czwartek, 21 września 2017

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, Cezary Łazarewicz

Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Łazarewicza było Sześć pięter luksusu. Czytałam ją dwa lata temu i po lekturze miałam niestety sporo zastrzeżeń.

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza kupiłam w Gdyni przy okazji spotkania z autorem, które poprowadziła Anna Dziewit-Meller w ramach festiwalu Miasto słowa.
Zebrane w tomie teksty pochodzące z lat 90-tych świetnie oddają atmosferę tamtych lat. Czasy, których jedni nie chcą pamiętać wcale, a inni całkowicie negują. Oszustwa na wielką skalę, bieda i beznadzieja terenów popeegerowskich, samozwańczy spece od wszystkiego, szemrane interesy, alkoholizm, bezradność i naiwność zwykłych ludzi - to wszystko odnajdziemy w reportażach Łazarewicza.

Wyłania się z nich obraz smutnego kaju, w którym mieszkają nieszczęśliwi ludzie zawieszeni pomiędzy komunistyczną przeszłością, do której nie ma powrotu, a przerażającą, kapitalistyczną przyszłością. Ta książka pozwala nam uświadomić sobie, jak bardzo nasz kraj zmienił się w przeciągu minionych dwudziestu lat. Jednocześnie przypomina nam, skąd pochodzimy, a to, jak już wspomniałam, jest prawdą dość bolesną, o której wielu chciałoby zapomnieć. Takie wnikliwe spojrzenie wstecz pomaga zrozumieć, dlaczego niektórzy Polacy dokonują takich wyborów politycznych, jakich dokonują.

Zamieszczone w zbiorze teksty zostały napisane ok. 20 lat temu i przedrukowane bez poprawek. Szkoda, że Łazarewicz nie pokusił się o odnalezienie swoich bohaterów, czy odwiedzenie opisywanych miejsc i dopisanie dalszego ciągu tych historii. Miałam też nadzieję na nieco więcej regionalnego kolorytu, zwłaszcza, że już sam tytuł zapowiada Reportaże z Pomorza. Niestety oprócz nazw miejscowości, niewiele jest w tekstach samego Pomorza, a opisywane wydarzenia mogły się wydarzyć w dowolnym miejscu w Polsce.

Czy warto więc sięgnąć po tę książkę? Jeśli interesują was lata 90-te na polskiej prowincji i chcecie lepiej poznać naszą narodową mentalność, to na pewno tak.

Ocena: 4/6

Żoną Łazarewicza jest dziennikarka i publicystka Ewa Winnicka. Muszę przyznać, że jej książki bardziej trafiają w mój czytelniczy gust. Dotychczas przeczytałam Angoli i Londyńczyków, a na półce już czeka pożyczona od koleżanki biografia Barbary Piaseckiej-Johnson.

Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz gościli w sierpniowym odcinku Barłogu Literackiego. Ciekawie opowiadają o swoich książkach, małżeńskiej współpracy i życiu dziennikarzy. Warto obejrzeć!


wtorek, 19 września 2017

Rok królika, Joanna Bator

Oj niełatwa to była przeprawa, niełatwa. Brnęłam przez Rok królika tygodniami i wielokrotnie byłam o krok od rzucenia książki w kąt nie dokończywszy lektury. Nie zrobiłam tego, bo to w gruncie rzeczy jest dobra powieść, ale nie na pierwszy i nie na drugi rzut oka...
Im więcej czasu mija odkąd skończyłam czytać najnowszą książkę Joanny Bator i im częściej opowiadam o niej innym osobom, tym bardziej ją doceniam. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to tekst literacki, przez który się brnie. Z wyjątkiem ostatnich pięćdziesięciu stron, ale o tym później.

Zacznijmy jednak od tego, że najpierw była Wyspa łza. Niezwykła, poruszająca książka, która nie daje się wtłoczyć w sztywne literackie kategorie. Osobista, głęboka i bardzo ważna nie tylko dla autorki, ale, jak podejrzewam, i dla wielu czytelników. Bator pisała w niej m.in. o kryzysie twórczym, codziennej pracy pisarki i pomysłach na kolejną powieść, czyli właśnie na Rok królika. Opisując koszmar pogoni za natchnieniem wymieniła interesujące ją motywy: mroczne bliźniaczki, znikanie, poligamię i króliki. Ich pojawienie się w powieści nie było zatem dla mnie żadną niespodzianką. Za to częstotliwość, z jaką powracają na kolejnych stronach, w pewnej chwili stała się męcząca.
Akcja powieści toczy się bardzo powoli. Główna bohaterka, autorka bestsellerowych romansów historycznych Julia Mrok, postanawia zerwać ze swoim dotychczasowym życiem, które wiodła w towarzystwie dwóch mężczyzn. Starannie aranżuje swoje zniknięcie i jako Anna Karr trafia do Ząbkowic Śląskich, do Spa pod Królikiem. To, co jej się tam przydarza przypomina absurdalny sen bądź majaki narkomana. Atmosfera powieści jest duszna, szara, pokryta mgłą i bardzo tajemnicza. Taka, przez którą się brnie. Aż do momentu, gdy na scenę wkracza Półkownik. Wtedy akcja nabiera tempa, a całość staje się pierwszorzędną komedią omyłek - ostatnie kilkadziesiąt stron to dowód na to, że Joanna Bator całą tą powieścią puszcza do nas oko. Autorka ewidentnie bawi się z czytelnikiem: wodzi go za nos prezentując bohaterkę, którą trudno polubić i prowadzi nas do zakończenia, które niczego nie wyjaśnia.

W tej książce zachwyciła mnie językowa wiruozeria, z jaką Joanna Bator pisze takie oto zdania:
Naparapecione w oknie parteru patrzyły na ulicę wzrokiem niewinnie osadzonych więźniarek, jaki ma wiele kobiet w tym kraju. (str. 26)
Sikałyśmy tyłek w tyłek, bliskość podszyta niezrozumiałym szantażem, przemoc pokobiecenia. (str. 227)
Kamienica z początku dwudziestego wieku, nijaka, ciemnoszara jak ulepiona z kurzu i poczucia, że wszędzie stąd daleko, w oknach nieprzeniknione firanki. (st. 150)
I jeszcze jedno: Dworzec Centralny w Warszawie zawsze mnie przerażał, bo nawet po remoncie wystarczy na chwilę się zagapić, by z jasnych, czystych przestrzeni trafić w zaułek, gdzie do plastikowego kubka po ogórkach kiszonych skapuje z rany w suficie krew Żydów albo powstańców. (str. 13)

Moim zdaniem warto sięgnąć po Rok królika i wyrobić sobie własne zdanie na temat tej niezwykłej książki. Ja w każdym razie mam ogromną nadzieję, że Joanna Bator pokonała swoją twórczą niemoc i że niebawem trafi na rynek jej kolejna książka.

Ocena: 4+/6

wtorek, 12 września 2017

IX Kongres Kobiet w Poznaniu

 

Tysiące mądrych, pięknych i pełnych energii kobiet zjechało w miniony weekend do Poznania, by wziąć udział w IX Kongresie Kobiet. Myślę, że większość uczestniczek kierowała się troską o przyszłość swoją, swoich dzieci i wnucząt, a dominującym na Targach Poznańskich uczuciem był najzwyklejszy wkurw. Na polityków, na kościół, na otaczającą nas rzeczywistość. Oraz chęć zmiany i tęsknota za krajem, w którym powszechna jest tolerancja, sprawiedliwość społeczna i równe prawa dla wszystkich obywatelek i obywateli.

A co wspólnego ma Konges Kobiet z literaturą?
A no okazuje się, że całkiem sporo: feministki piszą książki (np. Agnieszka Graf, Magdalena Środa, Inga Iwasiów), a pisarki i dziennikarki angażują się w obronę praw kobiet (m.in. Sylwia Kubryńska, Olga Tokarczuk, Eliza Michalik czy Ewa Woydyłło-Osiatyńska). Podczas Kongresu miałam okazję posłuchać wszystkich wymienionych pań.
Zdjęcia robiłam komórką, więc wybaczcie ich słabą jakość.

Rozmowa z Sylwią Kubryńską i Elizą Michalik
Panel, w którym uczestniczyły Magdalena Środa, Olga Tokarczuk i Ewa Woydyłło-Osiatyńska
Olga Tokarczuk została laureatką tegorocznej Nagrody Kongresu Kobiet

W tzw. Parku kobiet stoiska miało kilka wydawnictw, m.in. poznańska Czwarta Strona. Skorzystałam więc z okazji i wspaniałych rabatów i za 75 zł kupiłam trzy książki, które już od dawna miałam na oku. Są to powieści, które cechują niebanalne i silne główne bohaterki:
Maria Panna Nilu, Scholastique Mukasonga - polecana m.in. przez dziewczyny z bloga niespodziegadki 
oraz przetłumaczone przez Paulinę Surniak z bloga miasto książek:
Dziewczyna z rewolwerem, Amy Stewart
Nocne czuwanie, Sarah Moss


Na koniec zainwestowałam 15 zł w biblię feministek:



I pamiętajcie: akcja #ratujmykobiety trwa - w całym kraju zbierane są podpisy pod obywatelskim projektem ustawy o prawach kobiet i świadomym rodzicielstwie.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Oszpicyn, Krzysztof A. Zajas

Jak tylko usłyszałam o tej książce, jasne dla mnie było, że ją kupię i przeczytam. Thriller z elementami horroru, którego akcja dzieje się we współczesnym Oświęcimiu!?!? Nie trzeba mi dwa razy powtarzać. Szybciutko sprawdziłam jeszcze, kim jest autor i dodałam Oszpicyn do listy zakupów.
I od kilku zdań na temat autora zacznę. Krzysztof Zajas jest literaturoznawcą, kulturoznawcą i tłumaczem. Jest także profesorem Uniwesytetu Jagiellońskiego, gdzie pełni obowiązki  Kierownika Katedry Międzynarodowych Studiów Polonistycznych. Napisał kilka książek naukowych z zakresu kulturoznawstwa oraz, zafascynowany twórczością Stephena Kinga, trylogię grobiańską (której nie czytałam). Zajas urodził się w Oświęcimiu i to właśnie tam umieścił akcję swojej najnowszej książki. Tytułowy Oszpicyn to Oświęcim właśnie. Tak nazywali swoje miasto mieszkający tam przed wojną Żydzi.

Główny bohater, młody dziennikarz pochodzący z Krakowa, Wojtek Jaromina, przybywa w 1994 r. do Oświęcimia, by podjąć pracę w lokalnej gazecie. Bardzo szybko okazuje się, że w mieście dzieją się dziwne rzeczy. W tajemniczych okolicznościach giną kolejni mieszkańcy, dzieci zaczynają zachowywać się jak zombi, a na ulicach pojawiają się setki nie bojących się niczego szczurów. Mało? Nad miastem unosi się tajemnicza łuna światła, a ziemia drży i z jej głębi słychać jęki i szumy...
Jaromin, jak na młodego, ambitnego dziennikarza przystało, zaczyna zadawać niewygodne pytania i coraz lepiej poznaje mroczną przeszłość miasta - dość szybko uzmysławia sobie, że tragiczne wydarzenia wstrząsające Oświęcimiem są związane z wydarzeniami z czasów wojny. Nie przypadkowo też to właśnie Jaromin staje się główną osobą próbującą rozwikłać zagadkę. Powieść została podzielona na trzy części - trzy etapy jednej historii, rozłożonej w czasie. Akcja rozgrywa się w 1994, 1999 i 2004 roku. W każdym z nich poznajemy kolejne elementy układanki, choć to nie o kryminalną zagadkę w tej książce chodzi.

Thriller z elementami horroru to gatunek idealny, aby w nieco przerysowany sposób, poruszyć bardzo trudny temat, czyli kwestię niechlubnych działań Polaków wobec ich żydowskich współmieszkańców podczas wojny. Myślę, że Zajas napisał książkę o winie i człowieczeństwie. O odpowiedzialności za grzechy przodków, o zadośćuczynieniu i o odwracaniu głowy - trzeba przyznać, że są to tematy nad wyraz aktualne. Mamy więc w książce legendy o żydowskim złocie i zakopanym skarbie, mamy nieuczciwych szabrowników, bezwzględnych oszustów oraz ich potomków. Całe miasto tychże potomków. Miasto, w którym niemalże każda rodzina skrywa tragiczne tajemnice, i drży, by nie wydostały się one na światło dzienne. Jednak ludzka chciwość potrafi przetrwać lata i kolejne generacje. A ruszona ziemia staje się punktem wyjścia do tej niebanalnej opowieści.

Oszpicyn jest bardzo dobrze napisaną, niezwykle wciągającą i bardzo ważną książką. I tak, autor posługuje się mało oryginalnymi zagraniami znanymi z trzecioligowych horrorów. Ale to nieważne. Bo ta historia porusza do głębi, budzi silne emocje i długo zostaje w czytelniku. Bardzo polecam!

"Tu jest pięknie, bo milion ludzi przywiozło piękno ze sobą, bardzo dużo piękna. Każdy swój maleńki kawałeczek, o , tyci. I kiedy poszli przez komin do nieba, wszystkie te kawałki spłynęły w jedną wielką piękność, a ta rozlała się po okolicy i osiadła na pejzażu aż po horyzont. Dlatego nie możesz zapomnieć krajobrazu i wracasz. Fosforyzująca energia ludzkich dusz. Drobinki uczuć, kryształki miłości, czułe obłoki. I wiesz co? Kiedy już raz zobaczyłeś, będziesz zawsze wracał, bo ona ci nie da spokoju ta piękność. Będziesz ją kochał i cierpiał. Jak w miłości." (str. 151)

Ocena: 5+/6

piątek, 25 sierpnia 2017

Zakupy sierpniowe i miejsce dla moli

W sierpniu przybyło mi trzynaście nowych książek...

Na początku miesiąca dotarła do mnie paczka z księgarni internetowej Znaku, która oferowała 55% zniżki na wybrane tytuły. Nie zastanawiałam się długo, bo w ofercie były naprawdę świetne książki :)


Natomiast w połowie miesiąca wybraliśmy się na wycieczkę do Poznania.
Również w tym mieście mam swoją ulubioną księgarnię. Jest nią Bookarest w Starym Browarze. To wyjątkowo atrakcyjne miejsce dla moli książkowych, które w swojej ofercie ma starannie wyselekcjonowane tytuły i przepyszną kawę. Można więc spokojne uzbierać sobie stosik interesujących pozycji i zagłębić się w jednym z szarych bookarestowych foteli.

Mój stos (i moje cappuccino) wyglądały tak:


A tak wygląda sama księgarnia:

















Wejście do raju:























Nie obyło się oczywiście bez zakupów. Tym razem ograniczyłam się do trzech książek:

A co nowego pojawiło się w tym miesiącu na Waszych półkach?

środa, 23 sierpnia 2017

Jak podróżować z łososiem, Umberto Eco

Zbiór esejów zmarłego w ubiegłym roku popularnego włoskiego filozofa, bibliofila i mediewisty to dobra lektura na urlop. I to nie tylko na urlop we Włoszech.
Krótkie, zwykle trzy-cztero stronicowe teksty, z których część została już raz wydana w Polsce w tomie pt. „Zapiski na pudełku zapałek”, doskonale się nadają do nieśpiesznego podczytywania przy kawie, na plaży czy w ogrodzie. Nieśpiesznego, bo wymagającego skupienia i spokoju. Mamy bowiem do czynienia z tekstami wypełnionymi licznymi odniesieniami do literatury, historii, filozofii, czy polityki.

Eco opisuje zwykłe, codzienne sytuacje z życia profesora uniwersyteckiego, które niejednokrotnie są jedynie wstępem do intelektualnych rozważań na dany temat. Teksty napisane w latach 1975 - 2012 stanowią bardzo różnorodny wachlarz tematyczny. Czytamy m.in. o tym, jak jeść lody, jak podróżować amerykańskimi pociągami, jak kupować gadżety bądź radzić sobie z taksówkarzem. Wśród tekstów znajdują się także takie, których już sam tytuł wskazuje na ich filozoficzny charakter: jak wykorzystywać czas, jak się zaczyna, jak kończy, czy też jak usprawiedliwić posiadanie domowej biblioteki. Temat książek zresztą, jak na prawdziwego bibliofila przystało, pojawia się w zebranych w tym tomie esejach dość często.

Podczas lektury przyszła mi do głowy myśl, że Eco opisuje bardzo męski świat. W jego naukowej, okołouniwersyteckiej codzienności niemalże wcale nie ma kobiet. I mimo, iż autor niejednokrotnie udowadnia, że ma poczucie humoru i spory dystans do siebie, między linijkami wyczułam poczucie wyjątkowości i wyższości, które zdecydowanie nie są tym, czego szukam w literaturze.

Generalnie była to dla mnie ciekawa lektura i z pewnością sięgnę po najpopularniejszą książkę Eco, czyli Imię róży, której naprawdę jeszcze nie czytałam. 

Ocena: 4+/6

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Projekt: prawda, Mariusz Szczygieł

Na pomysł napisania tej książki Mariusz Sczygieł wpadł przypadkiem.
W bibliotece Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie natknął się pewnego dnia na pożółkłą powieść zapomnianego polskiego autora Stanisława Stanucha. Krótki fragment szczególnie przemówił do Mariusza Szczygła: "[...] każdy rozsądny człowiek powinien dążyć do prawdy, starać się odkryć w swoim życiu jedną, bodaj najmniejszą prawdę. W przeciwnym razie życie jego wydawać się może zmarnowane." (str. 35).
Przemówił i zainspirował reportera do napisania własnej książki, kóra stanowi zbiór prawd różnych ludzi: tych znanych autorowi i tych całkiem obcych, spotkanych przypadkowo np. na ulicy. W wyniku licznych rozmów powstały króciótkie teksty o prawdzie.
Ponadto w książce znajdziemy przedruk powieści Stanucha, której akcja dzieje się w 1959 r. Jest to minimalistyczna, charakteryzująca się niemalże całkowitym brakiem akcji opowieść o młodym, dwudziestosześcioletnim mężczyźnie, którego bezsensowne życie przepełnione jest dojmującą samotnością. Odczuwa on bardzo silne pragnienie bycia z innymi ludźmi, a jednocześnie nie opuszcza go wrażenie bycia niewidzialnym. Jest to tekst o wymowie uniwersalnej: mimo iż powstał w czasach głębokiego stalinizmu, nie sposób odnaleźć w nim cech tamtej epoki. 

Do sięgnięcia po tę książkę zachęciła mnie obietnica eksperymentu literackiego oraz nazwisko autora. Jednak dziś, po kilku tygodniach, jakie minęły od lektury stwierdzam, że mam do niej stosunek obojętny. Nie dowiedziałam się z niej niczego nowego, nie doznałam żadnych olśnień i nawet nie miałam szczególnej przyjemności z czytania. Teksty Szczygła czyta się jak zawsze błyskawicznie, ale nic mnie przy nich nie zatrzymało na dłużej. Żaden z nich w jakiś szczególny sposób nie przykuł mojej uwagi. Natomiast do czytania powieści Stanucha momentami musiałam się przymuszać. Jest to ewidentnie książka nie dla mnie.

Ocena: 3+/6

W kultowej rozmowie z Katarzyną Marcysiak Szczygieł wyznał jak brzmi jego własna życiowa prawda: "Trzeba tak żyć, żeby miał cię kto trzymać za rękę jak będziesz umierał bądź umierała." Zachęcam do wysłuchania rozmowy.



środa, 16 sierpnia 2017

Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci, Anna Kamińska

Wanda Rutkiewicz była bez wątpienia postacią wyjątkową. Nazywana królową polskiego himalaizmu jako pierwsza Europejka wspięła się na Mount Everest i jako pierwsza kobieta na świecie zdobyła szczyt K2.

Swoją przygodę z górami wysokimi rozpoczęła w latach 60-tych, co oznaczało, że musiała pokonywać nie tylko własne słabości i lęki, ale i walczyć z peerelowską codziennością, brakiem odpowiedniego sprzętu i pieniędzy na zagraniczne wyprawy. Należy także pamiętać, że ówczesna sytuacja polityczna nie sprzyjała dalekim podróżom.
Zaangażowana członkini Klubów Wysokogórskich, autorka wielu książek i artykułów, znana z gazet i telewizji Wanda Rutkiewicz w życiu prywatnym nie miała wiele szczęścia.

Urodziła się w środku wojny, w 1943 r. w Płungianach, niewielkim miasteczku na terenie obecnej Litwy. Po wojnie jej rodzina na stałe zamieszkała we Wrocławiu, w poniemieckiej willi, która latami miała status ruiny. Po tragicznej śmierci brata, jej rodzice odsunęli się od siebie, a Wanda przejęła rolę głową rodziny. Zawsze niezależna i od najmłodszych lat bardzo ambitna miała najlepsze predyspozycje do uprawiania sportu. Najpierw przez lata grała w siatkówkę, aż pewnego dnia odkryła swoje życiowe przeznaczenie, czyli wspinanie. Pierwsze skałki zdobywała w okolicach Jeleniej Góry podczas wyjazdów studenckich.
Pracowała jako inżynier-elektronik w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych we Wrocławiu, a później w Instytucie Maszyn Matematycznych w Warszawie, ale cały swój wolny od pracy zawodowej czas przeznaczała na organizowanie i realizowanie kolejnych wypraw. Bardzo ważna była dla niej kwestia równouprawnienia kobiet w środowisku himalaistów. Organizowała międzynarodowe wyprawy kobiece i nieustannie udowadniała, że jest równie dobra, albo nawet lepsza od wspinających się z nią mężczyzn. Dwukrotnie wychodziła za mąż, ale nigdy nie została matką. Miała wielu kochanków, ale najwyżej ceniła sobie wolność i niezależność. Zmarła w wieku 49 lat podczas ataku szczytowego na Kanczendzongę (drugiego co do wysokości szczytu w Himalajach).

Anna Kamińska, którą miałam przyjemność poznać podczas prezentacji tej książki na Big Book Festiwalu 2017, wykonała ogromną pracę, której wynikiem jest przepięknie wydana biografia, wzbogacona sporą kolekcją zdjęć. Kamińska nie tylko wykorzystała liczne artykuły prasowe, dokumenty i książki, ale i dotarła do wielu osób, które Wandę znały, także z gór, i podzieliły się z autorką swoimi wspomnieniami. Z tych bardzo osobistych opowieści wyłania się obraz kobiety o bardzo złożonej naturze. Kobiety, która nie miała łatwego charakteru, przez co często wikłała się w przeróżne konflikty. Wreszcie kobiety, która bardzo często była otoczona ludźmi, a mimo to czuła się samotna i niezrozumiana.
  
Na nieszczęście dla Wandy w marcu czytałam Simonę, która dla mnie była książką idealną. W przypadku tej pozycji mam niestety zastrzeżenia. Pierwsze i najważniejsze dotyczy panującego w książce chaosu. Miałam wrażenie, że niektóre informacje pojawiają się w tekście wielokrotnie, co dawało podczas lektury wrażenie powtarzalności. Chwilami gubiłam się w chronologii, męczyły mnie liczne dygresje, brakowało mi w tekście spójności. Pewnie dlatego lektura nieco mi się dłużyła i nie była bardzo wciągająca.
Drugą sprawą jest kwestia ojca Wandy: zarówno jego stopniowe oddalanie się od rodziny, jak i tragczna śmierć. Miałam wrażenie, że Kamińska jednocześnie stara się zaspokoić ciekawość czytelnika dostarczając mu informacji, a z drugiej strony chciała chronić prywatność rodziny Błaszkiewiczów. Wynikiem tego niezdecydowania jest wielokrotnie powtarzający się wątek oraz niedomówienia.

Mimo tych dwóch niedociągnięć książkę oczywiście serdecznie polecam. Zdecydowanie warto zapozać się z pełnym pasji, wyrzeczeń i ciągłej walki życiem Wandy Rutkiewicz... a potem sięgnąć po opowieść o Simonie Kossak :)

Ocena: 4+/6 

czwartek, 10 sierpnia 2017

Totalnie nie nostalgia, Wanda Hagedorn & Jacek Frąś

Wśród wydawanych w ostatnim czasie sentymentalnych opowieści o sielskim dzieciństwie w PRLu książka Wandy Hagedorn bardzo się wyróżnia. Nie tylko różową okładką i sporym formatem.

Po pierwsze jest to komiks. Sugestywne, dość blade i mroczne rysunki Jacka Frąsia silnie działają na wyobraźnię i potęgują przekaz tekstu, na który, siłą rzeczy, nie ma w komiksie zbyt wiele miejsca. Po drugie jest to opowieść autobiograficzna, która bez wątpienia stanowiła ważny element terapii autorki. Jest więc opowieścią poszarpaną, w której na kolejnych stronach odkrywamy przeszłość Wandy Hagedorn i jej wybiórcze wspomnienia. Po trzecie memuar ten jest bardzo szczerą, bolesną i osobistą relacją z dorastania w kraju, którego obywatele musieli się codziennie zmagać z przeróżnymi opresjami i brakami. Podważanie autorytetów i zdradzanie rodzinnych tajemnic jest w tym przypadku obowiązkowym elementem całości. Po czwarte mamy po raz kolejny do czynienia z autorką mieszkającą od lat za granicą (podobnie jak np. Grażyna Plebanek czy Wioletta Grzegorzewska), która w niezwykle trafny sposób wypunktowuje bolesne tematy, tak chętnie od pokoleń zamiatane w naszym kraju pod dywan. Wynika z tego, że dystans geograficzny i kulturowy ułatwia pisarkom spojrzenie na Polskę z innej perspektywy i dodaje odwagi w poruszaniu w swych książkach tzw. trudnych tematów.

Uważam, że jest to BARDZO ważna pozycja na polskim rynku. Książka, która okaże się dla wielu czytelników drogowskazem w rozprawianiu się z własnym dzieciństwem i w nazywaniu pewnych zjawisk po imieniu. Główna bohaterka, mała Wandzia, ma trzy młodsze siostry, pasywną matkę i ojca tyrana. Dzieciństwo spędza w poniemieckim Szczecinie, gdzie żywe wspomnienie wojny jest wszechobecne, choć nie do końca nazwane. Hagedorn otwarcie porusza trudne kwestie: chorobę Alzheimera, molestowanie seksualne, dojrzewanie płciowe, patriarchat i brak głębokich rodzinnych więzi. Ale poruszanych tematów jest dużo więcej - myślę, że każdy wyłuska z Totalnie nie nostalgii inne treści, w zależności od własnych doświadczeń i wrażliwości.
Trzeba przy tym pamiętać, że różowy kolor okładki jest bardzo zwodniczy. Należy raczej zwrócić uwagę na nosorożca: lektura memuaru nie jest przyjemnością. Wręcz przeciwnie: jest to trudna, momentami bolesna, podróż w przeszłość, podczas której głęboko skrywane sekrety mogą się wydostać na powierzchnię. Książka zadra. Książka, o której można gadać godzinami. Czytałyśmy ją na lipcowe spotkanie Klubu Miłośniczek Książek razem z Gugułami. Te dwie pozycje wiele łączy: kobieca narracja, opisywany kraj i poruszane tematy: dorastanie i rodzina. Mimo to są to dwa kompletnie różne spojrzenia i dwie odmienne narracje. To jest moc literatury!
I owszem można się przyczepić, że cała historia nieco się rozłazi i brak jej głównego wątku trzymającego całość w ryzach. Ale to chyba nie o to w tej książce chodzi.

Czytajcie ten wyjątkowy memuar - moim zdaniem warto!

Ocena: 5/6

poniedziałek, 31 lipca 2017

Istota zła, Luca D'Andrea

Od czasu do czasu lubię przeczytać wciągający thriller. Zwłaszcza wtedy, gdy porusza on interesujący mnie w danym momencie temat. Rzadko sięgam po ten gatunek przypadkowo. Kiedy więc podczas planowania wyjazdu w Alpy natknęłam się na książkę Istota zła, wiedziałam, że pojedzie ze mną na wakacje. I był to bardzo dobry wybór!

Głównym bohaterem powieści jest Jeremiasz Salinger, filmowiec z Nowego Jorku, który przenosi się z żoną i córką do małej wioski w Południowym Tyrolu. Siebenhoch to rodzinna miejscowość żony Salingera, w kórej nadal mieszka jej ojciec.
Na miejscu mężczyzna postanawia nakręcić film dokumentalny o pracy ratowników górskich. Podczas jednej z akcji ratunkowych dochodzi do tragicznego wypadku helikoptera, w którym ginie czterech ratowników i kobieta, której spieszyli na pomoc. Salinger jako jedyny ocalały z katastrofy musi poradzić sobie z wyrzutami sumienia, ogromną traumą i szokiem pourazowym.
Podczas rekonwalescencji przypadkiem dowiaduje się o tragicznym morderstwie sprzed lat. W mrocznym wąwozie Bletterbach zginęło w tajemniczych okolicznościach troje młodych ludzi, a sprawcy nigdy nie odnaleziono. Salinger rozpoczyna prywatne śledztwo, które szybko zamienia się w obsesję. Podczas poszukiwań natrafia na mur milczenia i niechęci ze strony mieszkańców wioski. Tajemnica goni tajemnicę, a historie sprzed lat mają coraz większy wpływ na życie całej rodziny Salingerów.

Istota zła to świetna lektura na urlop, zwłaszcza, jeśli jest to urlop w górach. Jest to wciągający, trzymający w napięciu do ostatniej strony thriller, który zadowoli wymagających czytelników. Autor świetnie buduje napięcie i wywołuje u czytelnika pierwotny lęk przed potęgą gór. Umiejętnie wykorzystuje dawne wierzenia i przesądy, sprawnie kombinując je z paranoją głównego bohatera. Ponadto D'Andrea doskonale uchwycił specyfikę Południowego Tyrolu i jego mieszkańców. Ogromną wiedzę o tym regionie, jego historii i tradycjach umieścił w szczegółach. Pojawia się ona nienachalnie, co kilka stron i sprawia czytelnikowi wielką frajdę. Zwłaszcza, jeśli znajduje się on w okolicy i niektóre lokalne osobliwości może zaobserwować także w realu.
Porównywanie autora do Stephena Kinga jest nieco przesadzone, ale biorąc po uwagę fakt, że Istota zła jest debiutem D'Andrei, z pewnością można już teraz cieszyć się na kolejne jego książki.
Polecam!

Ocena: 5/6 

W drodze przez Alpy z Austrii nad Jezioro Garda zrobiliśmy przerwę w Bolzano. Jest to miasto leżące w okolicy powieściowego Siebenhoch, które wielokrotnie pojawia się w książce. To tam ma premierę film Salingera, tam jeździ do archiwum, biblioteki i szpitala.
Zapraszam do Bolzano:







środa, 26 lipca 2017

Guguły, Wioletta Grzegorzewska

Wioletta Grzegorzewska w 2006 r. wyjechała na stałe do Anglii. Zanim się na to zdecydowała, wydała w Polsce kilka tomików wierszy, prowadziła z mężem magazyn literacki i niezależne wydawnictwo. Guguły, wydane w 2014 r., napisała już na emigracji.
"Ciekawe, czy byłabym nominowana, gdybym dziesięć lat temu nie wsiadła na prom na wyspę Wight. Myślę, że gdybym nie wyjechała z kraju, moja kariera literacka potoczyłaby się inaczej"
powiedziała Grzegorzewska Gazecie Wyborczej po tym, jak w marcu tego roku jej książka znalazła się na długiej liście nominowanych do Międzynarodowej Nagrody Bookera. Jak wiemy, nagrody niestety nie otrzymała, ale już sama nominacja przyniosła autorce rozgłos, a książce nowych czytelników. W ramach lipcowego KMK wreszcie udało mi się ją przeczytać.

Guguły to niewielkich rozmiarów książeczka, idealna na leniwe letnie popołudnie na plaży, czy w ogrodzie. Jej narratorką jest dziewięcioletnia Wiolka, która opisuje nam swoje codzienne życie na polskiej wsi na początku lat osiemdziesiątych. Jest swojsko, trochę magicznie, a trochę nostalgicznie. Absolutnym atutem tej książki jest przepiękny poetycki język - jej lektura jest wspaniałym czytelniczym przeżyciem. Guguły są jak mała literacka akwarelka: piękne, delikatne i ulotne. Przeżycia i rozterki Wiolki momentami bawią czytelnika do łez, a za chwilę wzruszją i skłaniają do refleksji. Myślę, że każdy z nas, kto dorastał w PRLu odnajdzie na stronach tej książki strzępki własnych wspomnień z dzieciństwa lub wczesnej młodości. I to bez względu na to, czy mieszkał na wsi, czy w mieście.

I szkoda tylko, że Guguł jest tak mało. Lektura uświadomiła mi, że zdecydowanie wolę książki obszerniejsze, z którymi mogę obcować dłużej. Taki króciótki książkowy romansik jest wprawdzie  doświadczeniem bardzo miłym, ale dość nietrwałym i powierzchownym. Niecierpliwie czekam więc na zapowiedzianą we wspomnianym powyżej wywiadzie powieść Stancje. M. Miała się ukazać w lipcu w wydawnictwie W.A.B., ale na stronie internetowej nie ma jej jeszcze w zapowiedziach. Mam nadzieję, że ukaże się do końca roku i że będzie miała przynajmniej 300 stron :)

Ocena: 5/6

niedziela, 23 lipca 2017

Wolność, Jonathan Franzen

Wolność to mój pierwszy kontakt z twórczością Jonathana Franzena, który zaliczany jest do grona najważniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich. Książkę czytałam przez wiele tygodni z mniejszym lub większym zainteresowaniem. Miałam dość wysokie oczekiwania wobec tak uznanego i chwalonego autora, którym niestety nie udało mu się sprostać.

Wolność to rozłożona na kilka głosów niezwykle obszerna i pełna szczegółów historia małżeństwa Patty i Waltera Berglundów. Opowieść rozpoczyna się wyznaniem Patty na temat gwałtu, którego ofiarą padła jako nastolatka. Sposób, w jaki sprawa została przed laty zamieciona pod dywan oraz zachowanie rodziców w tamtym kluczowym momencie, miały (moim zdaniem) głęboki wpływ na psychikę dziewczyny i położyły się cieniem na całym jej dorosłym życiu.
Na kolejnych stronach Franzen opisuje okres dzieciństwa bohaterów, czasy studiów oraz kolejne fazy ich małżeństwa. Oprócz małżonków narratorami w powieści są: Richard (przyjaciel Waltera ze studiów i uosobienie tęsknot Patty) oraz syn Patty i Waltera Joey.
Tytułowa wolność jest tym, czego bohaterom tej książki brakuje najbardziej. Na pozór wydaje się, że ci typowi przedstawiciele białej klasy średniej mają wszystko: dom, zdrowe dzieci, stabilną pracę... Tymczasem każde z nich samo stoi sobie na drodze do szczęścia, a ich działaniami kierują lęki, nierealne tęsknoty czy widma z przeszłości. Zamiast skupiać się na życiu tu i teraz, ciąglę błądzą po przeszłości lub wyobrażają sobie przyszłość. Kiedy w końcu decydują się na zmianę, lub ktoś decyduje za nich, okazuje się, że nadal nie osiągnęli szczęścia i zaczynają tęsknić za tym co utracili.

Powieść bez wątpienia ma liczne dobre i wciągające momenty, ale generalnie bardzo mnie znudziła i rozczarowała. Niepotrzebne dłużyzny (np. niekończące się wywody Waltera na temat ekologii) i nie do końca jasne przesłanie, to to, co z Wolności zapamiętałam najlepiej.
Podobało mi się, że autor w kilku różnych konstelacjach pokazał złożoność relacji dzieci-rodzice, choć i tu jest sztampowo, bo konflikty międzypokoleniowe dotyczą wszystkich jego bohaterów, więc łatwo je przewidzieć. Ponadto mam do niego żal za nieumiejętność kreowania kobiecych postaci. Podczas gdy Walter, Richard i Joey są bohaterami autentycznymi i wyrazistymi, jedyna postać kobieca, której Franzen daje głos, czyli Patty, to rozhisteryzowana kobieta w depresji. Niby sporo wiemy o jej życiu i najgłębszych przemyśleniach, a mimo to pozostaje postacią płaską i mało wiarygodną. Natomiast pozostałe bohaterki funkcjonują w powieści jako uzupełnienie męskich bohaterów i ich przeżyć. Słabo.

Najwyraźniej powieść ta nie trafiła u mnie na najlepszy moment, albo zwyczajnie nie jest w moim stylu. Na pewno sięgnę po bardziej znane i lepiej oceniane Korekty z nadzieją, że pomogą mi zrozumieć i docenić twórczość Franzena.

Ocena: 4/6

wtorek, 18 lipca 2017

Update

Podczas gdy ja przebywałam na urlopie, blog przykrył się wirtualnym kurzem...
Nadeszła więc pora na małe podsumowanie ostatnich tygodni, samokrytyczny opis stanu aktualnego czytelnictwa oraz plany na nadchodzące dwa miesiące.

Zaległe recenzje, które będę chciała napisać w pierwszej kolejności:
Wolność, Jonathan Franzen
Guguły, Wioletta Grzegorzewska
Istota zła, Luca D’Andrea
Totalnie nie nostalgia. Memuar, Jacek Frąś, Wanda Hagedorn

Aktualnie czytam 10 książek (!!!) i zamierzam je skończyć jeszcze w lipcu. Tak, zdaję sobie sprawę, że się to nie uda, ale bardzo się postaram :)
Są to: książki-zakupy z czerwcowej podróży po Polsce, wyniki spotkań z Koziołkiem i Łazarewiczem w Gdyni oraz tegorocznego Big Booka (Anglicy na pokładzie i Wanda). Do tego dochodzą dwie książki z biblioteki, które już trzy razy przedłużałam, Joanna Bator, której nie mogę skończyć od kwietniowego spotkania KMK oraz pożyczona od przyjaciółki Aleksiejewicz. Z lewej strony wystają zakładki (m.in. bilet do Muzeum Śląskiego w Katowicach i bilet na Rejs z Helu do Gdyni), a książki ułożone są według postępów w czytaniu: widniejąca na szczycie Wanda, została już przeczytana w 2/3 podczas, gdy Pierony ledwie zaczęłam.

Aby mieć jakąś sensowną perspektywę, ułożyłam sobie stos 12 tytułów, które chciałabym przeczytać w sierpniu i we wrześniu. Wyszedł trzykolorowy. A że na blogach zapanowała ostatnio moda na wybieranie książek według kolorów, to wstrzeliłam się w ten trend :)

Dodatkowo chciałabym napisać parę zdań o tegorocznym Big Booku i podzielić się z Wami wrażeniami z podróży w austriackie Alpy i nad jezioro Garda we Włoszech...

A jak Wam mijają wakacje?

piątek, 30 czerwca 2017

Jak pokochać centra handlowe, Natalia Fiedorczuk

Bohaterką książki Natalii Fiedorczuk jest młoda kobieta, która najpierw jest w stanie bynajmniej nie błogosławionym, a potem jako młoda matka przeżywa stany emocjonalne dalekie od euforii i bezgranicznego szczęścia przypisywanego świeżo upieczonym rodzicom. Tytułowe centra handlowe są dla niej miejscami-schronami przed własną samotnością i rozpaczą. Stanowią jedyną odmianę w monotonnej rzeczywistości ograniczonej czterema ścianami niewielkiego mieszkania. Są wreszcie miejscami, w których może spotkać innych ludzi i choć na chwilę znaleźć ukojenie. Partner głównej bohaterki jest prawie całkowicie nieobecny i cała okołoniemowlakowa logistyka spoczywa na jej barkach. Ciężar odpowiedzialności przytłacza ją, a widmo depresji, na którą cierpiała już wcześniej, czyha na każdym kroku.

Przyznam szczerze, że po książce-laureatce Paszportu Polityki spodziewałam się więcej. Owszem zgadzam się, że Fiedorczuk złamała pewne tabu uczłowieczając macierzyństwo i dając matce prawo do negatywnych emocji, opisujące jej samotność i szczególnego rodzaju bezradność. Poza tym autorka sprawnie posługuje się językiem polskim, jej tekst jest gorzki i zabawny jednocześnie. Ale jest to lektura na raz. Taka, którą ze względu na spora czcionkę i duże przerwy między rozdziałami czyta się błyskawicznie i równie szybko zapomina. Mimo najszczerszych chęci nie doszukałam się w tej książce cech charakterystycznych dla dobrej literatury i nie do końca rozumiem, o co tyle szumu. W sumie najbardziej poruszył mnie fragment, w którym bohaterka wyznaje, że jej synek jest chory. Jedno niewinne zdanie całkowicie podważyło jej wcześniejsze smutki i dylematy i uświadomiło, co tak naprawdę jest w życiu istotne. Mimo tego stwierdzam, że choć powieść ta siłą rzeczy opiera się na emocjach, to mnie pozostawiła obojętną. Nie porwała, nie oczarowała, nie przekonała.

Ocena: 4/6

wtorek, 27 czerwca 2017

Miasto słowa czyli festiwal literacki nad morzem

Na początku czerwca spędziłam wspaniały weekend w Trójmieście w towarzystwie męża i jego rodziców. Podróż ta była zaplanowana z dużym wyprzedzeniem, więc gdy w czwartek tuż przed wyjazdem dowiedziałam się, że właśnie odbywa się tam festiwal literacki Miasto słowa, doszłam do wniosku, że nie może to być przypadek :) Stało się jasne, że sobotnie popołudnie i wieczór spędzę w Gdyni.



Wzięłam udział w trzech spotkaniach.
Pierwsze z nich nosiło dość kontrowersyjny tytuł „Czytaj albo giń!”. Dwóch ekspertów od literatury, czyli prof. Grzegorz Leszczyński, autor książki Daję słowo. Wędrówki po języku i literaturze oraz prof. Ryszard Koziołek, autor tytułu Dobrze się myśli literaturą rozmawiali o .... literaturze :) Spotkanie prowadził dr Piotr Millati. Była to bardzo interesująca, pełna humoru i anekdot rozmowa trzech intelektualistów. Prawdziwa uczta!


Najprzyjemniej słuchało mi się prof. Koziołka, kórego książkę mam i czytam. Jest świetna!


Spotkanie ze Stefanem Chwinem na temat jego najnowszej powieści pt. Srebrzysko prowadziła Renata Gorczyńska, dziennikarka, krytyczka literacka i tłumaczka literatury pięknej. Z rozmowy wynikało, że oboje łączy wieloletnia przyjaźń, co nadało spotkaniu niemalże prywatny charakter. Niestety sama powieść nie wydała mi się interesująca (autor czytał fragmenty książki), a spotkanie nieco mnie znużyło.


Ostatnie spotkanie tego dnia podobało mi się BARDZO. Anna Dziewit-Meller rozmawiała z Cezarym Łazarewiczem o jego tomie reportaży Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, który niedawno ukazał się nakładem wydawnictwa Czarne. Tematem rozmowy były głównie liczne historie z przeszłości, ale to dyskusja wokół polskiej szkoły reportażu na moment podniosła temperaturę :)


Autor podpisał mi książkę zakupioną na miejscu,
którą zaczęłam czytać już podczas podróży powrotnej
do Gdańska.
Generalnie bardzo miło spędziłam te kilka godzin na rozmowach o literaturze w Muzeum Miasta Gdyni. Zdziwiona byłam jedynie dość niską frekwencją. W każdym ze spotkań uczestniczyło około trzydziestu osób, co, biorąc pod uwagę wysoki poziom spotkań i omawiane tytuły, jest wynikiem dość mizernym.

Na koniec jeszcze piękny Gdańsk:

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Prawdziwe wspomnienia Mali K., Adrienne Sharp

Matylda Krzesińska urodziła się w 1872 r. w Petersburgu. Miała polskie korzenie i została primabaleriną Teatru Carskiego. Jako siedemnastolatka poznała przyszłego cara Mikołaja II, z którym podobno łączył ją namiętny romans. Była związana z dworem Romanowów aż do rewolucji, w wyniku której przeprowadziła się do Paryża, gdzie mieszkała do śmierci. Zmarła w wieku 99 lat. Takie informacje możemy znaleźć na stronie wikipedii.

Adrienne Sharp postanowiła uczynić z Krzesińskiej bohaterkę swojej książki, a jej biografię uzupełnić porządnie rozbudowaną fikcją literacką. Całość napisana została w formie wspomnień autorki, dzięki czemu jej relacja nabiera intymnego charakteru i pozwala czytelnikowi poznać najskrytsze marzenia i plany Krzesińskiej. A te były od samego początku bardzo ambitne, zważywszy na jej skromne pochodzenie.

W swojej książce Sharp prezentuje kolejną wersję upadku rodziny Romanowów napisaną z perspektywy dumnej i zakochanej w sobie kobiety. Autorce udało się stworzyć postać bardzo wyrazistą: przekonaną o swojej wyjątkowości bezczelną egoistkę, która za wszelką cenę walczy o przyszłość swoją, a później syna. W tle miłosnych przygód, dworskich intryg i teatralnych dramatów rodzą się niepokoje wsród ludu, a widmo rewolucji staje się coraz wyraźniejsze. Autorce dobrze udało się uchwycić dworską dekadencję i arogancję, zupełny brak zainteresowania cara poddanymi oraz jego bezsilność wobec spisków ze strony wojskowych i dalszych członków rodziny.

Jeśli lubicie literackie fantazjowanie wokół historycznych postaci i związanych z nimi wydarzeń, to wspomnienia Mali K. powinny przypaść Wam do gustu. Także dla wielbicieli carskiej Rosji i baletu będzie to z pewnością udana lektura, choć specyficzny styl narratorki może momentami irytować.

Matylda Krzesińska (źródło: https://pl.wikiquote.org)


Ocena: 4/6

Książkowe porządki

niedziela, 18 czerwca 2017

Śladami drzewa sandałowego, Asha Miro i Anna Soler-Pont

Czy zastanawialiście się kiedyś, jaki jest los sierot w krajach, w których spora część społeczeństwa żyje na granicy nędzy? W krajach, w kórych nawet praca kilku członków rodziny strarcza zaledwie na miskę ryżu i dach nad głową? 
Niewielkich rozmiarów książka pt. Śladami drzewa sandałowego, Ashy Miro i Anny Soler-Pont, może stanowić częściową odpowiedź na te pytania. Autorki opowiadają w niej historie trojga sierot, które bardzo wcześnie straciły rodziców, a mimo to, dzięki splotowi szczęśliwych okoliczności, ich życie potoczyło się pomyślnie.

W pierwszej części, która rozgrywa sie w połowie lat siedemdziesiątych, poznajemy losy trojga osieroconych dzieci: indyjskich dziewczynek Sity i Miny oraz Somalijczyka Solomona. Sita po śmierci rodziców najpierw mieszka u krewnych, a potem zostaje rozdzielona z młodszą siostrą i sprzedana do niewolniczej pracy w fabryce dywanów. Po kilku tygodniach udręki ostatecznie trafia jako pomoc domowa do bogatej indyjskiej rodziny. Mina, odkąd pamięta, mieszka w sierocińcu prowadzonym przez zakonnice i marzy o posiadaniu własnych rodziców. Los się do niej uśmiecha i pewnego dnia dziewczynka wsiada na pokład samolotu lecącego do Europy. Najbardziej egzotyczne wydały mi się losy Solomona, który po śmierci rodziców mieszkał ze starszą siostrą. Dzięki programowi pomocowemu wyjechał na stypendium na Kubę, gdzie razem z tysiącem innych somalijskich dzieci chodził do szkoły i pracował.

Część druga opisuje losy tej trójki trzydzieści lat później. Nie będę Wam zbyt wiele zdradzać, ale ich historie są bardzo barwne i niebanalne. Na przykładzie trojga dzieci autorki poruszają wiele istotnych problemów współczesnego świata. Zadają pytania m.in. o słuszność przekazywania dzieci np. z Indii do adopcji w zupełnie inne rejony świata. Z jednej strony to dla tych dzieci często jedyna szansa na tzw. normalne życie, z drugiej strony zostają one oderwane od swoich korzeni, tradycji, kultury i języka.

Niestety główną cechą powieści Śladami drzewa sandałowego jest naiwność w podejściu do poruszanych tematów oraz brak głębszego omówienia tych złożonych kwestii. Całość jest bardzo słaba literacko. To takie szkolne wypracowanie z pogranicza sprawozdania i wymyślonej opowieści. Dodatkowo irytowało mnie kiepskie tłumaczenie i niestaranna korekta - co niestety w przypadku starszych książek (ta została wydana w 2009 r.) z wydawnictwa Sonia Draga nie spotkało mnie po raz pierwszy.
Mimo tych braków jest to pozycja, którą błyskawicznie się czyta i która jest wartościowa właśnie ze względu na tematy, jakie porusza. Myślę, że książka może trafić do młodszych czytelników. Zwłaszcza tych, którzy interesują się kwestią migracji we współczesnym świecie, a płonący londyński wieżowiec nie stanowi dla nich powodu do radości...

Ocena: 3+/6

środa, 31 maja 2017

Miejsca dla moli i książkowe zakupy

Ubiegły tydzień spędziłam podróżując z mężem po południowej Polsce. Odwiedziliśmy m.in. Katowice, Cieszyn i Kraków, a w każdym z tych miast cudowne miejsca dla każdego, kto kocha książki. Mam na myśli księgarnio-kawiarnie, czyli idealne połączenie dobrych książek i pysznej kawy. Moje ulubione miejsca na książkowe zakupy.
Z podróży, oczywiście, przywiozłam książkowe pamiątki :)

KATOWICE, Muzeum Śląskie
www.muzeumslaskie.pl

Jest to bez wątpienia jedno z najciekawszych muzeów w Polsce. Interaktywna wystawa stała przybliża zwiedzającym skomplikowaną historię Górnego Śląska. Spędziliśmy tam ponad cztery godziny...
Po zwiedzaniu warto zajrzeć do sklepu muzealnego, który oferuje niewielki, ale bardzo ciekawy, wybór książek o Śląsku. Zakupy można dokładniej obejrzeć przy kawie w muzealnej kawiarni :) Moje wyglądają tak:



CIESZYN, Kornel i przyjaciele 
www.korneliprzyjaciele.pl

Przepiękne miasteczko na polsko-czeskiej granicy, a w nim magiczne miejsce z pyszną kawą, ciastem i ciekawą ofertą książek, w którym się zakochałam. I w mieście i w kawiarni. Wybraliśmy się tam z Wisły, w kórej mieszkaliśmy, dwa razy :) Na czerwonym fotelu widocznym poniżej spędziłam bardzo przyjemne chwile. Zapraszam do Kornela:






















Do kawy uzbierałam ogromny stos książek do przejrzenia:

Ostatecznie zdecydowałam się na cztery tytuły:

KRAKÓW, BOOK BOOK

Na klimatycznym Kazimierzu powstało w ubiegłym roku BARDZO przestronne i kolorowe miejsce dla wszystkich, którzy kochają książki. Na gości kawiarni czekają świetnie zaopatrzone regały, na których książki są ustawione tematycznie, w ofercie m.in. spory wybór książek o sztuce, historii i z zakresu szeroko pojętej humanistyki oraz wydawnictwa regionalne. 

 






Także i tu wyszukałam na regałach interesujące tytuły i przy mrożonej kawie zapadłam w widniejący na powyższym zdjęciu zielony fotel...


W Book booku kupiłam dwie książki:



KRAKÓW, De Revolutionibus
www.derevolutionibus.com.pl

W centrum Krakowa, na Brackiej, tuż obok Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego mieści się nowocześnie wyposażona księgarnio-kawiarnia zaopatrzona w bardzo duży wybór tytułów.



Tym razem na moim stoliku wylądowały aż dwa stosy książek do przejrzenia:


Ostatecznie jednak kupiłam tu dwie książki:


Bilans tygodniowego pobytu w Polsce to dwanaście nowych tytułów na mojej półce:


Od dołu:
z Katowic:
Czarny ogród, Małgorzata Szejnert
Pierony. Górny Śląsk po polsku i niemiecku. Antologia, Dariusz Kortko, Lidia Ostałowska
Piąta strona świata, Kazimierz Kutz
Pożegnanie z Afryką, Karen Blixen (kupiona na straganie z używanymi książkami w centrum
miasta, bo od dawna chciałam ją mieć)

z  Cieszyna:
Tu Byłem. Tony Halik, Mirosław Wlekły
Człowiek, który zrozumiał naturę, Andrea Wulf
Rozmowy o Śląsku Cieszyńskim, Andrzej Drobik
Dobrze się myśli literaturą, Ryszard Koziołek

z Krakowa:
Międzymorze, Ziemowit Szczerek 
Oszpicyn, Krzysztof A. Zajas
Złoty notes, Doris Lessing
Wygnani do raju. Szwedzki azyl, Krystyna Naszkowska