poniedziałek, 23 maja 2016

Rezultaty Światowego Dnia Książki 2016

Dziś mija dokładnie miesiąc od tegorocznego święta książek i ich czytelników - to doskonała okazja, by fotograficznie na moment powrócić to tego szczególnego kwietniowego dnia...

W tym roku postanowiłam z okazji Dnia Książki w swiat puścić cztery powieści, do których ja już nie wrócę, a które innym, zwłaszcza młodszym czytelnikom, sprawić mogą sporo radości:













Przez tydzień poprzedzający 23 kwietnia zbierałam zgłoszenia, aż w końcu okazało się, że książki powędrują do Patrycji, w okolice Kielc. Kilka dni to trwało, ale paczka z małą niespodzianką trafiła do adresatki:
Patrycja czyta już książkę "Ja, diablica". Mam nadzieję, że lektura sprawi jej sporo radości :)

A skoro u mnie na półce, przynajmniej teoretycznie, zrobiło się luźniej, to skorzystałam z 50% obniżki na wszystkie tytuły na stronie wydawnictwa Czarna Owca i zamówiłam te oto tytuły:


Takie świętowanie, to ja lubię :))

poniedziałek, 9 maja 2016

Japoński wachlarz. Powroty, Joanna Bator

Ta bardzo interesująca książka jest efektem trzech dłuższych pobytów Joanny Bator w Japonii oraz jej niepodważalnej fascynacji tym krajem. Jest to jej kolejne wydanie, uzupełnione komentarzami autorki dotyczącymi zmian, jakie zaszły w tym kraju na przestrzeni dziesięciu lat.
Japoński wachlarz jest pierwszą z trzech "japońskich" książek pisarki, kolejne to Rekin z parku Yoyogi, który czeka na nocnej szafce oraz mająca się ukazać lada dzień Japonia. Smaki i znaki. 

Książkę tę można czytać na wiele sposobów: jako przewodnik po Japonii, jako pamiętnik intelektualistki zanurzającej się w obcą kulturę, którą próbuje poznać i zrozumieć, albo jak podręcznik wiedzy o historii, kulturze i obyczajach Kraju Kwitnącej Wiśni.

Pozycja ta, pomijając już fakt, że dostarcza czytelnikowi sporo solidnych informacji na temat Japonii i jej mieszkańców, bardzo uwrażliwia na kwestie różnic kulturowych i stawia przed czytelnikiem lustro. Nagle może się okazać, że powietrze w środkach komunikacji publicznej w Europie dla Japończyka, spędzającego przeciętnie godzinę w kąpieli, zwyczajnie śmierdzi, a jedzenie nożem i widelcem krwawiącego steka jest dla twórców dziesiątek rytuałów związanych z jedzeniem zwyczajnym barbarzyństwem.  Wiecie na przykład, dlaczego sushi zawsze podawane jest w ilości 2, 4 lub 6 sztuk? To nie przypadek, z książki dowiecie się, dlaczego jest tak, a nie inaczej :)

W Japonii wiele zachowań uznawanych w Europie za "normalne" nie uchodzi, wszystkie dziedziny życia uporządkowane są przez setki żelaznych, niezmienianych od wieków reguł. Niektóre z nich mogą bawić, inne szokować, ale warto poświęcić im uwagę - spróbować je zrozumieć i skontekstualizować. Otworzyć własny umysł i wyruszyć na literacką wyprawę do kraju, w którym baaardzo wiele jest do odkrycia. A przy tym odkrywaniu Joanna Bator sprawdza się znakomicie - jako przewodniczka i króliczek doświadczalny :)

Mam olbrzymią ochotę wysłać autorkę na Kubę, do Nowej Zelandii, czy Południowej Afryki, by móc przeczytać potem o jej wrażeniach. Na szczęście na półce czeka Wyspa łza...
BARDZO POLECAM!

Ocena: 6/6

niedziela, 8 maja 2016

Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Weronika Murek

Od czasu do czasu pojawia się na rynku wydawniczym książka, która porusza czytelników i recenzentów, i uznawana zostaje za objawienie.
W ubiegłym roku tak było w przypadku Uprawy roślin południowych metodą Miczurina, którą m.in. duet recenzencki Piotr Kofta i Magdalena Miecznicka uznał na antenie radiowej Dwójki za absolutną książkę 2015.
No cóż, wzięłam udział w tym czytelniczym eksperymencie i niestety: ja tych zachwytów absolutnie nie rozumiem.

Niewielkich rozmiarów książeczka zawiera siedem opowiadań jak z narkotycznego snu. Przepełnionych absurdem surrealistycznych opowiastek bez morału i wyraźnego zakończenia. Dzieją się one w przedszkolu, albo w niebie, bohaterami są umarłe kobiety albo anioły. Można je czytać dla zabawy, na wyrywki. Miłośnikom opowieści fantastycznych i zwolennikom freestajlu w literaturze z pewnością przypadną one do gustu.
Murek posługuje się staranną polszczyzną, bawi się w wymyślanie nowych słów i związków frazeologicznych, ale do Gombrowicza jej daleko. Jej książka zwyczajnie do mnie nie trafiła.

Skiatos napisała w recenzji tej książki na portalu lubimyczytac: "Kolejna literacka wydmuszka". W pełni się z tą opinią zgadzam.

Ocena: 3/6

sobota, 7 maja 2016

Dziewczyna, która kochała kamelie, Julie Kavanagh

Tytułowa dziewczyna, która kochała kamelie, to nikt inny jak Marie Duplessis, dziewiętnastowieczna kurtyzana, która podbijała serca artystów i arystokratów. Aleksandra Dumasa (syna) zainspirowała do napisania Damy kameliowej, a wielu malarzy uwieczniło jej niepowtarzalną urodę na płótnie.

Marie urodziła się jako Alphonsine, w biednej rodzinie z dala od paryskiego przepychu i blichtru. Wychowywana bez matki, obie z siostrą bardzo wcześnie musiały zacząć zarabiać na życie. W dramatycznych okolicznościach, przedwcześnie, osiągnęła dorosłość i postanowiła podbić Paryż zapewniając sobie luksusowe życie na koszt innych. W ówczesnej epoce konwenansów i sztywnych obyczajowych zasad osoby pochodzące z tzw. nizin społecznych niewiele miały możliwości zdobycia klasowego awansu. Młoda, niewykształcona dziewczyna z prowincji taką szansę miała w zasadzie tylko jedną: zostać kurtyzaną. To właśnie taki cel obrała sobie młodziutka Alphonsine. Zapragnęła stać się nie byle jaką, a najsłynniejszą i najbardziej pożądaną kurtyzaną Paryża.
Niestety jej sława przeminęła bardzo szybko: Marie zmarła na gruźlicę w wieku zaledwie 23 lat, a po śmierci stała się legendą.

Dzięki książce Kavanach mamy okazję poznać losy wyjątkowo odważnej i ambitnej młodej kobiety, która żyła w dość nieprzyjaznych czasach. Dowiemy się sporo o epoce, w której żyła oraz o ówczesnym francuskim społeczeństwie i zasadach, jakimi się wówczas kierowano.

Niestety lektury Dziewczyna, która kochała kamelie nie można nazwać przyjemnością. Tekst jest bardzo niespójny i poszarpany, momentami wręcz chaotyczny. Autorka przeskakuje z tematu na temat, nie kończy wątków, skupia się na szczegółach, a ważne wydarzenia, jak na przykład ślub Marie, opisuje mimochodem w dwóch zdaniach. Wprowadza też dziesiątki postaci, które miały mniejszy lub większy wpływ na życie Duplessis, rozpisując się z detalami o ich życiu, tracąc przy tym z oczu właściwy temat.
Być może jest to wynik marnej wprawy autorki w posługiwaniu się źródłami historycznymi, w pozyskiwaniu z nich potrzebnych informacji i pisaniu na ich podstawie samodzielnego tekstu. W związku z tym mamy do czynienia z pozycją literacko dość marną, skierowaną do szczególnie wytrwałych czytelników, pragnących za wszelką cenę poznać losy bohaterki.

Ocena: 3/6

środa, 4 maja 2016

Spotkanie autorskie z Magdaleną Grzebałkowską

Jeszcze w kwietniu uczestniczyłam w spotkaniu ze wspaniałą kobietą i świetną reporterką Magdaleną Grzebałkowską, które poświęcone było jej książce 1945. Wojna i pokój.

Mimo nieznośnego upału panującego w sali i słońca świecącego zgromadzonym prosto w oczy, dwie godziny spędzone w towarzystwie autorki były naprawdę wyjątkowe.
Magdalena Grzebałkowska jest, jak na rasową reporterkę przystało, osobą bardzo otwartą i naturalną, a słuchać jej można godzinami. Jej opowieści o pracy nad książką, o samym pomyśle i genezie jej powstawania, o podróży z rodziną przez Ziemie Odzyskane i relacje z rozmów ze świadkami historii, stanowiły idealne uzupełnienie przeczytanej książki.

Autorka wymieniła kilka tematów, które z różnych względów do książki nie trafiły. Oraz dwa, o których wcześniej nie pomyślała, a które w sumie mogłyby stać się tematami osobnych publikacji, których ona jednak nie zamierza pisać. Chodzi tu o losy tych Polaków, którzy w i po 1945 roku pozostali na Kresach, we Lwowie i Wilnie oraz tych w Niemczech, którzy opuszczali miejsca pracy przymusowej, obozy koncentracyjne i jenieckie i, ze względu na okupację, zniszczenia wojenne i brak środków komunikacji, nie mając możliwości powrotu do kraju, miesiącami mieszkali na "terenie wroga".
Szokujące dla mnie były relacje ze spotkań z mieszkańcami pogranicza polsko-ukraińskiego, które siedemdziesiąt lat po wojnie, bały się rozmawiać o ówczesnych konfliktach z sąsiadami! Inne zaś, których historia, mimo zmienionego nazwiska, została rozpoznana, spotkały się z odrzuceniem przez swoje środowisko. Również teraz, jak o tym piszę, dostaję gęsiej skórki...

Osobny temat stanowił research w archiwach mający na celu zebranie ogłoszeń drobnych, poprzedzających każdy rodział w książce. Grzebałkowska świadomie starała się unikać ogłoszeń politycznych, skupiajac się na tych odzwierciedlających przejmujące ludzkie losy powojenne. Wyznała przy tym ze śmiechem, że jako absolwentka historii ze specjalnością archiwizacja, szczególnym sentymentem darzy pracę z tekstami źródłowymi.

Nie obyło się bez ogólniejszych rozważań o pracy reportera, o koniecznej empatii, wrażliwości na drugiego człowieka i osobistym zaangażowaniu oraz ważnej społecznie roli, którą chcąc nie chcąc, przyjmuje.
Po odpowiedzi na pytania publiczności, autorka podpisała liczne egzemplarze książki. W tym mój :)

Magdalena Grzebałkowska podpisuje mój 1945