sobota, 18 marca 2017

Białe zęby, Zadie Smith

TĘ powieść Zadie Smith czytałam po raz pierwszy w 2010 roku. Z ogromną przyjemnością sięgnęłam po nią ponownie, gdy została lekturą na styczeń w naszym Klubie Miłośniczek Książek (razem ze wspaniałym Buddą z przedmieścia).

Przygotowując ten tekst sęgnęłam po swoją recenzję sprzed siedmiu lat. Porównywanie własnych wrażeń z lektury wtedy i teraz okazało się bardzo ciekawym zabiegiem.
Lektura pierwszych stu stron szła mi wtedy jak krew z nosa. Nie mogłam się wgryźć w tekst, nadążyć za specyficzną narracją Smith, zrozumieć wielowarstwowości powieści. Ale powoli, jak w układance, wszystko zaczęło do siebie pasować i już nie mogłam się od lektury oderwać. Teraz wsiąknęłam w powieść od pierwszej strony. Nie od razu udało mi się przypomnieć sobie bohaterów i powiązań między nimi. Wspomnienia te powracały powoli, z każdą stroną kolejne, ale do końca nie byłam pewna co wydarzy się na kolejnej stronie. Dzięki temu podczas lektury towarzyszyła mi radość odkrywania oraz brak zachłannej ciekawości, który pozwolił skupić się na języku powieści i jej smakowitych detalach.

Demonstrowała swoją seksualność ze swobodą dojrzalszej od siebie kobiety, a nie (...) jak nieporęczną torebkę, z którą nigdy nie wiadomo co zrobić: gdzie ją powiesić, albo kiedy po prostu odłożyć. (str. 33)

Bohaterami powieści są członkowie trzech rodzin: Jonesów, Iqbalów i Chalfenów mieszkający w Londynie, których bardzo wiele różni, a wspólnym mianownikiem są ich pogmatwane historie rodzinne. Najpierw poznajemy ojców: Anglika Archibalda Jonesa i pochodzącego z Bangladeszu Samada Iqubala, których losy splotły się nierozerwalnie podczas drugiej wojny światowej. Następnie na scenę wkraczają pochodząca z Jamajki żona Archibalda, Clara oraz wybrana mu przez rodzinę małżonka Samada, Arsana. Na końcu pojawiają się dzieci: córka pierwszej pary Irie oraz bliźniaki Samada i Arsany - Millat i Magid, które zawierają znajomość z rodziną typowych przedstawicieli angielskiej klasy średniej: Marcusa i Joyce Chalfenów. Tak złożona lista głównych bohaterów odzwierciedla, mniej więcej, skomplikowaną strukturę książki, której nie sposób streścić, nie spłycając jej przy tym. A tego bym nie chciała.

To n a u k a - Archie wymawia słowo "nauka" w taki sam sposób jak słowo "nowoczesny", zupełnie jakby ktoś mu pożyczył te słowa i kazał przysiąc, że ich nie popsuje. (str. 500)

W swojej wielowątkowej powieści Smith porusza całą masę problemów współczesnych społeczeństw Europy Zachodniej, która jest wymarzonym celem milionów potencjalnych emigrantów z całego świata. Po osiągnięciu tego celu niejednokrotnie muszą stwierdzić, że wyidealizowane wspólne życie w zachodniej kulturze w zderzeniu z rzeczywistością rodzi problemy i konflikty. Tolerancja, tradycja, dorastanie, konflikt pokoleń, patriotyzm, religia, tożsamość, fanatyzm, dojrzałość, uprzedzenia, zrozumienie, rasizm, przemoc - wszystkie te elementy odnajdziemy w powieści Smith śledząc losy bohaterów. Bohaterów świetnie dopracowanych, charakternych i mających własne zdanie, którzy często kłócą się ze sobą, próbując narzucić innym własne poglądy i w ten sposób okiełznać choć niewielki fragment rzeczywistości. Ich relacje stanowią fascynujący temat do wielogodzinnych dyskusji i rozważań.

Jeśli religia jest opium dla ludu, to tradycja bywa jeszcze groźniejszym środkiem uśmierzającym, po prostu dlatego, że rzadko dostrzega się tę jej złowrogość. (...) tradycja jest bardziej swojską miksturą: herbatą z dodatkiem zmielonego maku, słodkim kakao z domieszką kokainy, czymś, co mogłaby przyrządzić poczciwa babcia. (str. 191-192)

Język Zadie Smith jest niezwykle inteligentny, pełen humoru i delikatnej ironii, a Zbigniew Batko wspaniale poradził sobie z tłumaczeniem. Podczas czytania miałam nieustannie pod ręką ołówek. Mam nadzieję, że wybrane cytaty pozwolą Wam poczuć wyjątkowość tej książki. Cóż mogę dodać: jest to wspaniała, wielowątkowa powieść o życiu napisana lekko, ale niejednokrotnie trafiająca w punkt. Po mistrzowsku.
Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, to polecam gorąco!

Było to stulecie egzotycznych przybyszów, brązowych, żółtych i białych. Stulecie wielkiego imigracyjnego eksperymentu. Pod koniec tego stulecia na placu zabaw można było natknąć się na Isaaca Leunga nad sadzawką z rybkami, Danny'ego Rahmanna w bramce na boisku piłki nożnej, Quanga O'Rourke grającego w kosza i Irie Jones, nucącą jakąś melodyjkę. Imiona i nazwiska tych dzieci zderzały się czołowo. Kryły w sobie tajemnicę masowego exodusu, zatłoczonych łodzi i samolotów, chłodnego przyjęcia w nowym kraju, badań lekarskich. (str. 318) (...)
Ale imigrantów śmieszą lęki nacjonalistów, bojących się panicznie zarazy, penetracji, wymieszania ras, bo to małe piwo, pestka w porównaniu z lękami imigrantów - przed rozpuszczeniem się, zniknięciem. (str. 319)

Ocena: 6/6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz