środa, 31 maja 2017

Miejsca dla moli i książkowe zakupy

Ubiegły tydzień spędziłam podróżując z mężem po południowej Polsce. Odwiedziliśmy m.in. Katowice, Cieszyn i Kraków, a w każdym z tych miast cudowne miejsca dla każdego, kto kocha książki. Mam na myśli księgarnio-kawiarnie, czyli idealne połączenie dobrych książek i pysznej kawy. Moje ulubione miejsca na książkowe zakupy.
Z podróży, oczywiście, przywiozłam książkowe pamiątki :)

KATOWICE, Muzeum Śląskie
www.muzeumslaskie.pl

Jest to bez wątpienia jedno z najciekawszych muzeów w Polsce. Interaktywna wystawa stała przybliża zwiedzającym skomplikowaną historię Górnego Śląska. Spędziliśmy tam ponad cztery godziny...
Po zwiedzaniu warto zajrzeć do sklepu muzealnego, który oferuje niewielki, ale bardzo ciekawy, wybór książek o Śląsku. Zakupy można dokładniej obejrzeć przy kawie w muzealnej kawiarni :) Moje wyglądają tak:



CIESZYN, Kornel i przyjaciele 
www.korneliprzyjaciele.pl

Przepiękne miasteczko na polsko-czeskiej granicy, a w nim magiczne miejsce z pyszną kawą, ciastem i ciekawą ofertą książek, w którym się zakochałam. I w mieście i w kawiarni. Wybraliśmy się tam z Wisły, w kórej mieszkaliśmy, dwa razy :) Na czerwonym fotelu widocznym poniżej spędziłam bardzo przyjemne chwile. Zapraszam do Kornela:






















Do kawy uzbierałam ogromny stos książek do przejrzenia:

Ostatecznie zdecydowałam się na cztery tytuły:

KRAKÓW, BOOK BOOK

Na klimatycznym Kazimierzu powstało w ubiegłym roku BARDZO przestronne i kolorowe miejsce dla wszystkich, którzy kochają książki. Na gości kawiarni czekają świetnie zaopatrzone regały, na których książki są ustawione tematycznie, w ofercie m.in. spory wybór książek o sztuce, historii i z zakresu szeroko pojętej humanistyki oraz wydawnictwa regionalne. 

 






Także i tu wyszukałam na regałach interesujące tytuły i przy mrożonej kawie zapadłam w widniejący na powyższym zdjęciu zielony fotel...


W Book booku kupiłam dwie książki:



KRAKÓW, De Revolutionibus
www.derevolutionibus.com.pl

W centrum Krakowa, na Brackiej, tuż obok Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego mieści się nowocześnie wyposażona księgarnio-kawiarnia zaopatrzona w bardzo duży wybór tytułów.



Tym razem na moim stoliku wylądowały aż dwa stosy książek do przejrzenia:


Ostatecznie jednak kupiłam tu dwie książki:


Bilans tygodniowego pobytu w Polsce to dwanaście nowych tytułów na mojej półce:


Od dołu:
z Katowic:
Czarny ogród, Małgorzata Szejnert
Pierony. Górny Śląsk po polsku i niemiecku. Antologia, Dariusz Kortko, Lidia Ostałowska
Piąta strona świata, Kazimierz Kutz
Pożegnanie z Afryką, Karen Blixen (kupiona na straganie z używanymi książkami w centrum
miasta, bo od dawna chciałam ją mieć)

z  Cieszyna:
Tu Byłem. Tony Halik, Mirosław Wlekły
Człowiek, który zrozumiał naturę, Andrea Wulf
Rozmowy o Śląsku Cieszyńskim, Andrzej Drobik
Dobrze się myśli literaturą, Ryszard Koziołek

z Krakowa:
Międzymorze, Ziemowit Szczerek 
Oszpicyn, Krzysztof A. Zajas
Złoty notes, Doris Lessing
Wygnani do raju. Szwedzki azyl, Krystyna Naszkowska

piątek, 26 maja 2017

Matka feministka, Agnieszka Graff

Tak mi jakoś wyszło, że opinię o tej pozycji publikuję właśnie dziś, w Dniu Matki. I bardzo dobrze, bo chyba nie ma lepszej okazji, by napisać parę zdań o książce, która w tak zdecydowany sposób porusza kwestię macierzyństwa w Polsce. Matkę feministkę powinni czytać wszyscy bez wyjątku. I to nie tylko 26 maja!

Agnieszka Graff, czołowa polska feministka, w 2009 r. została matką. To wydarzenie zmieniło w jej życiu wszystko, łącznie ze spojrzeniem na polski feminizm. Zauważyła wtedy, że brakuje "...osadzonej w polskich realiach feministycznej książki, która kompleksowo podjęłaby analizę emocjonalnego, ekonomicznego i społecznego wymiaru macierzyństwa, a jednocześnie zarysowała projekt społecznej i politycznej zmiany." (str. 7-8)
Matka feministka
nie jest wprawdzie taką kompleksowa analizą ani gotowym politycznym postulatem, ale stanowi pierwszy krok w podjęciu publicznej dyskusji na temat zmian, które muszą w naszym państwie nastąpić, zwłaszcza w obliczu malejącej liczby urodzeń. To nie zakazy i tabuizacja sfery seksualnej nakłonią Polki do rodzenia więcej niż jednego dziecka, ale prawdziwa polityka prorodzinna i zmiany w myśleniu społeczeństwa.

Książka Graff składa się z dwóch części. W pierwszej znajdziemy rozważania autorki na temat wspomnianej już nieobecności tematu macierzyństwa w polskim dyskursie feministycznym, tekst o pożegnaniu mitu Matki Polki, esej o byciu matką w Polsce oraz teksty trzech wystąpień na Kongresach Kobiet. Część druga to zbiór felietonów publikowanych wcześniej w "Wysokich obcasach" i magazynie "Dziecko", które opisują codzienne zmagania matek z rzeczywistością.

Graff ma świetne pióro i jej przemyślenia dotyczące poważnej kwestii pozycji matek w polskim społeczeństwie czyta się niezwykle szybko i z dużą przyjemnością. Autorka porusza wiele istotnych tematów. Patriarchat, rola kościoła katolickiego, pozostawienie tematu macierzyństwa kręgom konserwatywno-katolickim i jego nieobecność w narracji środowisk nowoczesnej lewicy (choć to zmienia się trochę dzięki partii Razem), pokutujący do dziś mit cierpiącej Matki Polki, to tylko niektóre z nich. Obracając się na płaszczyźnie naukowej, społecznej, jak i politycznej, Graff postuluje konkretne zmiany w przepisach. Zwraca przy tym uwagę, że politycy nie nadążają za zmianami w światopoglądzie Polaków, z czego wynika m.in. brak przełożenia rosnącej liczby ojców, którzy aktywnie opiekują się swoimi dziećmi, na przepisy prawne. Graff zwraca również uwagę na wiele polskich paradoksów wynikających z faktu, iż "Macierzyństwo jest w Polsce "świętością", a o świętościach rozmawia się ogólnikowo i z namaszczeniem, bez wdawania się w takie szczegóły, jak ściągalność alimentów czy podjazdy dla wózków. Każdy i każda, kto usiłuje ten temat wprowadzać do debaty publicznej, oskarżany jest o "roszczeniowość"." (str. 12)

Pamietając, że Matka feministka została wydana w 2014 r. można stwierdzić, że społeczeństwo się zmienia o czym świadczy chociażby rosnąca liczba mężczyzn samotnie pchających przed sobą wózki (z czego wnioskuję, że nie boją się zostać sam na sam z dzieckiem). Z drugiej strony rządzą obecnie w Polsce ludzie, którzy mentalnie tkwią w minionym stuleciu i zakazami chcą wkraczać w prywatne życie Polek. A zatem: walka trwa! Czytajcie Graff!

Ocena: 6/6

niedziela, 21 maja 2017

Siostra, Rosamund Lupton

Ten thriller został wydany w Polsce w 2012 roku i był wtedy obecny na bardzo wielu blogach. Większość czytelników zachwycała się tą książką gorąco ją polecając. Dopisałam ją wtedy na listę "do przeczytania", a niedawno nadarzyła się w końcu okazja, by sprawdzić, o co ten cały szum.

Główną bohaterką jest trzydziestoparoletnia Angielka o imieniu Beatrice, która na wiadomość o zagninięciu siostry przylatuje do Londynu z USA, gdzie robi karierę zawodową i planuje zamążpójście. Kilka dni później zostaje odnalezione ciało siostry, a policja jest przekonana, że Tess popełniła samobójstwo. Jednak Beatrice ani przez moment w to nie wierzy i podejmuje własne śledztwo.
Krok po kroku poznaje tajemnice młodszej siostry, jej znajomych i codzienne życie. Beatrice wprowadza się do mieszkania Tess, podejmuje pracę w pubie, w którym pracowała siostra i zaprzyjaźnia się z Kasią, bliską koleżanką zmarłej. Choć jej działania momentami są chaotyczne i impulsywne, to dzięki żelaznej konsekwencji stopniowo zbliża się do rozwiązania zagadki. Jej zachowanie nosi znamiona obsesji: życie prywatne Beatrice staje na głowie, a jej jedynym celem staje się wykrycie mordercy Tess.

Cała historia jest opowiedziana w formie zeznań Beatrice, które kobieta musiała złożyć na policji tuż po dramatycznym finale całej historii, co od początku pozwala nam założyć, że wyjdzie cało ze wszystkich opresji. Jej relacja jest bardzo osobista, obfituje w emocjonalne wątki rodzinne i zdradza przemyślenia kobiety, które towarzyszyły jej podczas miesięcy, które upłynęły od śmierci siostry.

Książkę czyta się dość szybko, napisana jest sprawnie, choć niektóre fragmenty nieco się dłużyły. Autorka starała się pogłębić sylwetki postaci i podjęła próby psychoanalizy ich zachowań, tym niemniej są to dość powierzchowne próby, dopasowane do oczekiwań masowego czytelnika thrillerów.
Książka dobra na wieczór lub do zabrania w podróż, ale żadna rewelacja.

Ocena: 4/6

niedziela, 14 maja 2017

Wysepka, Andrea Levy

Zanim Karim z powieści Budda z przedmieścia zaczął podbijać Londyn lat siedemdziesiątych, a chwilę później bohaterowie Białych zębów podejmowali mniej lub bardziej udane próby odnalezienia swojego miejsca w angielskim społeczeństwie, do Wielkiej Brytanii, krótko po wojnie, przybyła pierwsza fala emigrantów z Jamajki.

Mieszkańcy wyspy, która od 1655 roku była brytyjską kolonią, w trakcie drugiej wojny światowej ochotniczo wstępowali do armii, by walczyć za ojczyznę. Po szkoleniu w kraju macierzystym, wysyłani byli na różne fronty, m.in. do Indii. I choć w Armii oficjalnie walczono z rasizmem, a ciemnoskórzy żołnierze mieli takie same prawa, jak biali Anglicy (w odróżnieniu od żołnierzy amerykańskich, wśród których panowała silna segregacja rasowa), ich służba naznaczona była niechęcią i szykanami ze strony białych. Chwilę po wojnie, w wyniku zmian politycznych, do walczącej nadal ze skutkami wojny Anglii wyruszają mieszkańcy brytyjskich kolonii.

Ten szczególny moment w historii Wielkiej Brytanii Andrea Levy wybrała na tło swojej powieści, w której poznajemy pogmatwane losy czworga bohaterów. Mamy rok 1948, wśród tysięcy Jamajczyków wsiadających na statki płynące do Londynu jest Gilbert Joseph, były żołnierz RAFu, który w Anglii chce rozpocząć nowe, lepsze życie. Parę miesięcy później jego śladem wyrusza świeżo poślubiona małżonka Gilberta, Hortense, która zamierza podjąć pracę jako nauczycielka. Ich wyobrażenia o życiu w nowej ojczyźnie zostaną boleśnie skonfrontowane z rzeczywistością, a otaczająca ich niechęć i wrogość londyńczyków niejednokrotnie zaskoczy i wywoła szczere zdumienie.
Oboje zamieszkują w małym, obskórnym pokoju na poddaszu domu, który należy do Angielki, pochodzącej z prownicji córki rzeźnika, Quennie Blight, a dokładniej rzecz ujmując do męża Quennie, Bernarda. Ten jednak kilka lat wcześniej wyruszył na front i słuch po nim zaginął. Kobieta przekonana o śmierci męża sama musi sobie radzić w ograniętym powojennym kryzysem kraju, otwiera więc swój dom dla ciemnoskórych imigrantów i samotnych kobiet. Dla konserwatywnych sąsiadów takie zachowanie jest jawną prowokacją.

Dzięki dość szczegółowej retrospekcji poznajemy historię każdego z czworga bohaterów, ich przemyślenia, motywacje, lęki i plany. Cztery życiorysy splatają się ze sobą i udowadniają, jak często ludzie przypisują innym własne cechy i jak trudno im się między sobą dogadać, nawet jeśli mówią tym samym językiem. W małżeństwie, w przyjaźni, w rodzinie, w wojsku - wszędzie pojawiają się problemy wynikające z braku otwartości i z wrodzonej skłonności do oceniania innych. W swej historii autorka poruszyła wiele istotnych kwestii związanych z migracją, które od późnych lat czterdziestych ubiegłego wieku do dzisiaj niewiele się zmieniły.
Z tych czterech opowieści wyłania się niezwykle interesujący i barwny opis niełatwych początków wielokulturowego angielskiego społeczeństwa, jakie znamy obecnie. Dzięki swoim bohaterom, stojącym po dwóch stronach barykady, Andrea Levy tworzy pełny obraz bardzo interesującej epoki. Jednocześnie udowadnia, że każda nasza decyzja, każde działanie niesie ze sobą konsekwencje - zarówno dla jednostek, jak i w skali całego kraju, czy narodu. A rozpędzonej lawiny nie da się powstrzymać.

Powieść czyta się bardzo szybko i przyjemnie, a stworzone przez autorkę obrazy na długo pozostają w pamięci czytelnika. Opowieść zawiera mnóstwo detali i smaczków, które dodatkowo podkreślają brytyjski klimat książki. Stworzeni przez Levy bohaterowie są autentyczni i pełnowymiarowi, niektórzy dają się polubić mniej, inni bardziej, a już na pewno nie wszystkich uda nam się zrozumieć.
Autorka urodziła się w Londynie, ale jej rodzice pochodzą z Jamajki i przybyli do Anglii w 1948 r. Można więc założyć, że stworzona przez nią powieść zawiera wątki zaczerpnięte z biografii jej rodziców.

Książka została wydana w Polsce w 2006 roku i obecnie dość trudno jest znaleźć egzemplarze na sprzedaż. Mnie udało się wypożyczyć książkę ze swojej biblioteki. Warto się wysilić i poszukać Wysepki, bo to bardzo wartościowa lektura.

Ocena: 5+/6

czwartek, 11 maja 2017

Co wy wiecie o Rosji?!, Jacek Matecki

We wstępie Jacek Matecki otwarcie przyznaje, że nie jest ekspertem od Rosji i nic nie wie o tym kraju, a jego książka jest relacją z kilku lat włóczęgi, podczas której poznał Rosję jak mało kto (!?!).
Jednocześnie krytykuje dziennikarzy, intelektualistów (sądzę, że ma na myśli naukowców) oraz innych podróżników, którzy Rosję przemierzyli koleją transsyberyjską lub samochodem terenowym, twierdząc, że w ich tekstach brakuje prawdy.
Jest to dość odważne stanowisko, zwłaszcza gdy weźmieny pod uwagę, że jego książce brakuje naukowych podstaw i umiejętności kontekstualizowania opisywanych zjawisk, dziennikarskiej wnikliwości, zdolności do analizowania oraz umiejętności pisania, aż wreszcie adrenaliny i odrobiny szaleństwa, w które z pewnością obfitują relacje kierowców dżipów.

No dobrze, ale w takim razie, czym jest książka Mateckiego?

Chaotyczną gawędą o rosyjskiej prowincji, opisem odwiedzonych miejsc i relacją z odbytych rozmów przetykaną wieloma osobistymi przemyśleniami autora. Nie dostarcza ona rzetelnej wiedzy o Rosji, jest zaledwie zbiorem uwiecznionych przez podróżnika momentów, z kórych wyłania się obraz smutnego kraju, w kórym mieszkają nieszczęśliwi ludzie. Skończyłam lekturę kilka dni temu i nie bardzo mogę sobie przypomnieć, o czym konkretnie czytałam. Matecki odwiedził m.in. kilka klasztorów, mieszkające na odludziu małżeństwo hodujące psy zaprzęgowe, dziesiątki wyludnionych wiosek, kilka miejsc pamięci oraz podejrzancyh spelunek. Swoimi wrażeniami postanowił podzielić się z czytelnikiem.

Matecki ma lekkie pióro i dzięki temu książkę czyta się błyskawicznie. Jej lektura przypomina słuchanie opowieści wujka snutych przy ognisku: dostarcza rozrywki i szybko popada w zapomnienie.

Ocena: 3/6

czwartek, 4 maja 2017

Jest takie miejsce..., Wojciech Zawioła

Dzisiejszy wpis będzie krótki. Dla kronikarskiego porządku (na blogu piszę o każdej przeczytanej książce) muszę wspomnieć o niewielkich rozmiarów książce Wojciecha Zawioły.

Dziennikarz Wojtek poznaje podczas spaceru starsze małżeństwo. Po krótkiej rozmowie kobieta rozpoczyna opowieść o swoim życiu, która rozpoczyna się w okupowanej Warszawie, gdzie Basia i Henryk przeżywają swoją pierwszą miłość. Sielanka zostaje przerwana, gdy Henryk rusza do walki i ślad po nim ginie. Po wojnie Basia wraz z matką powoli odbudowują swoją egzystencję, nie ustając w poszukiwaniach chłopaka. Ze skrawków informacji, które do niej dotarły wynika, że Henryk walczył w podziemiu, a potem uciekł z Polski. Pewnego dnia Basia otrzymuje wiadomość o jego śmierci. Z czasem wychodzi za mąż i rodzi dzieci. Przeszłość zapuka do jej drzwi w najbardziej niespodziewanym momencie.

Jest to jedna z powieści, które kupiłam pod wpływem BARDZO entuzjastycznych recenzji na blogach. Powieść, która na portalu lubimyczytac.pl ma stosunkowo wysoką ocenę 7,47 na 10, a która absolutnie nie przypadła mi do gustu.
Najbardziej przeszkadzał mi styl narracji, który we fragmentach pisanych z perspektywy Wojtka, przypominał pisane w podstawówce sprawozdania. Wspomnienia pani Basi są napisanie nieco lepiej, ale trudno tu mówić o literaturze pięknej. Zawioła posługuje się bardzo prostym, oczywistym językiem i wielokrotnie ociera się o banał. Podejrzewam, że autor spisał zasłyszaną gdzieś opowieść o trwającej całe życie miłości - i tak należy tę książkę czytać: jako wspomnienia starszej osoby.

Ocena: 3/6

Książkowe porządki