piątek, 9 września 2016

Dziennik roku chrystusowego, Jacek Dehnel

Do Jacka Dehnela mam słabość.
Kiedy więc się dowiedziałam, że w wieku 33 lat postanowił napisać i WYDAĆ swój dziennik, od razu wiedziałam, że z pewnością go kupię i przeczytam. I nawet pojawiające się w necie dość chłodne recenzje nie skłoniły mnie od porzucenia tego zamiaru. Nie chciałam przepuścić okazji do bezkarnego zaglądania w codzienność jednego ze swoich ulubionych twórców.
No i zaglądałam. Całe 512 stron.

I wydaje mi się, że słabość do autora to podstawowy warunek, by tę książkę w całości przeczytać. W innym przypadku może być ciężko...

A o czym czytamy? Głównie o przyziemych sprawach pary Pietia i Jacek, czyli np. o remoncie mieszkania i związanym z tym przechowywaniem makaronu w skarpetkach, załatwianiu różnych codziennych spraw, rozlicznych spotkaniach towarzyskich. Czyli dziesiątki stron nicniewnoszących banałów i bzdurek.

W sumie najciekawszy był dla mnie pojawiający się w książce bardzo często wątek podróży, których Jacek Dehnel obywa w ciągu roku jakieś niemożliwe do policzenia ilości. Są wśród nich podróże prywatne i zawodowe: wyjazdy na spotkania autorskie, festiwale literackie, warsztaty i związane z tym nieskończone godziny spędzone w pociągach na trasach całego kraju, noclegi w bezosobowych, pustych pokojach gościnnych i hotelowych. Relacje takich spotkań z perspektywy autora, jego odbiór publiczności i przeróżnych jej zachowań - to właśnie te fragmenty czytałam z zainteresowaniem, tego chciałam się o Dehnelu dowiedzieć. Ciekawe były także opisy dłuższych pobytów autora w Anglii i we Włoszech, a najbardziej podobała mi się relacja z wizyty w Indiach, która przypomniała mi, że Jacek Dehnel potrafi świetnie pisać....
Bo tak poza tym, to zwyczajnie za mało tu pisarza w pisarzu. Z dziennika wynika, że praca nad każdą kolejną książką to dla Dehnela katorga - dla zwykłych śmiertelników porównywalna z pisaniem pracy magisterskiej, ale tę pisze się raz i koniec. Jeśli ktoś z pisania żyje, to chciałabym się dowiedzieć więcej o samym procesie twórczym, o reserchu, o literackich inspiracjach, pomysłach na kolejne książki, o konieczności pisania tekstów do gazet, o tłumaczeniach. Zamiast tego Dehnel informuje nas o kolejnych imbrykach herbaty oraz o tym, jak bardzo pisanie Matki Makryny go nuży i męczy. Przyznaje się również do tego, że jeden, czy dwa fragmenty Dziennika usunął i przerobił na osobny felieton, który sprzedał do prasy. Może warto byłoby więcej ambitniejszej treści w tej książce zostawić.

Co mi jeszcze przeszkadzało?
Fałszywa skromność pisarza i powtarzane wielokrotnie zdań w stylu: ach, gdzie mi tam do wielkich pisarzy, nie porównuję swojej twórczości do dzieł innych pisarzy, za kilka lat nikt już mnie nie będzie pamiętał.... Bardzo mi to zgrzytało chociażby w porównaniu z innymi stwierdzeniami autora, w których podkreśla swoją przewagę intelektualną nad innymi, rozległą elokwencję i tzw. obycie.
Kilkakrotnie wpomina o problemach rodzinnych, trochę na zasadzie: wiem, ale wam nie powiem. Ok, nie chcesz, to nie pisz. Ale może najlepiej wcale o tym nie wspominaj.

Mogłabym tak jeszcze trochę powymieniać, ale już sobie odpuszczę. Przemawia przeze mnie duże rozczarowanie: autor, którego cenię, o którym sądziłam, że trzyma poziom, wypuścił na rynek zwyczajnego gniota. Dziennik naprawdę niewiele wnosi i nie potrafię zrozumieć, dlaczego Jacek Dehnel zdecydował się na jego publikację. Nie pokazał tu swojego kunsztu pisarskiego, nie pozwolił zajrzeć głębiej w swoje ja, więc ja się pytam PO CO, panie Jacku, PO CO?

Wspaniałość Lali zbladła nieco po tej lekturze. Zamierzam jesienią sięgnąć, po którąś z powieści pisarza, by przekonać się, czy ciągle jeszcze jest mi z nim po drodze, a o Dzienniku zapomnieć....

Ocena: 3+/6

4 komentarze:

  1. Mój mąż próbował przeczytać, naprawdę próbował. Odpadł mniej więcej w połowie. Ja sobie daruję. Słabości do autora nie mam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahahaha! Bardzo dziękuję za tę szczerość!
    Ja też słabości nie mam, jak wiadomo, więc po dziennik na pewno nie sięgnę.
    Ja mam słabość do leśnych jezior na Mazurach i tamże zaraz się udam.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie próbuj. Nie dałabyś rady ;)

      Usuń