piątek, 29 lipca 2016

Amerykaana, Chimamanda Ngozi Adichie

Chimamanda Ngozi Adichie jest feministką i autorką książek. Pochodzi z Nigerii, mieszka na zmianę w swoim ojczystym kraju i w USA. Swoje książki pisze w języku angielskim. Urodziła się w rodzinie akademickiej, dorastała w mieście uniwersyteckim, ukończyła kilka kierunków studiów (źródło: niemiecka wikipedia). Czytając Amerykaanę łatwo wywnioskować, że losy głównej bohaterki książki, Ifemelu, mają bardzo wiele wspólnego z przeszłością autorki.

Ifemelu poznajemy w momencie wizyty u fryzjera. Przed ostatecznym powrotem z USA do Nigerii kobieta postanawia zapleść sobie warkoczyki w afrykańskim salonie. Tak banalny, wydawałoby się, temat jak włosy pojawia się w książce kilka razy i jest bardzo istotnym sybolem walki o wolność i niezależność czarnoskórych kobiet.
Ale wracając do Ifemelu: czytelnik stopniowo poznaje historię młodej kobiety: jej dzieciństwo spędzone w Nigerii, pierwszą miłość, studia, wyjazd na stypendium do USA i próbę odnalezienia się w tamtejszej, zupełnie obcej, rzczywistości. Obok głównej bohaterki mamy też dziesiątki innych postaci, wyrazistych, z charakterem: chłopak Ifemelu Obinze, jego matka, jej ciotka, liczne przyjaciółki, amerykańskie pracodawczynie i szefowa Ifemelu w redakcji w Lagos. To tylko niektóre z nich.
Obserwacje życia codziennego w USA, niewypowiedziane konflikty między białymi i czarnymi, między Afroamerykanami, a Afrykańczykami, niezwykłe migawki życia codziennego nigeryjskich elit, to tylko niektóre aspekty książki. W obu krajach Adichie opisuje głównie środowisko ludzi wykształconych, jej bohaterka ma ukończone studia i płynnie, bez akcentu, mówi po angielsku (choć i ten akcent to temat rzeka...), a mimo to czuje się obco, doświadcza przejawów rasizmu, który jest tym bardziej bolesny, że popełniany bywa nieświadomie.

Powieść składa się z dwóch płaszczyzn: narracji, która płynie wartko i lekko. Ot historia młodej dziewczyny na imigracji, niezbyt łatwa, ale to przecież żadna nowość. Ale pojawia się druga warstwa: pojedyncze, krótkie zdania, wnioski, komentarze, które walą czytelnika między oczy i o których myśli on później tygodniami. Taka jest właśnie, moim zdaniem, powieść idealna.

Mam wrażenie, że Amerykaana przeszła u nas bez wielkiego echa, a szkoda. Jest to bardzo istotna książka, która umożliwa wejście w skórę drugiego człowieka (tę czarną skórę) i poznanie rzeczywistości z tej odmiennej perspektywy. To jest powieść łamiąca stereotypy i uprzedzenia - jeśli tylko się na to otworzymy. 

Ale uwaga! Po przeczytaniu tej książki zmieni się Wasz sposób postrzegania świata. Przestaniecie widzieć go tylko i wyłącznie z perspektywy białego człowieka. Poszerzy się Wasz horyzont i będziecie w stanie dostrzegać i rozumieć więcej, niż przed lekturą.

Coż mogę dodać... KONIECZNIE!

Ocena: 6/6

środa, 27 lipca 2016

Niedziela nad Sekwaną, Susan Vreeland

Czy zastanawialiście się kiedyś, jaki powstawały wielkie dzieła malarskie? Ile pracy i wysiłku, ile przygotowań tkwi w każdym kolorowym płótnie?

W swojej powieści Susan Vreeland postanowiła przeanalizować proces powstawania obrazu, a przedstawionym na nim postaciom nadać ludzki wymiar, opisując ich historię. Na warsztat wzięła dzieło Auguste'a Renoira "Śniadanie wioślarzy" namalowane w latach 1880-81.
Sam malarz impresjonista jest oczywiście głównym bohaterem powieści, który przemierza brukowane uliczki Paryża w poszukiwaniu natchnienia, towarzystwa lub pieniędzy. Poznajemy  targające nim rozterki, problemy finansowe i kłopoty miłosne. Renoir jest naszym przewodnikiem w świecie paryskiej bohemy, wprowadza nas w skomplikowane stosunki panujące między członkami grupy impresjonistów. Zabiera nas na salony i do paryskich kawiarni, pozwala towarzyszyć sobie poczas kupowania farb i rozmów z klientami.
Na stronach powieści pojawiają się nazwiska znanych malarzy, pisarzy, polityków czy słynnych mecenasów sztuki. Jednym z nich jest stojący na tylnym planie mężczyzna w cylindrze, czyli Charles Ephrussi (nazwisko znane mi z lektury fenomenalnego Zająca o bursztynowych oczach).

Obraz powstaje w malowniczo położonej nad Sekwaną gospodzie Chatou's Maison Fournaise, dokąd liczni paryżanie udawali się w letnie dni, by uciec z dusznego miasta i przyjemnie spędzić dzień na łonie natury, przy dobrym jedzeniu i w doborowym towarzystwie. To właśnie takie beztroskie popołudnie w gronie przyjaciół zainspirowało Renoira do namalowania tego obrazu. Podczas kilku kolejnych letnich niedziel grono jego bliższych i dalszych znajomych pojawia się w gospodzie, by pozować artyście. Skomplikowane relacje pomiędzy nimi stanowią jeden z motywów powieści.

Która z kobiet na obrazie była kochanką malarza, a która jego powiernicą? Z którą Renoir się ożenił, a która tylko wyjątkowo go irytowała?
Odpowiedzi na te i szereg innych pytań można odnaleźć w książce, która stanowi doskonałą lekturę na letnie wieczory.

Ocena: 4/6


Oto obraz w całości. Obecnie znajduje się w kolekcji Duncana Phillipsa w Waszyngtonie. 
(źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Aniadanie_wio%C5%9Blarzy)

niedziela, 24 lipca 2016

Terra nullius, Sven Lindqvist

Z czym kojarzy Wam się Australia?
Kangury, słodkie misie koala i przystojni surferzy na bezkresnych plażach?
Cóż, po lekturze książki Lindqvista obraz ten zostanie uzupełniony przez kilka niezbyt przyjemnych faktów dotyczących historii tego kontynentu.

"Terra nullius. Z łaciny terra, ziemia, teren, kraina, i nullius, niczyj. A więc: ziemia niczyja, terytorium które nie należy do nikogo. W każdym razie do nikogo, z kim trzeba by się liczyć." (str. 7) Takimi słowami Lindqvist rozpoczyna swój tekst, dzięki któremu krok po kroku czytelnik poznaje haniebne czyny leżące u podstaw australijskiej państwowości i kształtujące je aż do początków XX wieku (!). Repotaż ten jest w zasadzie aktem oskarżenia skierowanym przeciwko białym kolonizatorom, którzy na przestrzeni kilku wieków, zadali śmierć i cierpienie setkom tysięcy rdzennych mieszkańców Australii.
Autor opisuje wiele aspektów historii kontynentu oraz rozliczne przestępstwa i nadużycia popełniane na Aborygenach, jak na przykład ludobójstwo, pozbawienie ziemi, odbieranie aborygeńskim kobietom dzieci zrodzonych w wyniku gwałtów popełnianych przez białych. Dzieci, które w "ośrodkach wychowawczych" były "cywilizowane" i przyuczane do ciężkiej, fizycznej, najczęściej nieodpłatnej, pracy dla białych. Zmuszanie młodych, 6-7 letnich chłopców do wyławiania perełna sporych głębokościach i w nieludzkich warunkach, co prawie zawsze kończyło się ich upośledzeniem lub śmiercią. To tylko niektóre aspekty pojawiające się w książce.
Stojący za tymi czynami absolutny brak poszanowania dla religii, tradycji i kultury Aborygenów potęgowało przekonanie o wyższości białej rasy nad "dzikimi" i usprawiedliwiało przemoc i wykorzystywanie innych.

Reportaż Lindqvista czyta się błyskawicznie, jest napisany barwnym, żywym językiem. Nie jest on jednak obiektywny: autor jasno określa swoją pozycję i jednoznacznie ocenia postępowanie kolonizatorów. Jest to książka nie tylko o historii Australii, znajdziemy w niej odniesienia do antropologii i psychologii, liczne przykłady z literatury, a całość kończy dość smutna analiza ówczesnej polityki australijskiej dotyczącej przepisów imigracyjnych.

Bardzo dobra i bardzo ważna książka. Polecam!

Ocena: 6/6

sobota, 9 lipca 2016

Fatum i furia, Lauren Groof

Tytuł, na który w minionych tygodniach natknął się chyba każdy mól książkowy regularnie odwiedzający książkowe blogi.
"Ulubiona powieść Baracka Obamy w ubiegłym roku" - to m.in. tym zdaniem umieszczonym na okładce wydawca reklamuje tę pozycję .
Cóż, uległam reklamie. Nie pierwszy zresztą raz.
Książkę kupiłam i przeczytałam. Szału nie było, ale przyznać muszę, że Lauren Groof ciekawie opisała historię pewnego małżeństwa udowadniając, że jeden związek to zawsze DWA punkty widzenia. Ok, Groof uczyniła to w niezwykle dobitny sposób, co tylko podkręca atrakcyjność książki i trzyma czytelnika w napięciu do ostatniej strony.

Pierwsza część powieści to wesja jego. Lancelota. Chronologiczna narracja wprowadza nas, czytelników, w dzieciństwo bohatera, trudny okres dojrzewania w internacie, studia oraz małżeństwo z Mathilde. Lotto najpierw próbuje swoich sił jako aktor, by ostatecznie osiągnąć ogromny sukces jako dramatopisarz. Jest pewnym siebie, przekonanym o swojej wyjątkowości egocentrykiem. Jego opowieść jest monotonna, momentami nawet nudna i przewidywalna. Mimo bujnej przeszłości bohater wielokrotnie podkreśla swoją miłość do żony, najcudowniejszej kobiety na świecie.

Po przeczytaniu historii Lotta pomyślałam sobie: no dobra, Groff, co teraz? Zaskoczysz mnie?
TAK, zaskoczyła i to jak. Już początek opowieści Mathilde jest niezwykle dramatyczny. A potem już tylko niespodzianka goni niespodziankę. Poszarpana, chaotyczna chronologia odzwierciedla złożoność charakteru bohaterki. Tragiczne wydarzenie z dzieciństwa, które zmienia życie dziewczynki, wyjazd do babki, później do wuja i okres studiów. Aż wreszcie w jej życiu pojawia się ON: Lancelot.
Swoją książką Groof udowadnia, że ludzie potrafią spędzić ze sobą całe życie kompletnie siebie nawzajem nie znając i nie rozumiejąc. Myślę, że w tym właśnie tkwi jej sukces.

W jednym z ostatnich wydań Wysokich obsasów zamieszczono krótką rozmowę z autorką, która wprowadziła mnie w głęboką konsternację. Lauren Groof mówiła bowiem o tym, że uczuciem kierującym postępowaniem Mathilde był gniew. Natomiast moim zdaniem jej siłą napędową był strach i ogromne poczucie samotności... Ale to już temat na osobną dyskusję...

Niełatwo pisać o tej powieści, nie zdradzając faktów z życia bohaterów. Dlatego najlepiej sami sięgnijcie po Fatum i furię, by wyrobić sobie opinię o tej dość kontrowersyjnie przyjętej powieści.

Ocena: 4+ / 6