mną na długo.

A wszystkim czytającym polecam: bierzcie udział w festiwalach literackich, których z roku na rok coraz więcej!

Z lewej nowe książki bez, a z prawej te z podpisami autorów.
W sumie 18 sztuk (jednej brakuje)....
...czyli ponad osiem kilo książek, które dzięki uprzejmości Poczty Polskiej powędrowały do domu.

wtorek, 29 listopada 2016

Historia pszczół, Maja Lunde

Kolejna książka opatrzona hasłem międzynarodowy bestseller. W jednym tomie autorka zawarła trzy opowieści, z których każda mogłaby stanowić osobną powieść. Pod koniec okazuje się, że łączy je nie tylko motyw pszczół, ale i powiązania między bohaterami.

Trzy płaszczyzny czasowe, trzy odległe od siebie miejsca na świecie i troje bohaterów - taki pomysł na powieść miała Maja Lunde, norweska autorka książek dla dzieci i młodzieży. Jej przesłaniem jest troska o ginące pszczoły, a motywacją do napisania Historii pszczół była najwyraźniej chęć zwrócenia uwagi na problem zanieczyszczenia środowiska.

W 1852 roku na angielskiej prowincji William, przyrodnik amator, właściciel sklepu z nasionami i ojciec sporej gromadki córek postanawia wstać z łoża boleści i rozpocząć pracę nad nowoczesnym ulem. Niestety na drodze do sukcesu co rusz pojawiają się mniejsze lub większe przeszkody.

Drugim miejscem akcji jest farma położona w stanie Ohio w USA. Jej właściciel George zajmuje się hodowlą pszczół, podobnie jak jego ojciec. Ciężka praca na łonie natury i troska o tysiące pszczół to jego codzienność, którą dzieli z żoną. Ich jedyny syn Tom, który w założeniu powienien odziedziczyć farmę, woli karierę nakową od pracy na farmie, a tymczasem kolejne pszczoły giną bez wyraźnej przyczyny.

Bohaterka części futurystycznej Tao, żyje w 2098 roku w Syczuanie, w świecie rodem z orwellowskiego Roku 1984. Z Europy i USA w wyniku Zapaści nie zostało zbyt wiele, a mieszkańcy Azji muszą ciężko pracować przy ręcznym zapylaniu roślin. Pszczoły wyginęły, żywność jest racjonowana, a życie generalnie przestało być zabawne. Pewnego dnia znika synek Tao, a kobieta wyrusza na samotne poszukiwania chłopca.

Maja Lunde stworzyła powieść, którą czyta się błyskawicznie i z przyjemnością. Ale książce brakuje głębi: wszystkie trzy światy zostały stworzone wg. idealnego wzorca i dopracowane do najmniejszego szczegółu. Mimo to bohaterowie książki są papierowi i płascy, a dominujący nad całością moralizatorski wydźwięk może zirytować czytelnika.
Książka jest całkiem przyzwoita, ale z tym bestsellerem to lekka przesada...

Ocena: 4+/6

poniedziałek, 28 listopada 2016

Do następnych mistrzostw, Eshkol Nevo

Książka trafiła do mojej biblioteczki już cztery lata temu. Całkiem przypadkiem wyszperałam ją w Dedalusie przy Placu Solnym we Wrocławiu. Pamiętam, że zaintrygowała mnie okładka oraz informacja, że autor należy do najpoczytniejszych współczesnych pisarzy izraelskich.

Gdy poznałam program tegorocznego Festiwalu Conrada i gdy okazało się, że uczestnikiem ostatniego festiwalowego spotkania będzie właśnie Eshkol Nevo, postanowiłam w końcu po tę powieść sięgnąć. I dobrze zrobiłam, bo to bez wątpienia jedna z najlepszych lektur tego roku.
W jednym zdaniu można stwierdzić, że Do następnych mistrzostw to historia prawdziwej męskiej przyjaźni. Przyjaźni trwającej lata, odpornej na zawirowania losowe i konflikty między przyjaciółmi. Wchodząc w temat nieco głębiej okazuje się, że to portret czterech młodych Izraelczyków, nakreślony z perspektywy jednego z nich. Portret pełen emocji i głębokich uczuć, wspólnych doświadczeń i życiowych zawirowań.

Narratorem powieści jest Juwal Frid, tłumacz z języka angielskiego, przez większość czasu singiel, ze skłonnością do depresji, który jest stale obecny w życiu swoich przyjaciół, stanowiąc dla nich opokę w każdej sytuacji. Rozpoczyna swoją opowieść w dniu finału Pucharu Świata w piłce nożnej (w końcu to powieść napisana przez faceta o facetach, piłka nożna musiała się w niej pojawić :) ) w 1998 roku. W trakcie tego wieczoru przyjaciele postanowili na małych karteczkach spisać swoje trzy marzenia na najbliższe cztery lata i odczytać je wspólnie podczas kolejnego Finału w 2002 roku. 
Ofir jest specem od reklamy, Churchill wziętym prawnikiem, a Amichaj przedstawicielem handlowym firmy medycznej, żaden z nich (Juwal także) nie podejrzewał, jak bardzo życie każdego z nich się w ciągu tych czterech lat zmieni. Więcej oczywiście nie zdradzę :)

Do następnych mistrzostw to świetnie napisana powieść, która zaskakuje, wzrusza i bawi do łez. Bardzo serdecznie polecam, a sama niebawem sięgnę po Neuland.

Ocena: 5+/6

Eshkol Nevo podpisuje mój egzemplarz książki
w Krakowie o spotkaniu w ramach Festiwalu Conrada.

środa, 23 listopada 2016

Atlas: Doppelganger, Dominika Słowik

Tak to już jest, że wkroczyłam w wiek, w którym z zaskoczeniem co rusz stwierdzam, że książki piszą i wydają sporo ode mnie młodsze osoby...
Należy do nich również Dominika Słowik, rocznik 1988, która w marcu ubiegłego roku zadebiutowała powieścią Atlas: Doppelganger. Powieścią specyficzną, napisaną bez użycia wielkich liter i bez wątpienia wartą przeczytania.

Książkę Słowik cechuje modna w osatnich czasach nielinearność narracji. Generalnie czas u Słowik jest rzeczą umowną, a i przestrzeń definiowana jest na nowo. Mamy więc w Atlasie trzy opowieści, trzy światy, które cechuje różny stopień absurdu. Światy, z których wyłaniają się osobne historie, a połączenie ich w całość stwarza nieograniczone wprost pole do popisu dla wyobraźni czytelnika i do snucia własnych interpretacji.

Na pierwszym planie jest ten najbardziej oczywisty: śląskie blokowisko, lata dziewięćdziesiąte i dwie małe dziewczynki, które bacznie obserwują transformującą się rzeczywistość. Niezwykle trafne, pełne ironii i dystansu opisy polskiej prowincji z jednej strony wywołują wybuchy śmiechu, z drugiej skłaniają do refleksji nad kondycją opisywanego w książce społeczeństwa. Celność obserwacji, trafność spostrzeżeń i wspaniała umiejętność utrwalenia na papierze, wydawałoby się, bezpowrotnie utraconych klimatów tamtych lat stanowią niepodważalne atuty powieści. Słowik stworzyła nietuzinkowy opis naszych narodowych przywar i kompleksów, umieszczony w leciutkim, na pozór, kontekście wspomnień z dzieciństwa.
Świat drugi, to wyłaniająca się z opowieści dziadka jednej z dziewczynek kraina marzynarzy, rejsów po odległych morzach i wizyt w egzotycznych portach. Tu już absurdów jest więcej, więcej też miejsca na własne interpretacje i dowolne łączenie faktów. Autorka puściła wodze fantazji tworząc nonsensowne sytuacje (np. łowienie ryb na koty-przynęty), zmuszające czytelnka do opuszczenia utartej ścieżki i wyruszenia w nieprzewidywalną podróż.
Świat trzeci to historia zawieszonego w czasoprzestrzeni niewielkiego osiedla bloków, na które trafia szukający pewnych dokumentów Sadowski. Osiedle leży na skraju miasteczka, tuż obok lasu i mieszka w nim pięć osób: dziadek i jego służąca, Karolek i jego ciotka oraz sąsiad. Pozostałe mieszkania, dziesiątki mieszkań, zostały opuszczone przez mieszkańców, o których nic nie wiemy. Nie wiemy też niż o tych obecnych. Dnie mijają Sadowskiemu na nasiadówkach przed blokiem oraz przeszukiwaniu kolejnych mieszkań w poszkiwaniu dokumentów.

Atlas: Doppelganger każdy zrozumie inaczej. Ale dyskutować o tej książce i jej bohaterach oraz symbolice w niej zawartej można w nieskończoność. Autorka ma fantastyczne poczucie humoru, wspaniale posługuje się językiem polskim i portafi kreować światy, do których chce sę wracać. Wspomniany brak użycia wielkich liter, pojawiający się w recenzjach jako punkt krytyki, mnie akurat nie przeszkadzał, chociaż nie poznałam jego celowości. Mnie raziły dość licznie w tekście występujące przekleństwa. W wielu miejscach ich użycie było jak najbardziej zasadne, ale momentami jednak było ich za dużo. Drugim minusem jest zakończenie. Autorka sama sobie wysoko ustawiła poprzeczkę wykazując się niebywałą fantazją - tak napisana powieść wymaga odpowiedniego zakończenia. To, które przeczytałam było rozczarowujące, gdyż nie dało odpowiedzi na żadne z kłębiących się w mojej głowie pytań.

Generalnie jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i tak, jak debiut Weroniki Murek do mnie nie przemówił (a obie autorki są bardzo często porównywane), tak Dominika Słowik zyskała moje uznanie. Jestem BARDZO ciekawa, co teraz napisze.

Polecam osobom otwartym na literackie eksperymenty :)

Ocena: 5/6

piątek, 11 listopada 2016

Usypać góry. Historie z Polesia, Małgorzata Szejnert

W swojej książce Małgorzata Szejnert zabiera czytelnika w podróż do świata, którego już nie ma. Świata pod wieloma względami wyjatkowego, bo wielokulturowego, w którym ludzie, pomimo skrajnej biedy, przez dziesięciolecia żyli ze sobą w zgodzie. Nie jest to podróż sentymentalna, ale zbiór opowieści i portretów wyjątkowych postaci Polesia, który pozwala czytelnikowi choć przez chwilę wyobrazić sobie, jak się kiedyś na tych terenach żyło.

Przepięknie wydana i bogato ilustrowana książka Małgorzaty Szejnert zawiera reportaże z różnych okresów historycznych, co skłania czytelnika do porównań i refleksji nad przewrotnością historii: po raz kolejny okazuje się bowiem, że wiara w to, że nasza rzeczywistość jest stabilna i nienaruszalna jest złudna.
Kilka historii szczególnie utkwiło mi w pamięci. Na przykład ta o wszechobecnym na polskiej wsi w XIX wieku kołtunie polskim i próbach walki z nim (lekarzy, którzy leczenie pacjentów rozpoczynali od obcięcia im brudnych, skołtunionych włosów powszechnie się bano i posądzano o konszachty z siłą nieczystą....). Albo historia rodu Aleksandra Skirmunta, którego potomków prześladował ogromny pech, czy też niezwykła biografia mieszkańca poleskich morkradeł, brytyjskiego żołnierza i arystokraty, sir Adriana Cartona de Wiarta.

Polesie, ze stolicą w Pińsku, to tereny położone obecnie na południowo-zachodniej Białorusi. Jest to region, którego nie ominęły wojenne zawieruchy, stalinowskie czystki i sowiecki nieład. Wreszcie w kraju powstałym po rozpadzie ZSRR nastała nowa rzeczywistość, co umożliwiło dotarcie do źródeł i miejsc przez lata dla polskich badaczy i dziennikarzy niedostępnych.
Opowieści o pińskich Żydach, o marynarzach flotylli rzecznej, o panach na włościach i zwykłych chłopach - wszystkie je zawdzięczamy ludziom współcześnie żyjącym na Polesiu i próbującym tak różnorodną historię swojego regionu złożyć w całość i przekazać kolejnym pokoleniom. W swoich podróżach na wschód autorka spotkała wielu historyków hobbystów, badaczy i poszukiwaczy, pracowników muzeów i archiwów. Wszyscy oni przyczynili się do powstania tej wyjątkowej książki.

Styl pisania Małgorzaty Szejnert wymaga od czytelnika uwagi i skupienia na tekście. Odwdzięcza się piękną polszczyzną i solidną porcją wiedzy o tym nieco zapomnianym i pełnym fascynujących historii regionie.
Polecam!

Ocena: 5/6

niedziela, 6 listopada 2016

To nie są moje wielbłądy, Aleksandra Boćkowska

Bardzo ładnie wydana książka Boćkowskiej o intrygującym tytule towarzyszyła mi przez kilkanaście tygodni...
Lektura nie szła mi za dobrze, bo mimo interesującego tematu, autorka nie była w stanie opanować ani wątków, ani postaci i czytelnik dostał do ręki książkę - gąszcz, w którym dość trudno się odnaleźć.

Dowiedziałam się z tej pozycji kilku faktów z historii magazynów, powiedzmy "modowych". Poznałam powiązania polskich projektantów z Paryżem oraz skomplikowaną machinerię produkcji butów w przedsiębiorstwach państwowych. Rozbawiły mnie anegdoty o zdobywaniu i przerabianiu zachodnich ciuchów, o kreatywności rodaczek i rodaków w wytwarzaniu ubrań z przedmiotów codziennego użytku, czy też absurdalny charakter kontaktów między twórcami-artystami, a panami w brzydkich garniturach odpowiadających za dostawy i produkcję.

Niestety, jak już napisałam powyżej, ogromnym minusem książki jest panujący w niej chaos. Mimo, iż całość podzielona jest na rozdziały, tekstowi brakuje struktury i tematycznego uporządkowania. Jako osoba mająca bardzo blade pojęcie o przemyśle odzieżowym w Polsce gubiłam się wśród dziesiątek nazwisk, skoków w czasie i zmiany wątków. Wierzę, że kryje się w tym chaosie jakieś zamierzenie autorki. Jednak dla mnie, niestety, pozostało ono niejasne.
Szkoda, bo sam temat, dziesiątki zdjęć oraz możliwość rozmów z wieloma uczestnikami opisywanych wydarzeń, stanowiły doskonałe podstawy do stworzenia pozycji, która mogłaby stać się solidnym kompedium wiedzy o polskiej modzie powojennej. Tak się jednak nie stało.

Ocena: 3+/6

poniedziałek, 31 października 2016

Czarne liście, Maja Wolny

Jest to powieść, która bardzo mnie zaciekawiła odkąd pierwszy raz o niej usłyszałam. Pogrom kielecki w 1946 roku nie był tematem omawianym u nas na lekcjach historii, dowiedziałam się o nim dopiero podczas zajęć na studiach. Maja Wolny wokół tych tragicznych wydarzeń postanowiła stworzyć swoją opowieść.

Książka Czarne liście ma dwie główne bohaterki, których losy poznajemy naprzemiennie. Obie są silnymi, odważnymi kobietami, które samotnie zmagają się z przeciwieństwami losu. Pierwsza z nich to, żyjąca współcześnie, historyczka Weronika Czerny. Głównym tematem badań naukowych Weroniki są relacje polsko-żydowskie na wsiach kielecczyzny podczas drugiej wojny światowej. W przededniu obchodów okrągłej rocznicy pogromu znika dziesięcioletnia córka Weroniki, Laura. Wszelkie działania bohaterki skoncentrowane są więc na odnalezieniu córki, a tropów jest wiele...
Druga bohaterka to postać autentyczna, polska fotografka pochodzenia żydowskiego, która jako jedyna ze swojej rodziny przeżyła holokaust - Julia Pirotte. Poznajemy jej dzieciństwo spędzone w dwudziestoleciu, przeżycia wojenne, powrót do kraju i kulisy pracy w redakcji Żołnierza Polskiego. To właśnie na zlecenie przełożonych z gazety fotografka wyjeżdża w lipcu 1946 do Kielc, gdzie na miejscu fotografuje ślady zbrodni i rozmawia ze świadkami... 

Autorka, nota bene pochodząca z Kielc, wykazała się wielką odwagą sięgając po tak drażliwy temat i publikując swoją powieść właśnie teraz, kiedy czytając niektóre komentarze w internecie lub wypowiedzi polityków partii rządzącej odnosi się silne wrażenie, że niczego się jako naród nie nauczyliśmy na błędach z przeszłości...
Pięknym, momentami lirycznym językiem Maja Wolny opisuje bolesne kwiestie, nie oceniając przy tym postaw swoich bohaterów. Otwiera drzwi, dając czytelnikowi możliwość uporania się z trudnym tematem.

Książkę czyta się szybko i z przyjemnością, choć nie ukrywam, że ma i literacko słabsze momenty. Zbyt silne wpływy romansu i thrilleru nieco osłabiły moje ogólnie pozytywne wrażenie. Ale jest to pozycja, po którą z pewnością warto sięgnąć.

Ocena: -5/6

środa, 26 października 2016

Pani furia, Grażyna Plebanek

Grażyna Plebanek należy do moich ulubionych polskich autorek. I jest tak pomimo, iż przeczytałam dopiero dwie (tak, Pani furia to ta druga, a Dziewczyny z Portofino pierwsza) jej powieści. ALE uczestniczyłam w spotkaniu z Nią i śledzę na bieżąco jej działalność na fejsie. Z tych elementów wyłania się obraz silnej, zaangażowanej kobiety, z której poglądami bardzo mi po drodze. Chciałabym, by więcej takich osób pojawiało się w polskiej przestrzeni publicznej.
Ale nie o autorce chciałam pisać, ale o jej najnowszej książce, przepięknie wydanej, Pani furii. Pierwszej polskiej powieści, której główną bohaterką jest osoba o innym kolorze skóry, niż biały.

Mowa o Ali, pochodzącej z Konga młodej policjantce, która mieszka w Belgii, wygląda jak Afrykanka, a czuje się Europejką. Wyjechała ze swojego ojczystego kraju, Konga, jako siedmiolatka i tak naprawdę niewiele, oprócz kilku mglistych wspomnień, łączy ją z tym krajem. O Afryce często wspominają członkowie rodziny Ali, jej rodzice, ciotka i babcia, dla których wizja powrotu do Kinszasy, nawet po wielu latach spędzonych w Europie, jest realną perspektywą. Natomiast codzienność głównej bohaterki i jej braci, w której skomplikowane rodzinne relacje i problemy dorosłych nieustannie towarzyszą szkolnym i podwórkowym sprawom, nierozerwalnie łączy się z Belgią. Mimo iż nie zawsze jest im dane czuć się jak u siebie. Kwestia tożsamości, poczucie obcości, przywiązanie do korzeni oraz wewnętrzny przymus kontynuowania rodzinych tradycji, to tylko niektóre z motywów obecnych w powieści Plebanek.

Jest to książka wielowątkowa, opowiadająca losy wyrazistych i barwnych bohaterów. Bardzo ważna książka zwłaszcza w dzisiejszych czasach - poszerza horyzonty i pozwala przyjąć perspektywę tych "innych".

Mam jedynie dwa zastrzeżenia: chętnie poczytałabym więcej o dorosłym życiu Ali, jej codziennej pracy w policji, o jej związku z Dorianem i życiu poza pracą. Autorka włożyła mnóstwo czasu w research i przygotowania, spokojnie mogłaby napisać jakieś 200 stron więcej. Głębiej się wgryźć w dusze bohaterów, zdradzić więcej szczegółów z ich codzienności... Przeczytałabym z przyjemnością ;)
Drugie zastrzeżenie odnosi się to uczucia powtarzalności, jakie towarzyszyło mi podczas rozpoczynania lektury. Na spotkaniu autorskim, o którym wspomniałam na początku recenzji, Plebanek wymieniała książki, jakie czytała w ramach przygotowań do napisania Pani furii. Była wśród nich m.in. Amerykaana. I to właśnie wpływ tej książki jest, moim zdaniem, niezwykle widoczny na pierwszych dwudziestu stronach powieści. Na szczęście nabiera ona potem własnego tempa, skręca w swoją właściwą stronę stając się pełnokrwistą, wciągającą i świetnie napisaną powieścią. Bez wątpienia jedną z najlepszych w tym roku.

OGROMNIE POLECAM!

Ocena: 5+/6

niedziela, 23 października 2016

Genialna przyjaciółka, Elena Ferrante

Elena Ferrane to pisarka ewenement. Jej twarz i tożsamość od lat pozostają w ukryciu i są obiektem dziesiątek spekulacji, a jej powieści, przetłumaczone na kilkanaście języków stały się bestsellerami w wielu krajach Europy. Sukces ten Ferrante zawdzięcza w dużej mierze trylogii neapolitańskiej, której pierwszą część pt. Genialna przyjaciółka przeczytałam podczas urlopu we Włoszech.

Głównymi tematami książki są dorastanie w biednej dzielnicy Neapolu w latach pięćdziesiątych oraz przyjaźń dwóch dziewcząt Eleny i Lili. Narratorką powieści jest Elena, to wraz z nią poznajemy dzielnicę, w której mieszkają dziewczynki, ich sąsiadów, przyjaciół, nauczycieli. Mnóstwo szczegółów, smaków, zapachów, dźwięków składa się na niepowtarzalną atmosferę dzielnicy, która jest małą ojczyzną bohaterów.
To tak na pierwszy rzut oka. Bo gdy spojrzeć głębiej, okazuje się, że tematów Ferrante porusza o wiele więcej: nierówność społeczna, przemoc domowa, przestępczość, nierówne prawa kobiet i mężczyzn, ograniczony dostęp do edukacji i związany z tym brak perspektyw. Tematy znane i często obecne w literaturze światowej, umieszczone na włoskim podwórku nabrały swoistej egzotyki i oryginalności. Czytelnik niewiele tu odnajdzie ze słynnego dolce vita, a zamiast tego pozna sporo wstydliwych włoskich tajemnic, które chętnie zamiecionoby pod dywan.
Ferrante wyjaśnia nam Włochy, wyjaśnia jak funkcjonowało społeczeństwo tuż po wojnie, jakie ludzie mieli wtedy priotety i marzenia. A robi to używając barwnego języka: książkę czyta się szybko i z dużą przyjemnością.

I w sumie nie ma się do czego przyczepić.
Jednak zabrakło tego słynnego odczucia WOW! Ferrante napisała dobrą, solidną powieść. I to tyle, albo aż tyle. Jednak nie mamy w tym wypadku do czynienia z dziełem, czy literaturą wyjątkową, co nie powinno Was zrazić do lektury.   
Ja po dwie kolejne części sięgnę z pewnością.

Ocena: 5/6

środa, 12 października 2016

Biała Rika, Magdalena Parys

Wydana z wielkim rozmachem i promowana z jeszcze większym szumem - Biała Rika Magdaleny Parys, to tytuł, o którym latem było bardzo głośno. Ja swój egzemplarz podpisany przez autorkę przywiozłam w czerwcu z big booka i niedawno przeczytałam.
Biała Rika okazała się książką, którą charakteryzuje ewidentny przerost formy nad treścią, a informacje umieszczone na okładce, (tajemnica z przeszłości, rodzinne sekrety, pamięć i tożsamość) niewiele mają wspólnego z treścią.

W 80% jest to opowieść Dagmary, dziewczynki mniej więcej dziesięcioletniej, o jej dzieciństwie spędzonym w Szczecinie. Są to więc głównie sprawy szkolne, zabawy na podwórku, pogmatwane (z perspektywy dziecka) rodzinne relacje, dziecięce przyjaźne. Opowieść dziecka przetykana jest wyznaniami dorosłej Dagmary, która chce do końca rozwikłać rodzinną tajemnicę i poznać wojenną historię babci Riki i jej męża oraz opisem przeżyć wojennych tych dwojga.

Powieść składa się z bardzo krótkich, chaotycznych rozdziałów, poprzetykanych didaskaliami ujawniającymi fragmenty rozmów autorki z redaktorką książki na temat tekstu i koniecznych zmian lub poprawek oraz rysunkami dziecka, próbującego stworzyć drzewo genealogiczne swojej rodziny. Sposób narracji przypomina zapis rozmowy prowadzonej z przyjaciółką przez telefon lub lekturę pamiętnika z podstawówki i to właśnie dlatego Białą, Rikę czyta się błyskawicznie. Momentami można się nawet uśmiechnąć.

Problem w tym, że tej z książki w czytelniku absolutnie nic nie pozostaje. Powieść Parys jest infantylna i płytka, co po części wynika z faktu, że zdecydowała się główną narratorką uczynić dziesięciolatkę. Nie do końca jest dla mnie jasne, co autorka chciała swoim czytelnikom przekazać. W porównaniu z innymi historiami wojennymi lub rodzinnymi tajemnicami, o których czytałam lub słyszałam, historia Riki wypada bardziej niż blado. Lektura ani trochę nie zaangażowała mnie emocjonalnie i nie skłoniła do głębszych przemyśleń.
Rozczarowanie.

Ocena: 3/6

niedziela, 9 października 2016

Podsumowanie lata i plany na jesień

Na początku sierpnia ułożyłam w stos siedem książek z zamiarem przeczytania ich do końca września:


Cóż, dwa miesiące minęły, a realizację zadania oceniam zaledwie na 3+.

Trzy książki przeczytałam, zrecenzowałam dwie, trzecia opinia pojawi się niebawem:

Miraże, Sylwia Zientek 
Dziennik roku chrystusowego, Jacek Dehnel 
Biała Rika, Magdalena Parys 

Trzy nadal czytam. Mam nadzieję wyrobić się do końca roku :)
Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii, Bernd Heinrich
To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL, Aleksandra Boćkowska
Usypać góry. Historie z Polesia, Małgorzata Szejnert

Jednej nawet nie zaczęłam, więc wróciła na regał:
Morelowy sad, Amanda Coplin

Bilans nie najlepszy, przyznaję samokrytycznie. Na pocieszenie stwierdzam, że w sierpniu i wrześniu, dokończyłam lub przeczytałam w całości kilka tytułów spoza listy:

Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowej, Jaroslav Hašek
Zaduch. Reportaże o obcości, Marta Szarejko 
Życie miłosne, Zeruya Shalev 
Odgłosy rosnących bananów, Ece Temelkuran
Pięćdziesiątka, Inga Iwasiów

To chyba najlepszy dowód na to, że nie najlepiej mi wychodzi czytanie według planu. Dużo bardziej wolę wybieranie lektur na bieżąco, pod wływem nastroju, impulsu, czy wewnętrznaj potrzeby. A jak jest z tym u Was?

Okres wakacyjny, to jednak nie tylko samo czytanie, ale i podróże oraz związane z nimi książkowe zakupy i odwiedziny u innych moli książkowych, które kończą się pożyczonymi stosami :) (oraz więcej czasu na buszowanie po księgarniach internetowych).

Oto efekty minionych dwóch miesięcy:

zakupy w Sztuce wybroru w Gdańsku

wyprzedaż na Arosie książek Wydawnictwa Literackiego
stos świeżuteńkich jesiennych nowości w dobrych cenach z nieprzeczytane.pl
pożyczony stos reportaży



















Moje książkowe plany na jesień to przede wszystkim książki z widocznyc powyżej stosów (jakoś nie mogę się przed tym planowaniem obronić, hi hi). Oraz to, co mi jeszcze w ręce wpadnie ;)

Co jeszcze przyniesie jesień oprócz książek, chłodu i deszczu?

Pod koniec października wybieram się do Krakowa na, już drugi w tym roku po big booku, festiwal literacki. Nie mogę się doczekać!
Ktoś z Was będzie?

Jakie są Wasze książkowe plany na jesień?