niedziela, 29 stycznia 2017

Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd, Kazimierz Nowak

"Czy pan nie boi się lwa? A takiego lamparta? A tych żmij i innych potwornych węży? - tym podobne pytania zadają mi ludzie czy to tu w Afryce, w Europie, czy w Azji Mniejszej.
Zawsze wtedy wyrywa mi się odpowiedź jednakowa: boję się stworzonego przez ludzi świata cywilizowanego, pełnego wiz, kaucji, urzędników emigracyjnych, gwarancji i innych nowości mających niby ułatwiać życie i zwiększających "wolność" cywilizowanego człowieka. Każdy dzień na świecie przynosi nowe prawa, ustawy, rozporządzenia..." (str. 219)

Od tego świata Kazimierz Nowak postanowił uciec i to w dość niekonwencjonalny sposób. W 1931 roku wyruszył z Poznania w trwającą pięć lat podróż przez Afrykę. Przemierzył ten kontynent o własnych siłach, głównie na rowerze. Z bardzo ograniczonymi zasobami finansowymi wybrał się w drogę z Trypolisu, przez Libię, Egipt, Sudan, Kongo Belgiskie, Rodezję aż do Kapsztadu. Po kilku dniach odpoczynku na południowym skrawku Afryki, wyruszył w drogę powrotną na północ przez Angolę, Francuską Afrykę Równikową i Zachodnią, do Algierii. Pokonał ponad czterdzieści tysięcy kilometrów na rowerze, pieszo, czółnem, konno i na dromaderze. Tylko niewielki odcinek drogi przebył pociągiem. Podążał, zazwyczaj sam, przez dżungle, puszcze, pustynie, stepy, swój namiot rozbijał gdzie bądź, żywił się przeważnie tym, co znalazł, wymienił, upolował, albo czym go ugoszczono. Na swojej drodze spotkał wielu ludzi, zarówno rdzennych mieszkańców Afryki, przedstawicieli najróżniejszych plemion, jak i kolonizatorów i misjonarzy z całego świata. Wielokrotnie, w najbardziej zadziwiających miejscach, spotykał rodaków. Możliwość posługiwania się mową ojczystą na obczyźnie była dla Nowaka za każdym razem wyjątkowo wzruszającym przeżyciem. Nowak był poliglotą, na co dzień posługiwał się kilkoma językami europejskimi i wyjątkowo szybko uczył się podstawowych zwrotów w miejscowych językach.

Minimalista Kazimierz Nowak z dwoma najważniejszymi
przedmiotami w podróży: rowerem i namiotem.
(źródło: wikipedia)
Zapis jego podróży jest z wielu względów lekturą wyjątkową. Mamy do czynienia ze szczerą relacją pokonywania kolejnych kilometrów w chłodzie, w upale czy w ulewie. W książce znajdziemy wiele opisów praktycznych rozwiązań w skrajnych sytuacjach - to taki trochę poradnik survivalowy retro. Fascynujący jest obraz całej ówczesnej podróżniczej logistyki: Nowak otrzymywał listy, paczki i przekazy pieniężne w najodleglejszych miejscach Afryki. Informacje o jego wędrówce przesyłane były z miejsca na miejsce telegrafem, dźwiękiem tamtamów lub przez posłańców. Dzięki temu w kolejnych osadach oczekiwano dziwnego białego rowerzysty. Czasami władze kolonialne wysyłały w jego kierunku komitety powitalne, co raz czy dwa uratowało Nowakowi życie. Podczas pięciu lat podróżnik niejednokrotnie otarł się o śmierć, ciężko chorował na malarię, cierpiał głód i pragnienie.

Nowak dzielił się z czytelnikami swoimi filozoficznymi niemalże rozważaniami na temat otaczającej go dzikiej natury, często bezkarnie niszczonej przez białych, którzy tworzyli olbrzymie plantacje lub wydobywali tony cennych surowców nie zważając ani na środowisko, ani na rdzennych mieszkańców. Autor nie szczędził czytelnikom krytyki kolonializmu na wielu płaszczyznach: "Nic tak zgubnie nie działa na pierwotne ludy Afryki, ich kulturę i moralność, jak nasza wybujała cywilizacja, przeszczepiona gwałtownie na odległe ziemie Czarnego Lądu". (str. 160) Rozważania na temat brutalnego wykorzystywania przez białych bogatych zasobów tego kontynentu pojawiają się w książce wielokrotnie i są często bardzo gorzkie.
Emocjonalny dziennik podróży wzbogacony jest dziesiątkami czarno-białych zdjęć z odwiedzanych miejsc. Dzięki nim dużo łatwiej wyobrazić sobie opisywane sceny, lepiej można poznać Afrykę i jej mieszkańców. Owe fotografie stanowią nie tylko bezcenne świadectwo jego wojaży, to dzięki nim Nowak finansował całe przedsięwzięcie. Na bieżąco, gdy tylko sprzyjały temu warunki, wysyłał zdjęcia do redakcji gazet w wielu krajach Europy oraz sprzedawał je na miejscu.
Część trasy Nowak pokonał łodzią ochrzczoną imieniem jego żony "Maryś".
(źródło: wikipedia)

W 1933 roku Nowak pisał: "Świat staje się coraz bardziej szary, przeraźliwie monotonny. Wszystkie pięć kontynentów ulega temu samemu prawu, zanikają piękne stroje ludowe i architektura, stworzona fantazją poszczególnych ludów i ras. Nawet florę i faunę modernizuje się, nagina do woli wygodnych ludzi XX wieku, którzy każdą kwestię starają sie ująć w ramy prawa, z wykluczeniem odrębnych potrzeb poszczególnych ras, zamieszkałych pod różnymi długościami i szerokościami geograficznymi." (str. 178) Brzmi znajomo?

Pod względem literackim możnaby się trochę nad tekstem poznęcać. Liczne powtórzenia, chaotyczność i brak struktury tekstu momentami mogą czytelnika nużyć. Tekst jest nierówny: znać po autorze wyczerpanie i trudy pięciu lat w podróży. Ostatnie rozdziały stają się coraz krótsze, coraz więcej pokonanych kilometrów Nowak opisuje na coraz mniejszej ilości stron. Z tekstu biją: ogromne zmęczenie i tęsknota za domem, które zastąpiły początkową euforię podróżowania.
Jednak to są tylko drobnostki, które nie mają znaczenia dla odbioru tekstu. A ten jest fascynującym dziennikiem szalonej podróży i krytycznym opisem Afryki lat trzydziestych - tego magicznego świata, którego już nie ma.

Wyjątkowa, wspaniała lektura. Serdecznie polecam!

Ocena: 5+/6


1 komentarz: