wtorek, 5 grudnia 2017

Odamki, Ismet Prcić

Na debiutancką powieść Ismeta Prcicia trafiłam w bibliotece przypadkowo. Dzięki temu przeczytałam wypełnioną emocjami historię o dorastaniu w ekstremalnych warunkach.
Zawierająca liczne elementy autobiograficzne powieść Odłamki została napisana w ramach terapii autora. Jest to bardzo szczere i bezpośrednie, czasem zabawne, czasem przerażające, spojrzenie na wojnę w byłej Jugosławii.

Główny bohater powieści Ismet mieszka z bratem i rodzicami w Tuzli, niewielkiej miejscowości położonej w północnej części obecnej Bośni i Hercegowiny. W 1992 roku w jego nudnawe życie nastolatka brutalnie wkracza wojna. Z dnia na dzień zmienia się całe życie rodziny, która na różne sposoby radzi sobie z nową rzeczywistością. Z biegiem czasu Ismet trafia jako uchodźca wojenny do Ameryki Północnej, gdzie kompletnie nie potrafi się odnaleźć w obcej pod wieloma względami kulturze.

Od pierwszej strony uwagę czytelnika przykuwa barwny i żywy język powieści, której akcja toczy się szybko, mimo iż napisana została w formie wspomnień głównego bohatera. Całość składa się z literackich odłamków, niechronologicznych fragmentów. Stopniowo wyłania się z nich obraz nieszczęśliwego, straumatyzowanego młodego mężczyzny, którym targają wyrzuty sumienia, bo przeżył wojnę i uniknął bezpośredniej walki. Taka struktura dodatkowo podkreśla emocjonalne rozchwianie głównego bohatera i chos panujący w jego głowie i w sercu. Czytamy o sielskim dzieciństwie, ucieczce i powrocie do rodzinnego miasta i aktywnym udziale w teatralnym projekcie, który umożliwił Ismetowi wyjazd do USA. Tekst Prcica charakteryzują szczere, osobiste przemyślenia i bardzo indywidualne spojrzenie na wojnę.   

Początkowa euforia, z którą przewracałam kolejne strony, pod koniec książki nieco opadła. Autor trochę mnie zmęczył coraz bardziej chaotycznym stylem narracji i niezbyt udanym zakończeniem. Mimo to uważam, że jest to dobra książka, po którą zdecydowanie warto sięgnąć. Książka na wskroś współczesna, która bardzo dosadnym językiem opisuje piekło jednostki w kraju ogarniętym wojną. W dodatku okazuje się, że wyjazd z kraju nie zawsze jest lekarstwem dla straumatyzowanej duszy - bardzo aktualny temat, nie sądzicie?

Ocena: -5/6

wtorek, 7 listopada 2017

Opowieść podręcznej, Margaret Atwood

Dziś, 7 listopada 2017, obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Femnistek. Nie ma chyba lepszego dnia, by napisać kilka słów o Opowieści podręcznej autorstwa Margaret Atwood.

To nie przypadek, że ta książka, po raz pierwszy wydana w 1985 r. w Kanadzie, jest obecnie, w 2017 r. w Polsce, tak niezwykle popularna. I to nie tylko dlatego, że na jej podstawie nakręcono serial. Myślę, że żyjąc w kraju, w którym zagrożone są prawa i wolność kobiet, warto zapoznać się z literacką wizją świata, w którym życie jednostek podporządkowane jest totalitarnemu systemowi, a kobiety są ubezwłasnowolnione i mają w życiu tylko jedno zadanie - urodzenie dziecka.
Choć trudno w to uwierzyć wiele elementów codzienności mieszkańców stworzonego przez pisarkę świata Atwood zaczerpnęła z historii: Miałam dużą wiedzę na temat dystopii i chciałam opisać społeczeństwo inne od naszego, z kobietą jako narratorką. Studiowałam historię siedemnastowiecznej, purytańskiej Ameryki, teokratycznej, niedemokratycznej, co w moim odczuciu stanowi podwaliny współczesnych Stanów Zjednoczonych. Obserwowałam, jak totalitaryzmy przetaczały się przez świat i nigdy nie uważałam, że to nie mogłoby się przytrafić nam. Postanowiłam, że wszystko, co spotyka bohaterów książki, musi mieć odniesienie do prawdziwych wydarzeń. Podręcznym zakazuje się na przykład czytać, tak jak kiedyś niewolnikom w Ameryce.  (źródło cytatu: http://wyborcza.pl/7,101707,21739768,opowiesc-podrecznej-przerazajaco-aktualny-serial-o-piekle.html)

Akcja Opowieści podręcznej toczy się w niedalekiej przyszłości na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych, gdzie utworzono Republikę Gileadzką. Republika ta stanowi dyktaturę religijną, w której życie mieszkańców podporządkowane jest surowym regułom wyznaczonym przez Stary Testament. 
Wyobraźcie sobie życie bez rodziny, bez krztyny prywatności w służbie wyższym, obcym nam celom. Codzienność podporządkowaną zakazom, nakazom i przepisom, za złamanie których grozi śmierć lub zesłanie do kolonii karnej. Brak miłości, brak intymności, brak możliwości decydowania o własnym losie. Taki właśnie świat wykreowała Margaret Atwood.

Mam wielką nadzieję, że wizja Atwood pozostanie literacką fikcją. Aby tak się stało: czytajcie Opowieść podręcznej!

Ocena: 6/6

źródło: https://de-de.facebook.com/martafrejmemy

sobota, 4 listopada 2017

Stosik zamiast

Niestety nie udało mi się w tym roku pojechać na Festiwal Conrada do Krakowa.
W ramach zadośćuczynienia postanowiłam więc zrobić to, co w takiej sytuacji pomaga najlepiej, czyli zamówić kilka nowych książek :)

Po porównaniu cen na kilku portalach zdecydowałam się na www.czytam.pl - kięgarnię internetową, w której książki zamawiałam już po raz drugi. I na pewno nie ostatni. Duży wybór tytułów, bardzo atrakcyjne ceny, także nowości, i szybki termin realizacji przekonują już na wstępie. Ponadto wszystkie książki dotarły do mnie w absolutnie idealnym stanie (a każdy, kto regularnie kupuje książki w internecie wie, że czasami ich stan potrafi bardzo negatywnie zaskoczyć).

Paczka została bardzo starannie zawinięta w czarną folię:


W środku były dwa kartonowe pudełka:

A w nich znajdowały się zamówione tytuły oraz prezent od księgarni, czyli leżąca na samej górze książka Galapagos Henry'ego Nichollsa. Ucieszyłam się z niej nie tylko dlatego, że lubię niespodzianki, ale i dlatego, że tytuł ten miałam na liście zakupów :)


A teraz siedzę i podziwiam moje najnowsze książkowe nabytki :)

A co u was nowego na półkach? Gdzie kupujecie książki?

wtorek, 31 października 2017

Pamięć miłości, Aminatta Forna

Czy istnieje lepszy sposób na przetrwanie zimnej, szarej i deszczowej jesieni niż przeniesienie się do rozgrzanej słońcem Afryki? Do jej zakątka, w którym nigdy wcześniej nie byliście?
Zapraszam Was na wyjątkową literacką wyprawę do położonego w zachodniej Afrycie niewielkiego państwa Sierra Leone. Zastrzegam jednak, że nie będzie to wyprawa na rajskie plaże czy do luksusowych resortów. Zapraszam w podróż do kraju ogarniętego powojenną traumą, którego mieszkańcy zmagają się na co dzień z dziesiątkami problemów, nie tracąc przy tym pogody ducha. "Ludzie myślą, że wojna jest najgorszą rzeczą, jaką widział ten kraj; nie mają pojęcia, jak wygląda pokój. Ile odwagi wymaga proste przetrwanie." (str. 316)

Powieść Aminatty Forny ma dwóch głównych bohaterów i rozgrywa się w dwóch przestrzeniach czasowych, które dzieli kilkadziesiąt lat i krawa wojna domowa. Adrian Lockheart, brytyjski psycholog, przyjeżdża do Sierra Leone, by pomagać ludziom, którzy doznali traumy w wyniku działań wojennych. Szybko aklimatyzuje się w nowym miejscu i zaprzyjaźnia się z chirurgiem Kaiem i psycholożką Ilianą. Jednym z jego pacjentów jest umierający Elias Cole, który traktuje Brytyjczyka jak spowiednika i opowiada mu całe swoje życie, przenosząc go w lata 60-te. W pewnym momencie losy wszystkich bohaterów powieści splatają się ze sobą i eksplodują w dramatycznym finale.

Właśnie za to kocham literaturę: za niespodziewane odkrycia i zachwyty! Książka, którą spontanicznie dorzuciłam do zamówienia podczas zakupów na jakiejś megawyprzedaży w księgarni internetowej, tylko ze względu na przepiękną okładkę, okazała się jedną z najlepszych lektur tego roku!
Nie do końca potrafię określić, co dokładnie mnie w tej powieści urzekło. Sama historia owszem jest ciekawa, ale nie powala ani oryginalnością ani przesłaniem. Ale jest w prozie Aminatty Forny coś, co przykuwało mnie do tej książki i nie pozwalało się oderwać od kolejnych stron. Być może jest to niezwykle barwnie zarysowany obraz kraju, którego w ogóle nie znam? Opisy egzotycznych miejsc i zwyczajów, czy nawet codziennego życia tak innego niż to, które prowadzimy na co dzień w Europie? A może specyficzna atmosfera lub świetnie wykreowani bohaterowie? Albo piękny język? Nie wiem, ale dawno nie czytałam książki z taką przyjemnością!
GORĄCO POLECAM!

"Ludzie wymazują to, co się stało, majstrują przy prawdzie, tworzą własną wersję wydarzeń, wypełniając puste miejsca. Wersję prawdy, która stawia ich w dobrym świetle, w której nie będzie miejsca na to, co zrobili i czego nie odważyli się zrobić, w której zadba się o to, żeby nikt nie obarczył ich winą." (str. 392) 

Ocena: 6/6

niedziela, 29 października 2017

Moja walka, tom 1, Karl Ove Knausgård

Na nazwisko Knausgårda natykałam się w mijającym roku bardzo często przy okazji wydawania w Polsce kolejnych tomów jego cyklu powieści autobiograficznych. Jednak do sięgnięcia po pierwszą część nakłoniło mnie dopiero spotkanie naszego Klubu Miłośniczek Książek. Jedna z członkiń jest absolwentką skandynawistyki, mówi płynnie po norwesku i doskonale zna ten kraj. Kiedy więc zaproponowała na lekturę września Moją walkę wiedziałam, że nie mam wyboru :)

Pierwszy tom podzielony został na dwie części. Najpierw dość szczegółowo poznajemy nastoletnie lata głównego bohatera, jego ówczesne fascynacje, problemy i plany. W drugiej części jako dorosły mężczyzna próbuje uporządkować swoje życie po śmierci ojca.

Przyznam, że świat norweskiej prowincji przedstawiony przez Karla wciągnął mnie od pierwszej strony. Autor na tyle sprawnie posługuje się językiem, że dziesiątki stron opisujących w najdrobniejszych detalach najzwyklejsze codzienne czynności czyta się jak najlepszy kryminał. Mimo to od początku towarzyszyły mi dwa pytania: co z tego wynika i czy ja muszę to wiedzieć? I jeszcze gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl, że taką książkę mógł popełnić tylko mężczyzna.
Takiego nagromadzenia masochizmu i egocentryzmu nie spotkałam dotąd w literaturze (nawet dziennik Dehnela się nie umywa). Domyślam się, że Knausgård napisał tysiące stron w ramach terapii i w celu przeanalizowania swoich stosunków ojcem. Pozostali członkowie rodziny - starszy brat i matka pojawiają się na scenie sporadycznie i nie zajmują myśli głównego bohatera w takim stopniu, jak jego tata. Od początku czytelnik wyczuwa napięcie między ojcem i synem, którego przyczynę trudno zdefiniować. Cały czas czekałam, aż wreszcie wydarzy się coś, co rzuci więcej światła na skomplikowane relacje rodzinne. Niestety nie doczekałam się. Po przeczytaniu całej książki nadal nie wiem po co?

Czy żałuję, że przeczytałam pierwszy tom Mojej walki? Nie. Czy sięgnę po kolejne tomy? Zdecydowanie nie.

Ocena: 4/6

środa, 25 października 2017

Duchologia polska, Olga Drenda

Mam z Duchologią problem. Odkąd tylko ukazała się w zapowiedziach, wiedziałam, że ją kupię i przeczytam. Niestety okazało się, że moje oczekiwania i zawartość tej książki nie bardzo do siebie pasują.

Drenda przedstawia fascynujący okres polskiej transformacji przez pryzmat rzeczy i ludzi. Bardzo pomocne przy tym są liczne zdjęcia umieszczone w książce. Autorka bez sentymentalizmu, ale niestety dość powierzchownie, opisuje okres w historii naszego kraju, który zdominowany był przez stale rosnącą wśród społeczeństwa chęć posiadania i konsumowania. Pęd za tzw. "zachodem" i bezkrytyczna fascynacja wszystkim, co nowe dominowały końcówkę lat 80-tych i początek lat 90-tych. Każdy, kto w tych czasach żył, odnajdzie na zdjęciach dawno zapomniane przedmioty i znajome widoki.

Tekst zawiera mnóstwo cytatów, mało w nim samej autorki. Drenda opisuje, ale niestety nie analizuje: brakuje mi jej wniosków i przemyśleń - nic nowego dla mnie z tej książki nie wynika i dlatego jestem nią rozczarowana.

Od lektury Duchologii minęło kilka tygodni, a ja nie wiem, co jeszcze mogę o tej książce napisać. Nie zostawiła ona we mnie żadnego śladu, niczego z niej nie zapamiętałam. Szkoda.

Ocena: 3+/6


sobota, 21 października 2017

Anglicy na pokładzie, Matthew Kneale

Dokładnie miesiąc mija dziś od ostatniego wpisu na blogu - to najdłuższa przerwa, jaka mi się przydarzyła odkąd piszę o książkach. Bardzo intensywny okres w pracy sprawił, że wieczorami, przed zaśnięciem, czytałam jedynie kilka stron, a w tak zwanym międzyczasie w telefonie podczytywałam ulubione blogi. Na pisanie własnych tekstów nie miałam czasu, energii ani ochoty. Na szczęście ten szalony okres minął i choć przede mną kolejny ważny projekt do zrealizowania, to bardzo chcę wrócić do regularnego czytania i pisania :) Na początek mocno zaległa recenzja doskonałej książki, którą przeczytałam jeszcze w sierpniu (!).

Zacznę od tego, że Anglicy na pokładzie to nie tylko bardzo dobra powieść historyczna, ale i udany eksperyment translatorski. Matthew Kneale siedem lat pracował nad wielowątkową opowieścią o brytyjskim kolonialiźmie na drugim końcu świata, na Tasmanii w XIX wieku. Podszedł do tematu w sposób niezwykle ambitny: by dokładnie odzwierciedlić pogmatwaną historię i kompleksowość ówczesnej sytuacji geo-politycznej dał głos 21 narratorom i narratorkom. Polski wydawca książki, Michał Alenowicz z wydawnictwa Wiatr od morza, poszedł od krok dalej i do pracy nad książką zaprosił 21 tłumaczy i tłumaczek. Dzięki temu indywidualizm i oryginalność sposobu mówienia każdej postaci stworzone przez autora zostały dodatkowo wzmocnione podczas tłumaczenia. 

Nie sposób w kilku zdaniach streścić głównych wątków tej powieści. Nie chciałabym zresztą odbierać Wam radości z odkrywania kolejnych wykreowanych przez autora światów. Napiszę więc tylko, że powieść, która rozpoczyna się na łodzi kapitana Kewleya planowaniem szmuglu i morskich wypraw, dość szybko przekształca się w złożoną, wielowątkową opowieść o historii Tasmanii, niewolnictwie i kolonialiźmie. Historii opowiedzianej z perspektywy różnorodnych bohaterów i dzięki temu tak fascynującej. Szczegółowe opisy szalenie trudnego życia pierwszych osadników i nieludzkiego traktowania skazańców i przedstawicieli rdzennej ludności przenoszą czytelnika w czasie i przestrzeni i dostarczają mnóstwo informacji na temat tamtego okresu. Kneale nakłada nam na nos okulary i pozwala spojrzeć na rzeczywistość oczami nawiedzonego pastora, kapitana, pań i panów z wyższych sfer, pseudonaukowca, więźnia czy nadzorcy. Sporo radości podczas lektury sprawiało mi wyszukiwanie powiązań między postaciami i składanie poszczególnych fragmentów w jeden obraz.

Bardzo podobała mi się perspektywa Aborygena o imieniu Peevay, która wprowadza czytelnika w świat rdzennej ludności Australii i pokazuje brytyjską inwazję z odmiennej perspektywy. Te fragmenty charakteryzują się niezykłym podejściem do natury i fantastycznymi, pełnymi prześmiewczej ironii, opisami działań "białych knypów" i zasługują na najwyższy podziw, także pod względem translatorskim.

Powieść Kneala to miks stylów i nastrojów: zabawna, łotrzykowska relacja z rejsu przez pół świata, biograficzne wspomnienia osadników, religijne wywody, pseudonaukowe eseje czy wspomniana opowieść Aborygena to tylko niektóre z nich. Od tekstu trudno się oderwać - lektura tej powieści to naprawdę niezwykła przyjemność. Anglicy na pokładzie z pewnością zachwycą miłośników powieści historycznych i marynistycznych. Jestem jednak pewna, że tę książkę docenią wszyscy wielbiciele dobrej prozy.

BARDZO POLECAM!

Ocena: 6/6

Z okazji polskiej premiery Anglików na pokładzie autor tak mówił o swojeje powieści: 


czwartek, 21 września 2017

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, Cezary Łazarewicz

Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Łazarewicza było Sześć pięter luksusu. Czytałam ją dwa lata temu i po lekturze miałam niestety sporo zastrzeżeń.

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza kupiłam w Gdyni przy okazji spotkania z autorem, które poprowadziła Anna Dziewit-Meller w ramach festiwalu Miasto słowa.
Zebrane w tomie teksty pochodzące z lat 90-tych świetnie oddają atmosferę tamtych lat. Czasy, których jedni nie chcą pamiętać wcale, a inni całkowicie negują. Oszustwa na wielką skalę, bieda i beznadzieja terenów popeegerowskich, samozwańczy spece od wszystkiego, szemrane interesy, alkoholizm, bezradność i naiwność zwykłych ludzi - to wszystko odnajdziemy w reportażach Łazarewicza.

Wyłania się z nich obraz smutnego kaju, w którym mieszkają nieszczęśliwi ludzie zawieszeni pomiędzy komunistyczną przeszłością, do której nie ma powrotu, a przerażającą, kapitalistyczną przyszłością. Ta książka pozwala nam uświadomić sobie, jak bardzo nasz kraj zmienił się w przeciągu minionych dwudziestu lat. Jednocześnie przypomina nam, skąd pochodzimy, a to, jak już wspomniałam, jest prawdą dość bolesną, o której wielu chciałoby zapomnieć. Takie wnikliwe spojrzenie wstecz pomaga zrozumieć, dlaczego niektórzy Polacy dokonują takich wyborów politycznych, jakich dokonują.

Zamieszczone w zbiorze teksty zostały napisane ok. 20 lat temu i przedrukowane bez poprawek. Szkoda, że Łazarewicz nie pokusił się o odnalezienie swoich bohaterów, czy odwiedzenie opisywanych miejsc i dopisanie dalszego ciągu tych historii. Miałam też nadzieję na nieco więcej regionalnego kolorytu, zwłaszcza, że już sam tytuł zapowiada Reportaże z Pomorza. Niestety oprócz nazw miejscowości, niewiele jest w tekstach samego Pomorza, a opisywane wydarzenia mogły się wydarzyć w dowolnym miejscu w Polsce.

Czy warto więc sięgnąć po tę książkę? Jeśli interesują was lata 90-te na polskiej prowincji i chcecie lepiej poznać naszą narodową mentalność, to na pewno tak.

Ocena: 4/6

Żoną Łazarewicza jest dziennikarka i publicystka Ewa Winnicka. Muszę przyznać, że jej książki bardziej trafiają w mój czytelniczy gust. Dotychczas przeczytałam Angoli i Londyńczyków, a na półce już czeka pożyczona od koleżanki biografia Barbary Piaseckiej-Johnson.

Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz gościli w sierpniowym odcinku Barłogu Literackiego. Ciekawie opowiadają o swoich książkach, małżeńskiej współpracy i życiu dziennikarzy. Warto obejrzeć!


wtorek, 19 września 2017

Rok królika, Joanna Bator

Oj niełatwa to była przeprawa, niełatwa. Brnęłam przez Rok królika tygodniami i wielokrotnie byłam o krok od rzucenia książki w kąt nie dokończywszy lektury. Nie zrobiłam tego, bo to w gruncie rzeczy jest dobra powieść, ale nie na pierwszy i nie na drugi rzut oka...
Im więcej czasu mija odkąd skończyłam czytać najnowszą książkę Joanny Bator i im częściej opowiadam o niej innym osobom, tym bardziej ją doceniam. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to tekst literacki, przez który się brnie. Z wyjątkiem ostatnich pięćdziesięciu stron, ale o tym później.

Zacznijmy jednak od tego, że najpierw była Wyspa łza. Niezwykła, poruszająca książka, która nie daje się wtłoczyć w sztywne literackie kategorie. Osobista, głęboka i bardzo ważna nie tylko dla autorki, ale, jak podejrzewam, i dla wielu czytelników. Bator pisała w niej m.in. o kryzysie twórczym, codziennej pracy pisarki i pomysłach na kolejną powieść, czyli właśnie na Rok królika. Opisując koszmar pogoni za natchnieniem wymieniła interesujące ją motywy: mroczne bliźniaczki, znikanie, poligamię i króliki. Ich pojawienie się w powieści nie było zatem dla mnie żadną niespodzianką. Za to częstotliwość, z jaką powracają na kolejnych stronach, w pewnej chwili stała się męcząca.
Akcja powieści toczy się bardzo powoli. Główna bohaterka, autorka bestsellerowych romansów historycznych Julia Mrok, postanawia zerwać ze swoim dotychczasowym życiem, które wiodła w towarzystwie dwóch mężczyzn. Starannie aranżuje swoje zniknięcie i jako Anna Karr trafia do Ząbkowic Śląskich, do Spa pod Królikiem. To, co jej się tam przydarza przypomina absurdalny sen bądź majaki narkomana. Atmosfera powieści jest duszna, szara, pokryta mgłą i bardzo tajemnicza. Taka, przez którą się brnie. Aż do momentu, gdy na scenę wkracza Półkownik. Wtedy akcja nabiera tempa, a całość staje się pierwszorzędną komedią omyłek - ostatnie kilkadziesiąt stron to dowód na to, że Joanna Bator całą tą powieścią puszcza do nas oko. Autorka ewidentnie bawi się z czytelnikiem: wodzi go za nos prezentując bohaterkę, którą trudno polubić i prowadzi nas do zakończenia, które niczego nie wyjaśnia.

W tej książce zachwyciła mnie językowa wiruozeria, z jaką Joanna Bator pisze takie oto zdania:
Naparapecione w oknie parteru patrzyły na ulicę wzrokiem niewinnie osadzonych więźniarek, jaki ma wiele kobiet w tym kraju. (str. 26)
Sikałyśmy tyłek w tyłek, bliskość podszyta niezrozumiałym szantażem, przemoc pokobiecenia. (str. 227)
Kamienica z początku dwudziestego wieku, nijaka, ciemnoszara jak ulepiona z kurzu i poczucia, że wszędzie stąd daleko, w oknach nieprzeniknione firanki. (st. 150)
I jeszcze jedno: Dworzec Centralny w Warszawie zawsze mnie przerażał, bo nawet po remoncie wystarczy na chwilę się zagapić, by z jasnych, czystych przestrzeni trafić w zaułek, gdzie do plastikowego kubka po ogórkach kiszonych skapuje z rany w suficie krew Żydów albo powstańców. (str. 13)

Moim zdaniem warto sięgnąć po Rok królika i wyrobić sobie własne zdanie na temat tej niezwykłej książki. Ja w każdym razie mam ogromną nadzieję, że Joanna Bator pokonała swoją twórczą niemoc i że niebawem trafi na rynek jej kolejna książka.

Ocena: 4+/6

wtorek, 12 września 2017

IX Kongres Kobiet w Poznaniu

 

Tysiące mądrych, pięknych i pełnych energii kobiet zjechało w miniony weekend do Poznania, by wziąć udział w IX Kongresie Kobiet. Myślę, że większość uczestniczek kierowała się troską o przyszłość swoją, swoich dzieci i wnucząt, a dominującym na Targach Poznańskich uczuciem był najzwyklejszy wkurw. Na polityków, na kościół, na otaczającą nas rzeczywistość. Oraz chęć zmiany i tęsknota za krajem, w którym powszechna jest tolerancja, sprawiedliwość społeczna i równe prawa dla wszystkich obywatelek i obywateli.

A co wspólnego ma Konges Kobiet z literaturą?
A no okazuje się, że całkiem sporo: feministki piszą książki (np. Agnieszka Graf, Magdalena Środa, Inga Iwasiów), a pisarki i dziennikarki angażują się w obronę praw kobiet (m.in. Sylwia Kubryńska, Olga Tokarczuk, Eliza Michalik czy Ewa Woydyłło-Osiatyńska). Podczas Kongresu miałam okazję posłuchać wszystkich wymienionych pań.
Zdjęcia robiłam komórką, więc wybaczcie ich słabą jakość.

Rozmowa z Sylwią Kubryńską i Elizą Michalik
Panel, w którym uczestniczyły Magdalena Środa, Olga Tokarczuk i Ewa Woydyłło-Osiatyńska
Olga Tokarczuk została laureatką tegorocznej Nagrody Kongresu Kobiet

W tzw. Parku kobiet stoiska miało kilka wydawnictw, m.in. poznańska Czwarta Strona. Skorzystałam więc z okazji i wspaniałych rabatów i za 75 zł kupiłam trzy książki, które już od dawna miałam na oku. Są to powieści, które cechują niebanalne i silne główne bohaterki:
Maria Panna Nilu, Scholastique Mukasonga - polecana m.in. przez dziewczyny z bloga niespodziegadki 
oraz przetłumaczone przez Paulinę Surniak z bloga miasto książek:
Dziewczyna z rewolwerem, Amy Stewart
Nocne czuwanie, Sarah Moss


Na koniec zainwestowałam 15 zł w biblię feministek:



I pamiętajcie: akcja #ratujmykobiety trwa - w całym kraju zbierane są podpisy pod obywatelskim projektem ustawy o prawach kobiet i świadomym rodzicielstwie.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Oszpicyn, Krzysztof A. Zajas

Jak tylko usłyszałam o tej książce, jasne dla mnie było, że ją kupię i przeczytam. Thriller z elementami horroru, którego akcja dzieje się we współczesnym Oświęcimiu!?!? Nie trzeba mi dwa razy powtarzać. Szybciutko sprawdziłam jeszcze, kim jest autor i dodałam Oszpicyn do listy zakupów.
I od kilku zdań na temat autora zacznę. Krzysztof Zajas jest literaturoznawcą, kulturoznawcą i tłumaczem. Jest także profesorem Uniwesytetu Jagiellońskiego, gdzie pełni obowiązki  Kierownika Katedry Międzynarodowych Studiów Polonistycznych. Napisał kilka książek naukowych z zakresu kulturoznawstwa oraz, zafascynowany twórczością Stephena Kinga, trylogię grobiańską (której nie czytałam). Zajas urodził się w Oświęcimiu i to właśnie tam umieścił akcję swojej najnowszej książki. Tytułowy Oszpicyn to Oświęcim właśnie. Tak nazywali swoje miasto mieszkający tam przed wojną Żydzi.

Główny bohater, młody dziennikarz pochodzący z Krakowa, Wojtek Jaromina, przybywa w 1994 r. do Oświęcimia, by podjąć pracę w lokalnej gazecie. Bardzo szybko okazuje się, że w mieście dzieją się dziwne rzeczy. W tajemniczych okolicznościach giną kolejni mieszkańcy, dzieci zaczynają zachowywać się jak zombi, a na ulicach pojawiają się setki nie bojących się niczego szczurów. Mało? Nad miastem unosi się tajemnicza łuna światła, a ziemia drży i z jej głębi słychać jęki i szumy...
Jaromin, jak na młodego, ambitnego dziennikarza przystało, zaczyna zadawać niewygodne pytania i coraz lepiej poznaje mroczną przeszłość miasta - dość szybko uzmysławia sobie, że tragiczne wydarzenia wstrząsające Oświęcimiem są związane z wydarzeniami z czasów wojny. Nie przypadkowo też to właśnie Jaromin staje się główną osobą próbującą rozwikłać zagadkę. Powieść została podzielona na trzy części - trzy etapy jednej historii, rozłożonej w czasie. Akcja rozgrywa się w 1994, 1999 i 2004 roku. W każdym z nich poznajemy kolejne elementy układanki, choć to nie o kryminalną zagadkę w tej książce chodzi.

Thriller z elementami horroru to gatunek idealny, aby w nieco przerysowany sposób, poruszyć bardzo trudny temat, czyli kwestię niechlubnych działań Polaków wobec ich żydowskich współmieszkańców podczas wojny. Myślę, że Zajas napisał książkę o winie i człowieczeństwie. O odpowiedzialności za grzechy przodków, o zadośćuczynieniu i o odwracaniu głowy - trzeba przyznać, że są to tematy nad wyraz aktualne. Mamy więc w książce legendy o żydowskim złocie i zakopanym skarbie, mamy nieuczciwych szabrowników, bezwzględnych oszustów oraz ich potomków. Całe miasto tychże potomków. Miasto, w którym niemalże każda rodzina skrywa tragiczne tajemnice, i drży, by nie wydostały się one na światło dzienne. Jednak ludzka chciwość potrafi przetrwać lata i kolejne generacje. A ruszona ziemia staje się punktem wyjścia do tej niebanalnej opowieści.

Oszpicyn jest bardzo dobrze napisaną, niezwykle wciągającą i bardzo ważną książką. I tak, autor posługuje się mało oryginalnymi zagraniami znanymi z trzecioligowych horrorów. Ale to nieważne. Bo ta historia porusza do głębi, budzi silne emocje i długo zostaje w czytelniku. Bardzo polecam!

"Tu jest pięknie, bo milion ludzi przywiozło piękno ze sobą, bardzo dużo piękna. Każdy swój maleńki kawałeczek, o , tyci. I kiedy poszli przez komin do nieba, wszystkie te kawałki spłynęły w jedną wielką piękność, a ta rozlała się po okolicy i osiadła na pejzażu aż po horyzont. Dlatego nie możesz zapomnieć krajobrazu i wracasz. Fosforyzująca energia ludzkich dusz. Drobinki uczuć, kryształki miłości, czułe obłoki. I wiesz co? Kiedy już raz zobaczyłeś, będziesz zawsze wracał, bo ona ci nie da spokoju ta piękność. Będziesz ją kochał i cierpiał. Jak w miłości." (str. 151)

Ocena: 5+/6

piątek, 25 sierpnia 2017

Zakupy sierpniowe i miejsce dla moli

W sierpniu przybyło mi trzynaście nowych książek...

Na początku miesiąca dotarła do mnie paczka z księgarni internetowej Znaku, która oferowała 55% zniżki na wybrane tytuły. Nie zastanawiałam się długo, bo w ofercie były naprawdę świetne książki :)


Natomiast w połowie miesiąca wybraliśmy się na wycieczkę do Poznania.
Również w tym mieście mam swoją ulubioną księgarnię. Jest nią Bookarest w Starym Browarze. To wyjątkowo atrakcyjne miejsce dla moli książkowych, które w swojej ofercie ma starannie wyselekcjonowane tytuły i przepyszną kawę. Można więc spokojne uzbierać sobie stosik interesujących pozycji i zagłębić się w jednym z szarych bookarestowych foteli.

Mój stos (i moje cappuccino) wyglądały tak:


A tak wygląda sama księgarnia:

















Wejście do raju:























Nie obyło się oczywiście bez zakupów. Tym razem ograniczyłam się do trzech książek:

A co nowego pojawiło się w tym miesiącu na Waszych półkach?

środa, 23 sierpnia 2017

Jak podróżować z łososiem, Umberto Eco

Zbiór esejów zmarłego w ubiegłym roku popularnego włoskiego filozofa, bibliofila i mediewisty to dobra lektura na urlop. I to nie tylko na urlop we Włoszech.
Krótkie, zwykle trzy-cztero stronicowe teksty, z których część została już raz wydana w Polsce w tomie pt. „Zapiski na pudełku zapałek”, doskonale się nadają do nieśpiesznego podczytywania przy kawie, na plaży czy w ogrodzie. Nieśpiesznego, bo wymagającego skupienia i spokoju. Mamy bowiem do czynienia z tekstami wypełnionymi licznymi odniesieniami do literatury, historii, filozofii, czy polityki.

Eco opisuje zwykłe, codzienne sytuacje z życia profesora uniwersyteckiego, które niejednokrotnie są jedynie wstępem do intelektualnych rozważań na dany temat. Teksty napisane w latach 1975 - 2012 stanowią bardzo różnorodny wachlarz tematyczny. Czytamy m.in. o tym, jak jeść lody, jak podróżować amerykańskimi pociągami, jak kupować gadżety bądź radzić sobie z taksówkarzem. Wśród tekstów znajdują się także takie, których już sam tytuł wskazuje na ich filozoficzny charakter: jak wykorzystywać czas, jak się zaczyna, jak kończy, czy też jak usprawiedliwić posiadanie domowej biblioteki. Temat książek zresztą, jak na prawdziwego bibliofila przystało, pojawia się w zebranych w tym tomie esejach dość często.

Podczas lektury przyszła mi do głowy myśl, że Eco opisuje bardzo męski świat. W jego naukowej, okołouniwersyteckiej codzienności niemalże wcale nie ma kobiet. I mimo, iż autor niejednokrotnie udowadnia, że ma poczucie humoru i spory dystans do siebie, między linijkami wyczułam poczucie wyjątkowości i wyższości, które zdecydowanie nie są tym, czego szukam w literaturze.

Generalnie była to dla mnie ciekawa lektura i z pewnością sięgnę po najpopularniejszą książkę Eco, czyli Imię róży, której naprawdę jeszcze nie czytałam. 

Ocena: 4+/6

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Projekt: prawda, Mariusz Szczygieł

Na pomysł napisania tej książki Mariusz Sczygieł wpadł przypadkiem.
W bibliotece Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie natknął się pewnego dnia na pożółkłą powieść zapomnianego polskiego autora Stanisława Stanucha. Krótki fragment szczególnie przemówił do Mariusza Szczygła: "[...] każdy rozsądny człowiek powinien dążyć do prawdy, starać się odkryć w swoim życiu jedną, bodaj najmniejszą prawdę. W przeciwnym razie życie jego wydawać się może zmarnowane." (str. 35).
Przemówił i zainspirował reportera do napisania własnej książki, kóra stanowi zbiór prawd różnych ludzi: tych znanych autorowi i tych całkiem obcych, spotkanych przypadkowo np. na ulicy. W wyniku licznych rozmów powstały króciótkie teksty o prawdzie.
Ponadto w książce znajdziemy przedruk powieści Stanucha, której akcja dzieje się w 1959 r. Jest to minimalistyczna, charakteryzująca się niemalże całkowitym brakiem akcji opowieść o młodym, dwudziestosześcioletnim mężczyźnie, którego bezsensowne życie przepełnione jest dojmującą samotnością. Odczuwa on bardzo silne pragnienie bycia z innymi ludźmi, a jednocześnie nie opuszcza go wrażenie bycia niewidzialnym. Jest to tekst o wymowie uniwersalnej: mimo iż powstał w czasach głębokiego stalinizmu, nie sposób odnaleźć w nim cech tamtej epoki. 

Do sięgnięcia po tę książkę zachęciła mnie obietnica eksperymentu literackiego oraz nazwisko autora. Jednak dziś, po kilku tygodniach, jakie minęły od lektury stwierdzam, że mam do niej stosunek obojętny. Nie dowiedziałam się z niej niczego nowego, nie doznałam żadnych olśnień i nawet nie miałam szczególnej przyjemności z czytania. Teksty Szczygła czyta się jak zawsze błyskawicznie, ale nic mnie przy nich nie zatrzymało na dłużej. Żaden z nich w jakiś szczególny sposób nie przykuł mojej uwagi. Natomiast do czytania powieści Stanucha momentami musiałam się przymuszać. Jest to ewidentnie książka nie dla mnie.

Ocena: 3+/6

W kultowej rozmowie z Katarzyną Marcysiak Szczygieł wyznał jak brzmi jego własna życiowa prawda: "Trzeba tak żyć, żeby miał cię kto trzymać za rękę jak będziesz umierał bądź umierała." Zachęcam do wysłuchania rozmowy.



środa, 16 sierpnia 2017

Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci, Anna Kamińska

Wanda Rutkiewicz była bez wątpienia postacią wyjątkową. Nazywana królową polskiego himalaizmu jako pierwsza Europejka wspięła się na Mount Everest i jako pierwsza kobieta na świecie zdobyła szczyt K2.

Swoją przygodę z górami wysokimi rozpoczęła w latach 60-tych, co oznaczało, że musiała pokonywać nie tylko własne słabości i lęki, ale i walczyć z peerelowską codziennością, brakiem odpowiedniego sprzętu i pieniędzy na zagraniczne wyprawy. Należy także pamiętać, że ówczesna sytuacja polityczna nie sprzyjała dalekim podróżom.
Zaangażowana członkini Klubów Wysokogórskich, autorka wielu książek i artykułów, znana z gazet i telewizji Wanda Rutkiewicz w życiu prywatnym nie miała wiele szczęścia.

Urodziła się w środku wojny, w 1943 r. w Płungianach, niewielkim miasteczku na terenie obecnej Litwy. Po wojnie jej rodzina na stałe zamieszkała we Wrocławiu, w poniemieckiej willi, która latami miała status ruiny. Po tragicznej śmierci brata, jej rodzice odsunęli się od siebie, a Wanda przejęła rolę głową rodziny. Zawsze niezależna i od najmłodszych lat bardzo ambitna miała najlepsze predyspozycje do uprawiania sportu. Najpierw przez lata grała w siatkówkę, aż pewnego dnia odkryła swoje życiowe przeznaczenie, czyli wspinanie. Pierwsze skałki zdobywała w okolicach Jeleniej Góry podczas wyjazdów studenckich.
Pracowała jako inżynier-elektronik w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych we Wrocławiu, a później w Instytucie Maszyn Matematycznych w Warszawie, ale cały swój wolny od pracy zawodowej czas przeznaczała na organizowanie i realizowanie kolejnych wypraw. Bardzo ważna była dla niej kwestia równouprawnienia kobiet w środowisku himalaistów. Organizowała międzynarodowe wyprawy kobiece i nieustannie udowadniała, że jest równie dobra, albo nawet lepsza od wspinających się z nią mężczyzn. Dwukrotnie wychodziła za mąż, ale nigdy nie została matką. Miała wielu kochanków, ale najwyżej ceniła sobie wolność i niezależność. Zmarła w wieku 49 lat podczas ataku szczytowego na Kanczendzongę (drugiego co do wysokości szczytu w Himalajach).

Anna Kamińska, którą miałam przyjemność poznać podczas prezentacji tej książki na Big Book Festiwalu 2017, wykonała ogromną pracę, której wynikiem jest przepięknie wydana biografia, wzbogacona sporą kolekcją zdjęć. Kamińska nie tylko wykorzystała liczne artykuły prasowe, dokumenty i książki, ale i dotarła do wielu osób, które Wandę znały, także z gór, i podzieliły się z autorką swoimi wspomnieniami. Z tych bardzo osobistych opowieści wyłania się obraz kobiety o bardzo złożonej naturze. Kobiety, która nie miała łatwego charakteru, przez co często wikłała się w przeróżne konflikty. Wreszcie kobiety, która bardzo często była otoczona ludźmi, a mimo to czuła się samotna i niezrozumiana.
  
Na nieszczęście dla Wandy w marcu czytałam Simonę, która dla mnie była książką idealną. W przypadku tej pozycji mam niestety zastrzeżenia. Pierwsze i najważniejsze dotyczy panującego w książce chaosu. Miałam wrażenie, że niektóre informacje pojawiają się w tekście wielokrotnie, co dawało podczas lektury wrażenie powtarzalności. Chwilami gubiłam się w chronologii, męczyły mnie liczne dygresje, brakowało mi w tekście spójności. Pewnie dlatego lektura nieco mi się dłużyła i nie była bardzo wciągająca.
Drugą sprawą jest kwestia ojca Wandy: zarówno jego stopniowe oddalanie się od rodziny, jak i tragczna śmierć. Miałam wrażenie, że Kamińska jednocześnie stara się zaspokoić ciekawość czytelnika dostarczając mu informacji, a z drugiej strony chciała chronić prywatność rodziny Błaszkiewiczów. Wynikiem tego niezdecydowania jest wielokrotnie powtarzający się wątek oraz niedomówienia.

Mimo tych dwóch niedociągnięć książkę oczywiście serdecznie polecam. Zdecydowanie warto zapozać się z pełnym pasji, wyrzeczeń i ciągłej walki życiem Wandy Rutkiewicz... a potem sięgnąć po opowieść o Simonie Kossak :)

Ocena: 4+/6 

czwartek, 10 sierpnia 2017

Totalnie nie nostalgia, Wanda Hagedorn & Jacek Frąś

Wśród wydawanych w ostatnim czasie sentymentalnych opowieści o sielskim dzieciństwie w PRLu książka Wandy Hagedorn bardzo się wyróżnia. Nie tylko różową okładką i sporym formatem.

Po pierwsze jest to komiks. Sugestywne, dość blade i mroczne rysunki Jacka Frąsia silnie działają na wyobraźnię i potęgują przekaz tekstu, na który, siłą rzeczy, nie ma w komiksie zbyt wiele miejsca. Po drugie jest to opowieść autobiograficzna, która bez wątpienia stanowiła ważny element terapii autorki. Jest więc opowieścią poszarpaną, w której na kolejnych stronach odkrywamy przeszłość Wandy Hagedorn i jej wybiórcze wspomnienia. Po trzecie memuar ten jest bardzo szczerą, bolesną i osobistą relacją z dorastania w kraju, którego obywatele musieli się codziennie zmagać z przeróżnymi opresjami i brakami. Podważanie autorytetów i zdradzanie rodzinnych tajemnic jest w tym przypadku obowiązkowym elementem całości. Po czwarte mamy po raz kolejny do czynienia z autorką mieszkającą od lat za granicą (podobnie jak np. Grażyna Plebanek czy Wioletta Grzegorzewska), która w niezwykle trafny sposób wypunktowuje bolesne tematy, tak chętnie od pokoleń zamiatane w naszym kraju pod dywan. Wynika z tego, że dystans geograficzny i kulturowy ułatwia pisarkom spojrzenie na Polskę z innej perspektywy i dodaje odwagi w poruszaniu w swych książkach tzw. trudnych tematów.

Uważam, że jest to BARDZO ważna pozycja na polskim rynku. Książka, która okaże się dla wielu czytelników drogowskazem w rozprawianiu się z własnym dzieciństwem i w nazywaniu pewnych zjawisk po imieniu. Główna bohaterka, mała Wandzia, ma trzy młodsze siostry, pasywną matkę i ojca tyrana. Dzieciństwo spędza w poniemieckim Szczecinie, gdzie żywe wspomnienie wojny jest wszechobecne, choć nie do końca nazwane. Hagedorn otwarcie porusza trudne kwestie: chorobę Alzheimera, molestowanie seksualne, dojrzewanie płciowe, patriarchat i brak głębokich rodzinnych więzi. Ale poruszanych tematów jest dużo więcej - myślę, że każdy wyłuska z Totalnie nie nostalgii inne treści, w zależności od własnych doświadczeń i wrażliwości.
Trzeba przy tym pamiętać, że różowy kolor okładki jest bardzo zwodniczy. Należy raczej zwrócić uwagę na nosorożca: lektura memuaru nie jest przyjemnością. Wręcz przeciwnie: jest to trudna, momentami bolesna, podróż w przeszłość, podczas której głęboko skrywane sekrety mogą się wydostać na powierzchnię. Książka zadra. Książka, o której można gadać godzinami. Czytałyśmy ją na lipcowe spotkanie Klubu Miłośniczek Książek razem z Gugułami. Te dwie pozycje wiele łączy: kobieca narracja, opisywany kraj i poruszane tematy: dorastanie i rodzina. Mimo to są to dwa kompletnie różne spojrzenia i dwie odmienne narracje. To jest moc literatury!
I owszem można się przyczepić, że cała historia nieco się rozłazi i brak jej głównego wątku trzymającego całość w ryzach. Ale to chyba nie o to w tej książce chodzi.

Czytajcie ten wyjątkowy memuar - moim zdaniem warto!

Ocena: 5/6

poniedziałek, 31 lipca 2017

Istota zła, Luca D'Andrea

Od czasu do czasu lubię przeczytać wciągający thriller. Zwłaszcza wtedy, gdy porusza on interesujący mnie w danym momencie temat. Rzadko sięgam po ten gatunek przypadkowo. Kiedy więc podczas planowania wyjazdu w Alpy natknęłam się na książkę Istota zła, wiedziałam, że pojedzie ze mną na wakacje. I był to bardzo dobry wybór!

Głównym bohaterem powieści jest Jeremiasz Salinger, filmowiec z Nowego Jorku, który przenosi się z żoną i córką do małej wioski w Południowym Tyrolu. Siebenhoch to rodzinna miejscowość żony Salingera, w kórej nadal mieszka jej ojciec.
Na miejscu mężczyzna postanawia nakręcić film dokumentalny o pracy ratowników górskich. Podczas jednej z akcji ratunkowych dochodzi do tragicznego wypadku helikoptera, w którym ginie czterech ratowników i kobieta, której spieszyli na pomoc. Salinger jako jedyny ocalały z katastrofy musi poradzić sobie z wyrzutami sumienia, ogromną traumą i szokiem pourazowym.
Podczas rekonwalescencji przypadkiem dowiaduje się o tragicznym morderstwie sprzed lat. W mrocznym wąwozie Bletterbach zginęło w tajemniczych okolicznościach troje młodych ludzi, a sprawcy nigdy nie odnaleziono. Salinger rozpoczyna prywatne śledztwo, które szybko zamienia się w obsesję. Podczas poszukiwań natrafia na mur milczenia i niechęci ze strony mieszkańców wioski. Tajemnica goni tajemnicę, a historie sprzed lat mają coraz większy wpływ na życie całej rodziny Salingerów.

Istota zła to świetna lektura na urlop, zwłaszcza, jeśli jest to urlop w górach. Jest to wciągający, trzymający w napięciu do ostatniej strony thriller, który zadowoli wymagających czytelników. Autor świetnie buduje napięcie i wywołuje u czytelnika pierwotny lęk przed potęgą gór. Umiejętnie wykorzystuje dawne wierzenia i przesądy, sprawnie kombinując je z paranoją głównego bohatera. Ponadto D'Andrea doskonale uchwycił specyfikę Południowego Tyrolu i jego mieszkańców. Ogromną wiedzę o tym regionie, jego historii i tradycjach umieścił w szczegółach. Pojawia się ona nienachalnie, co kilka stron i sprawia czytelnikowi wielką frajdę. Zwłaszcza, jeśli znajduje się on w okolicy i niektóre lokalne osobliwości może zaobserwować także w realu.
Porównywanie autora do Stephena Kinga jest nieco przesadzone, ale biorąc po uwagę fakt, że Istota zła jest debiutem D'Andrei, z pewnością można już teraz cieszyć się na kolejne jego książki.
Polecam!

Ocena: 5/6 

W drodze przez Alpy z Austrii nad Jezioro Garda zrobiliśmy przerwę w Bolzano. Jest to miasto leżące w okolicy powieściowego Siebenhoch, które wielokrotnie pojawia się w książce. To tam ma premierę film Salingera, tam jeździ do archiwum, biblioteki i szpitala.
Zapraszam do Bolzano:







środa, 26 lipca 2017

Guguły, Wioletta Grzegorzewska

Wioletta Grzegorzewska w 2006 r. wyjechała na stałe do Anglii. Zanim się na to zdecydowała, wydała w Polsce kilka tomików wierszy, prowadziła z mężem magazyn literacki i niezależne wydawnictwo. Guguły, wydane w 2014 r., napisała już na emigracji.
"Ciekawe, czy byłabym nominowana, gdybym dziesięć lat temu nie wsiadła na prom na wyspę Wight. Myślę, że gdybym nie wyjechała z kraju, moja kariera literacka potoczyłaby się inaczej"
powiedziała Grzegorzewska Gazecie Wyborczej po tym, jak w marcu tego roku jej książka znalazła się na długiej liście nominowanych do Międzynarodowej Nagrody Bookera. Jak wiemy, nagrody niestety nie otrzymała, ale już sama nominacja przyniosła autorce rozgłos, a książce nowych czytelników. W ramach lipcowego KMK wreszcie udało mi się ją przeczytać.

Guguły to niewielkich rozmiarów książeczka, idealna na leniwe letnie popołudnie na plaży, czy w ogrodzie. Jej narratorką jest dziewięcioletnia Wiolka, która opisuje nam swoje codzienne życie na polskiej wsi na początku lat osiemdziesiątych. Jest swojsko, trochę magicznie, a trochę nostalgicznie. Absolutnym atutem tej książki jest przepiękny poetycki język - jej lektura jest wspaniałym czytelniczym przeżyciem. Guguły są jak mała literacka akwarelka: piękne, delikatne i ulotne. Przeżycia i rozterki Wiolki momentami bawią czytelnika do łez, a za chwilę wzruszją i skłaniają do refleksji. Myślę, że każdy z nas, kto dorastał w PRLu odnajdzie na stronach tej książki strzępki własnych wspomnień z dzieciństwa lub wczesnej młodości. I to bez względu na to, czy mieszkał na wsi, czy w mieście.

I szkoda tylko, że Guguł jest tak mało. Lektura uświadomiła mi, że zdecydowanie wolę książki obszerniejsze, z którymi mogę obcować dłużej. Taki króciótki książkowy romansik jest wprawdzie  doświadczeniem bardzo miłym, ale dość nietrwałym i powierzchownym. Niecierpliwie czekam więc na zapowiedzianą we wspomnianym powyżej wywiadzie powieść Stancje. M. Miała się ukazać w lipcu w wydawnictwie W.A.B., ale na stronie internetowej nie ma jej jeszcze w zapowiedziach. Mam nadzieję, że ukaże się do końca roku i że będzie miała przynajmniej 300 stron :)

Ocena: 5/6

niedziela, 23 lipca 2017

Wolność, Jonathan Franzen

Wolność to mój pierwszy kontakt z twórczością Jonathana Franzena, który zaliczany jest do grona najważniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich. Książkę czytałam przez wiele tygodni z mniejszym lub większym zainteresowaniem. Miałam dość wysokie oczekiwania wobec tak uznanego i chwalonego autora, którym niestety nie udało mu się sprostać.

Wolność to rozłożona na kilka głosów niezwykle obszerna i pełna szczegółów historia małżeństwa Patty i Waltera Berglundów. Opowieść rozpoczyna się wyznaniem Patty na temat gwałtu, którego ofiarą padła jako nastolatka. Sposób, w jaki sprawa została przed laty zamieciona pod dywan oraz zachowanie rodziców w tamtym kluczowym momencie, miały (moim zdaniem) głęboki wpływ na psychikę dziewczyny i położyły się cieniem na całym jej dorosłym życiu.
Na kolejnych stronach Franzen opisuje okres dzieciństwa bohaterów, czasy studiów oraz kolejne fazy ich małżeństwa. Oprócz małżonków narratorami w powieści są: Richard (przyjaciel Waltera ze studiów i uosobienie tęsknot Patty) oraz syn Patty i Waltera Joey.
Tytułowa wolność jest tym, czego bohaterom tej książki brakuje najbardziej. Na pozór wydaje się, że ci typowi przedstawiciele białej klasy średniej mają wszystko: dom, zdrowe dzieci, stabilną pracę... Tymczasem każde z nich samo stoi sobie na drodze do szczęścia, a ich działaniami kierują lęki, nierealne tęsknoty czy widma z przeszłości. Zamiast skupiać się na życiu tu i teraz, ciąglę błądzą po przeszłości lub wyobrażają sobie przyszłość. Kiedy w końcu decydują się na zmianę, lub ktoś decyduje za nich, okazuje się, że nadal nie osiągnęli szczęścia i zaczynają tęsknić za tym co utracili.

Powieść bez wątpienia ma liczne dobre i wciągające momenty, ale generalnie bardzo mnie znudziła i rozczarowała. Niepotrzebne dłużyzny (np. niekończące się wywody Waltera na temat ekologii) i nie do końca jasne przesłanie, to to, co z Wolności zapamiętałam najlepiej.
Podobało mi się, że autor w kilku różnych konstelacjach pokazał złożoność relacji dzieci-rodzice, choć i tu jest sztampowo, bo konflikty międzypokoleniowe dotyczą wszystkich jego bohaterów, więc łatwo je przewidzieć. Ponadto mam do niego żal za nieumiejętność kreowania kobiecych postaci. Podczas gdy Walter, Richard i Joey są bohaterami autentycznymi i wyrazistymi, jedyna postać kobieca, której Franzen daje głos, czyli Patty, to rozhisteryzowana kobieta w depresji. Niby sporo wiemy o jej życiu i najgłębszych przemyśleniach, a mimo to pozostaje postacią płaską i mało wiarygodną. Natomiast pozostałe bohaterki funkcjonują w powieści jako uzupełnienie męskich bohaterów i ich przeżyć. Słabo.

Najwyraźniej powieść ta nie trafiła u mnie na najlepszy moment, albo zwyczajnie nie jest w moim stylu. Na pewno sięgnę po bardziej znane i lepiej oceniane Korekty z nadzieją, że pomogą mi zrozumieć i docenić twórczość Franzena.

Ocena: 4/6

wtorek, 18 lipca 2017

Update

Podczas gdy ja przebywałam na urlopie, blog przykrył się wirtualnym kurzem...
Nadeszła więc pora na małe podsumowanie ostatnich tygodni, samokrytyczny opis stanu aktualnego czytelnictwa oraz plany na nadchodzące dwa miesiące.

Zaległe recenzje, które będę chciała napisać w pierwszej kolejności:
Wolność, Jonathan Franzen
Guguły, Wioletta Grzegorzewska
Istota zła, Luca D’Andrea
Totalnie nie nostalgia. Memuar, Jacek Frąś, Wanda Hagedorn

Aktualnie czytam 10 książek (!!!) i zamierzam je skończyć jeszcze w lipcu. Tak, zdaję sobie sprawę, że się to nie uda, ale bardzo się postaram :)
Są to: książki-zakupy z czerwcowej podróży po Polsce, wyniki spotkań z Koziołkiem i Łazarewiczem w Gdyni oraz tegorocznego Big Booka (Anglicy na pokładzie i Wanda). Do tego dochodzą dwie książki z biblioteki, które już trzy razy przedłużałam, Joanna Bator, której nie mogę skończyć od kwietniowego spotkania KMK oraz pożyczona od przyjaciółki Aleksiejewicz. Z lewej strony wystają zakładki (m.in. bilet do Muzeum Śląskiego w Katowicach i bilet na Rejs z Helu do Gdyni), a książki ułożone są według postępów w czytaniu: widniejąca na szczycie Wanda, została już przeczytana w 2/3 podczas, gdy Pierony ledwie zaczęłam.

Aby mieć jakąś sensowną perspektywę, ułożyłam sobie stos 12 tytułów, które chciałabym przeczytać w sierpniu i we wrześniu. Wyszedł trzykolorowy. A że na blogach zapanowała ostatnio moda na wybieranie książek według kolorów, to wstrzeliłam się w ten trend :)

Dodatkowo chciałabym napisać parę zdań o tegorocznym Big Booku i podzielić się z Wami wrażeniami z podróży w austriackie Alpy i nad jezioro Garda we Włoszech...

A jak Wam mijają wakacje?

piątek, 30 czerwca 2017

Jak pokochać centra handlowe, Natalia Fiedorczuk

Bohaterką książki Natalii Fiedorczuk jest młoda kobieta, która najpierw jest w stanie bynajmniej nie błogosławionym, a potem jako młoda matka przeżywa stany emocjonalne dalekie od euforii i bezgranicznego szczęścia przypisywanego świeżo upieczonym rodzicom. Tytułowe centra handlowe są dla niej miejscami-schronami przed własną samotnością i rozpaczą. Stanowią jedyną odmianę w monotonnej rzeczywistości ograniczonej czterema ścianami niewielkiego mieszkania. Są wreszcie miejscami, w których może spotkać innych ludzi i choć na chwilę znaleźć ukojenie. Partner głównej bohaterki jest prawie całkowicie nieobecny i cała okołoniemowlakowa logistyka spoczywa na jej barkach. Ciężar odpowiedzialności przytłacza ją, a widmo depresji, na którą cierpiała już wcześniej, czyha na każdym kroku.

Przyznam szczerze, że po książce-laureatce Paszportu Polityki spodziewałam się więcej. Owszem zgadzam się, że Fiedorczuk złamała pewne tabu uczłowieczając macierzyństwo i dając matce prawo do negatywnych emocji, opisujące jej samotność i szczególnego rodzaju bezradność. Poza tym autorka sprawnie posługuje się językiem polskim, jej tekst jest gorzki i zabawny jednocześnie. Ale jest to lektura na raz. Taka, którą ze względu na spora czcionkę i duże przerwy między rozdziałami czyta się błyskawicznie i równie szybko zapomina. Mimo najszczerszych chęci nie doszukałam się w tej książce cech charakterystycznych dla dobrej literatury i nie do końca rozumiem, o co tyle szumu. W sumie najbardziej poruszył mnie fragment, w którym bohaterka wyznaje, że jej synek jest chory. Jedno niewinne zdanie całkowicie podważyło jej wcześniejsze smutki i dylematy i uświadomiło, co tak naprawdę jest w życiu istotne. Mimo tego stwierdzam, że choć powieść ta siłą rzeczy opiera się na emocjach, to mnie pozostawiła obojętną. Nie porwała, nie oczarowała, nie przekonała.

Ocena: 4/6

wtorek, 27 czerwca 2017

Miasto słowa czyli festiwal literacki nad morzem

Na początku czerwca spędziłam wspaniały weekend w Trójmieście w towarzystwie męża i jego rodziców. Podróż ta była zaplanowana z dużym wyprzedzeniem, więc gdy w czwartek tuż przed wyjazdem dowiedziałam się, że właśnie odbywa się tam festiwal literacki Miasto słowa, doszłam do wniosku, że nie może to być przypadek :) Stało się jasne, że sobotnie popołudnie i wieczór spędzę w Gdyni.



Wzięłam udział w trzech spotkaniach.
Pierwsze z nich nosiło dość kontrowersyjny tytuł „Czytaj albo giń!”. Dwóch ekspertów od literatury, czyli prof. Grzegorz Leszczyński, autor książki Daję słowo. Wędrówki po języku i literaturze oraz prof. Ryszard Koziołek, autor tytułu Dobrze się myśli literaturą rozmawiali o .... literaturze :) Spotkanie prowadził dr Piotr Millati. Była to bardzo interesująca, pełna humoru i anekdot rozmowa trzech intelektualistów. Prawdziwa uczta!


Najprzyjemniej słuchało mi się prof. Koziołka, kórego książkę mam i czytam. Jest świetna!


Spotkanie ze Stefanem Chwinem na temat jego najnowszej powieści pt. Srebrzysko prowadziła Renata Gorczyńska, dziennikarka, krytyczka literacka i tłumaczka literatury pięknej. Z rozmowy wynikało, że oboje łączy wieloletnia przyjaźń, co nadało spotkaniu niemalże prywatny charakter. Niestety sama powieść nie wydała mi się interesująca (autor czytał fragmenty książki), a spotkanie nieco mnie znużyło.


Ostatnie spotkanie tego dnia podobało mi się BARDZO. Anna Dziewit-Meller rozmawiała z Cezarym Łazarewiczem o jego tomie reportaży Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, który niedawno ukazał się nakładem wydawnictwa Czarne. Tematem rozmowy były głównie liczne historie z przeszłości, ale to dyskusja wokół polskiej szkoły reportażu na moment podniosła temperaturę :)


Autor podpisał mi książkę zakupioną na miejscu,
którą zaczęłam czytać już podczas podróży powrotnej
do Gdańska.
Generalnie bardzo miło spędziłam te kilka godzin na rozmowach o literaturze w Muzeum Miasta Gdyni. Zdziwiona byłam jedynie dość niską frekwencją. W każdym ze spotkań uczestniczyło około trzydziestu osób, co, biorąc pod uwagę wysoki poziom spotkań i omawiane tytuły, jest wynikiem dość mizernym.

Na koniec jeszcze piękny Gdańsk: