poniedziałek, 27 lutego 2017

Bibliotekarki, Teresa Monika Rudzka

Pierwsza książka ze stosu pt. "wiosenne porządki". Cóż mogę o niej mądrego napisać: jest to definitywnie jednorazowa lektura i to dla osób z dużą cierpliwością i silnym samozaparciem...
W zasadzie jej jedyną zaletą jest fakt, że na miejsce akcji autorka wybrała bibliotekę. Miejsce ważne i fascynująca dla (prawie) każdego mola książkowego musiało zadziałać jak magnes. Szkoda tylko, że powieść Teresy Rudzkiej ma czytelnikowi tak niewiele do zaoferowania.

Główna bohaterka Żywia po długich i nużących staraniach otrzymuje wymarzoną posadę w niewielkiej filii bibliotecznej. Opisy jej codziennych obowiązków, utarczek słownych z koleżankami i czytelnikami oraz różnorodnych intryg stanowią treść Bibliotekarek.
Mimo najlepszych chęci nie jestem w stanie napisać nic pozytywnego na temat tego gniota. Jest to wyjątkowo słaba powieść, pełna stereotypów i nienawiści kobiet do innych kobiet. Bohaterkom absolutnie brakuje jakiejkolwiek solidarności, czy poczucia wspólnoty. Autorka wykorzystuje szereg schematów i przejaskrawień, a wykreowany przez nią świat biblioteki jest miejscem odpychającym i nie mającym wiele wspólnego z literaturą. Autorka posługuje się niestarannym, często potocznym językiem, a jej bohaterki są wstrętnymi, zawistnymi babsztylami, z których każda ukrywa jakąś tajemnicę.

Być może powieść w założeniu miała być satyrą. Inaczej naprawdę trudno mi wytłumaczyć sobie tak karykaturalne przedstawienie środowiska bibliotekarek.

Nie będę więcej o tej książce pisać. Oddam ją bez wahania... do biblioteki może?

Ocena: 2/6

wtorek, 21 lutego 2017

Wiosenne porządki

Od lat mam na półce książki, które raczej mnie odpychają niż przyciągają. Prawie wszystkie trafiły do mnie w ramach nieprzemyślanych i nieplanowanych zakupów na przecenach i wyprzedażach w internecie, „taniej książce” lub w supermarketach. Kilka z nich jest efektem spontanicznych zakupów pod wpływem bardzo entuzjastycznych recenzji blogowych.

Z biegiem czasu udało mi się znacznie ograniczyć takie zakupowe ekscesy. Opracowałam całą strategię, dzięki której na półkę trafiają tylko starannie wybrane tytuły. Nawet podczas zakupów w bardzo tanich miejscach omijam tzw. czytadła i skupiam się na reportażach, biografiach, dobrych powieściach - czyli na książkach z mojej listy. Ta samokontrola nawet całkiem dobrze się sprawdza :)

Niemniej jednak te grzeszki z przeszłości wiszą nade mną i zawadiacko spoglądają z regału: A widzisz, ja ciągle tu stoję....

Jestem przekonana, że są to książki do jednorazowego czytania, które potem puszczę w świat robiąc miejsce na regale. Jednak nie chcę się ich pozbywać, bez dania im szansy. W końcu, coś mnie kiedyś skłoniło do zakupu. Może jednak nie są takie złe... Może kryje się wśród nich perełka, albo chociaż porządne zaskoczenie? Zobaczymy.

Tytułów do odstrzału jest w sumie 21 (na razie). Chciałabym się z nimi uporać do końca roku.
Czytaliście któryś z nich? Coś polecacie lub odradzacie szczególnie mocno? A może którejś książki poszukujecie?




Bibliotekarki, Tresa Monika Rudzka
Ja, pani woźna, Ewa Ostrowska
Jest takie miejsce..., Wojciech Zawioła

Między książkami, Gabrielle Zevin
Czarownica z Radosnej, Zofia Staniszewska
Gypsy, Lesley Pearse

Tam, gdzie urodził się Orfeusz, Ałbena Grabowska
Saszeńka, Simon Montefiore
Czysta ziemia, Alan Spence

Chaszcze, Jan Grzegorczyk
Amerykańska żona, Curtis Sittenfeld
Kolor herbaty, Hannah Tunnicliffe

Prawdziwe wspomnienia Mali K., Adrienne Sharp
Hormon nieszczęścia, Danuta Noszczyńska
Lawendowy pył, Ewa Marcinkowska-Schmidt, Danuta Marcinkowska, Klaudyna Schmidt

Kolęda dla umarłych, Patrick Dunne
Loża, Joanna Oparek
Wódka, Boris Starling

Ostatni kucharz chiński, Nicole Mones
Zbrodnia w błękicie, Katarzyna Kwiatkowska
Teufel, Izabela Żukowska







A jak jest na Waszych półkach? Planujecie wiosenne książkowe porządki?
Pozbywacie się książek bez czytania, czy każdej dajecie szansę? A może nie usuwacie z biblioteczki żadnych książek, tylko dostawiacie ciągle nowe?

niedziela, 19 lutego 2017

Polska odwraca oczy, Justyna Kopińska

Podczas zeszłorocznego Big Booka przysłuchiwałam się, między innymi, rozmowie na temat zła w Polsce prowadzonej przez Tomasza Sekielskiego, w której uczestniczyli: Justyna Kopińska, Łukasz Orbitowski i Przemysław Semczuk. Doskonale pamiętam, że to właśnie ona, jedyna kobieta na podium, zrobiła na mnie największe wrażenie. Jej opowieści na temat pracy nad tą książką, relacje ze spotkań i rozmów z bohaterami zebranych w tym tomie reportaży były bardzo poruszające. Najbardziej zapadła mi w pamięć relacja Kopińskiej z rozmów z Anną Trynkiewicz, bohaterką pierwszego reportażu. Może dlatego, że udzieliły mi się emocje, tak silne u autorki nawet po kilku miesiącach od tych rozmów, a może dlatego, że przeczuwałam, że lektura tego i pozostałych reportaży będzie wstrząsającym przeżyciem.

To nie jest książka dla każdego. Należy się do lektury dobrze przygotować psychicznie, odpowiednio się na nią nastawić. A i tak walnie nas w twarz. I to nie raz. Zebrane w niej historie, każda z osobna, opowiadają bowiem o niewyobrażalnym ludzkim cierpieniu, o krzywdzie i niesprawiedliwości. Autorka opowiada historie ofiar, ale także, na ile to możliwe, przybliża czytelnikowi sylwetki sprawców. Oraz demaskuje słabości i błędy systemów, dzięki którym funkcjonuje państwo. Więzienia, szpitale, ośrodki opiekuńcze, sądownictwo - w licznych instytucjach dochodzi do nadużyć, do przesępstw, do sytuacji, w których osoby posiadające władzę stają się oprawcami, za ofiary wybierając zawsze tych słabszych, których, przynajmniej w teorii, powinni chronić.

Mnie najbardziej zapadła w pamięć historia ośrodka opiekuńczego prowadzonego przez zgromadzenie sióstr boromeuszek, pod kierownictwem siostry Bernadetty. Historia prawdziwego domu grozy, w którym wychowankowie latami byli psychicznie i fizycznie maltretowani przez siostry oraz gwałceni przez starszych wychowanków. LATAMI. Nie reagował nikt. Ani rodzice, ani pracownicy "cywilni" ośrodka, ani nauczyciele, ani pracownicy przedszkola, do którego uczęszczały dzieci, ani lekarze i pielęgniarki ze szpitala, to którego regularnie trafiali wychowankowie z wyraźnymi śladami pobicia, złamaniami, ranami... Sprawa ujrzała światło dzienne dopiero w trakcie przesłuchań dwóch byłych wychowanków ośrodka, którzy zabili kilkuletniego chłopca.

Szok, niedowierzanie, poczucie bezsilności, wściekłość - głównie te uczucia towarzyszyły mi podczas lektury tej, w sumie niewielkich rozmiarów książeczki o ogromnej sile rażenia. Oraz o ogromnej sile sprawczej, bo reportaże Kopińskiej niejednokrotnie już poruszały sumienia urzędników, czy ministrów i przyczyniały się do zmiany przepisów lub podjęcia działań w konkretnych sprawach. Skłaniały także kolejne ofiary do opowiedzenia swoich historii.

Bardzo poważnie zastanawiam się na tym, w jaki sposób Justyna Kopińska radzi sobie z tym ogromem ludzkiego nieszczęścia, które opisuje w swoich tekstach. Tekstach, które literacko są bardzo dobrze dopracowane, wyważone i niezwykle celne. Nie ma w nich zbędnego słowa. Są po prosu bardzo dobre.
Lektura obowiązkowa.

Ocena: 6/6

czwartek, 16 lutego 2017

Król, Szczepan Twardoch

Dawno żadna książka tak mnie nie porwała. Porwała i nie wypuszczała ze swoich zadrukowanych sideł przez kilka dni.
Dawno nie spotkałam bohatera literackiego, który tak mało zasługiwałby na sympatię, jak Jakub Szapiro, a którego tak bardzo polubiłam i tak mocno trzymałam kciuki za powodzenie jego niecnych działań.

Król to opowieść o przedwojennej, kryminalnej Warszawie. Bohaterami pierwszoplanowymi są silni mężczyźni, gangsterzy: Szapiro, Kaplica, Pantaleon, Munja i Radziwiłek, którym towarzyszą wyraziste kobiety: Ryfka, Emilia i Anna. 
 
Ale co to jest za powieść! Soczysta, pełna życia i prawdziwych emocji. Pokazująca życie przedwojennej Warszawy bez pudru i lukru. Twardoch nie mitologizuje. Twardoch nazywa rzeczy po imieniu i opisuje napiętą sytuację polityczną w kraju, „elity” pozbawione realnego wpływu na władzę i szalejącą na ulicach przemoc, mającą często swoje źródło w rosnącym nacjonaliźmie. Nie ma się co oszukiwać, życie w dwudziestoleciu miedzywojennym, epoce bardzo idealizowanej w polskiej literaturze, było bardzo trudne i niebezpieczne. Szczególnie mocno poruszyła mnie sytuacja kobiet i dzieci, które nie posiadały praktycznie żadnych praw i miały niewiele do powiedzenia. W pełni zależne od swoich ojców lub mężów często bywały ofiarami przemocy w najróżniejszych jej formach.

Powieść jest bardzo realistyczna, chwilami można ją czytać jak reportaż z międzywojnia. Jest to z pewnością skutek dziesiątek godzin, które Szczepan Twardoch spędził w archiwach przeglądając prasę z tamtego okresu.
Jednocześnie autor zdecydował się na szereg interesujących zabiegów literackich. Najbardziej oczywista jest żonglerka postacią narratora, bardzo ciekawie poprowadzona i skłaniająca do dyskusji nad jego osobowością. Oraz, oczywiście, wiszący nad Warszawą kaszalot. Moim zdaniem jest to widmo nadchodzącego holokaustu - wobec którego nawet najniebezpieczniejsi gangsterzy stolicy okazali się bezradni i który bezpowrotnie zakończył pewną epokę w życiu polskiej stolicy. Liczne powtórzenia, które na pierwszych stronach nieco mnie irytowały, nadały opowieści odpowiedni rytm, a zakończenie wyjaśniło ich zasadność. Literacko Król jest wspaniale dopracowany, czytanie tego tekstu to prawdziwa przyjemność.

Wiem na pewno, że do Króla będę wracać, by, wiedząc już, jak ta historia się zakończyła, skupić się na detalach, które u Twardocha są bardzo istotne. Są w książce zdania, od których przeszywał mnie dreszcz, które waliły mnie w twarz, jak rękawica bokserska. Niestety nie wynotowałam cytatów, bo tempo czytania nie pozwalało na ich zaznaczanie.

Król to powieść bardzo męska. I to jest wspaniałe, bo pozwoliła mi zajrzeć do świata, który jest mi zupełnie obcy: przepełnionego testosteronem, przemocą i rywalizacją. Na szczęście mogłam z niego uciec :)

BARDZO polecam!

Ocena: 6/6

To było moje drugie, po rozmowie na Festiwalu Conrada w Krakowie, spotkanie z Twardochem. W następnej kolejności sięgnę po Morfinę.

Szczepan Twardoch podpisuje mojego Króla.

wtorek, 14 lutego 2017

O przyjemności łamania postanowień

Ponad dwa lata (!!!) wytrzymałam bez biblioteki.
Ostatni raz wypożyczyłam książki jesienią 2014 roku. Od tamtej pory z żelazną konsekwencją czytałam swoje własne oraz okazyjnie pożyczałam coś od znajomych moli.

Aż do ostatniego piątku, kiedy to przeglądając swoje wirtualne półki na portalu lubimy czytać zauważyłam, że "do przeczytania" zaznaczyłam kilka tytułów, które nie są już dostępne w księgarniach. Kilka innych chciałabym przeczytać, ale niekoniecznie kupić. I tak mnie jakoś naszło, że rozwiązanie jest bardzo proste: biblioteka :)

Wypożyczyłam sześć książek i mam ogromną nadzieję, że po tym wyskoku dalej będę grzecznie czytać swoje....



Te tytuły miałam na liście od dawna:

Wysepka, Andrea Levy: Londyn i losy powojennej emigracji. W tle wojna, miłość i uprzedzenia rasowe.

Fioletowy hibiskus, Chimamanda Ngozi Adichie: Debiut nigeryjskiej pisarki, której powieść Amerykaana została moją książką roku 2016.

Śladami drzewa sandałowego, Asha Miró i Anna Soler-Pont: Trójka sierot, która podróżując po trzech kontynentach, szuka swego przeznaczenia. 
 


Bez kupowania chcę przeczytać:
Siostra, Rosamund Lupton: Historia kobiety, która nie wierzy w samobójstwo siostry.

Dzieci gniewu, Paul Grossmann:  Berlin przełomu lat 20. i 30. Schyłek kosmopolitycznego miasta będącego na krawędzi ekonomicznej zagłady i politycznego terroru. Żydowski policjant na własną rękę poszukuje mordercy dzieci...

Spontanicznie dorzuciłam nowość: Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak Anna Kamińska 

A jak Wam idzie realizacja noworocznych postanowień książkowych?
Mam nadzieję, że lepiej niż mi :)

piątek, 10 lutego 2017

Felix Austria, Sofija Andruchowycz

Sofija Andruchowycz jest córką Jurija Andruchowycza i przedstawicielką najmłodszego pokolenia ukraińskich pisarek, które mówią coraz silniejszym głosem, pewnie wkraczając w dyskurs publiczny na Ukrainie. Andruchowycz pięknie mówi po polsku, jest pisarką, tłumaczką literatury oraz publicystką. Poznałam ją podczas ubiegłorocznego Festiwalu Conrada. Bardzo zafascynowała mnie ta piękna, drobna kobieta o ciemnych włosach i wyrazistych ustach. Pod wpływem opowieści Sofiji o swojej najnowszej książce postanowiłam ją kupić i przeczytać. I to była bardzo dobra decyzja.

Główną bohaterką Felix Austria i zarazem narratorką powieści jest Stefania Czorneńko, służąca dbająca o dom Adeli i Petra w Stanisławowie w roku 1900. Pewnego dnia rodzina powiększa się o wyjątkowego chłopca, Felixa, a odnowiona znajomość sprzed lat doprowadzi do dramatycznych wydarzeń. Tak w skrócie możnaby streścić tę powieść, która jest zdecydowanie za krótka. 

Bardzo osobiste rozważania Stefanii często krążą wokół przyziemnych domowych obowiązków, które wypełniają jej całe dnie. Zakupy, sprzątanie oraz gotowanie najwymyślniejszych potraw stanowią główne zajęcia służącej. Myli się jednak ten, kto uważa, że jej wynurzenia są banalne lub mało interesujące. Stefania ma mianowicie niezwykły zmysł obserwacyjny, który pozwala czytelnikowi przenieść się do nieistniejącego świata galicyjskiej prowincji. 

Praktyczna codzienność zajmuje jedynie część wyznań Stefani. Równie ważna jest dla niej relacja, bardzo toksyczna, ze swoją pracodawczynią Adelą. Po tragicznym pożarze, w którym zginęli rodzice Stefanii, ojciec Adeli, szanowany lekarz, postanowił się nią zaopiekować i wychować na służącą dla swojej córki. Dziewczynki dorastały razem i mimo różnicy w pochodzeniu całe dnie spędzały razem, niczym siostry. Ta łącząca je bliskość sprawiła, że w dorosłym życiu Stefania często balansuje na granicy rzeczywistości i własnych wyobrażeń, nie potrafiąc odnaleźć swojego miejsca w swoistym trójkącie z Adelą i Peterem. Jej stosunek do nich przepełniają skrajne uczucia: nienawiść i miłość, troska i wstręt, czułość i wrogość - w pięknym domu z ogrodem aż kipi od emocji.

Powieść zawiera wiele różnorodnych wątków i rozgrywa się na kilku płaszczyznach - możnaby o niej pisać i pisać... Felix Austria jest prawdziwą literacką perełką. Cacuszkiem, które sprawia czytelnikowi wielką radość. Piękny, niemalże poetycki język, fascynujący świat przedstawiony oraz bohaterowie z krwi i kości i ich skomplikowane relacje - to wszystko znajdziecie w tej książce.
Bardzo jestem ciekawa, jak potoczy się pisarska kariera Sofiji Andruchowycz i już teraz czekam niecierpliwie na jej kolejne książki.
Polecam!

Ocena: 5+/6 

Autorka podpisuje dla mnie swoją powieść w Krakowie, podczas Festiwalu Conrada 2016

niedziela, 29 stycznia 2017

Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd, Kazimierz Nowak

"Czy pan nie boi się lwa? A takiego lamparta? A tych żmij i innych potwornych węży? - tym podobne pytania zadają mi ludzie czy to tu w Afryce, w Europie, czy w Azji Mniejszej.
Zawsze wtedy wyrywa mi się odpowiedź jednakowa: boję się stworzonego przez ludzi świata cywilizowanego, pełnego wiz, kaucji, urzędników emigracyjnych, gwarancji i innych nowości mających niby ułatwiać życie i zwiększających "wolność" cywilizowanego człowieka. Każdy dzień na świecie przynosi nowe prawa, ustawy, rozporządzenia..." (str. 219)

Od tego świata Kazimierz Nowak postanowił uciec i to w dość niekonwencjonalny sposób. W 1931 roku wyruszył z Poznania w trwającą pięć lat podróż przez Afrykę. Przemierzył ten kontynent o własnych siłach, głównie na rowerze. Z bardzo ograniczonymi zasobami finansowymi wybrał się w drogę z Trypolisu, przez Libię, Egipt, Sudan, Kongo Belgiskie, Rodezję aż do Kapsztadu. Po kilku dniach odpoczynku na południowym skrawku Afryki, wyruszył w drogę powrotną na północ przez Angolę, Francuską Afrykę Równikową i Zachodnią, do Algierii. Pokonał ponad czterdzieści tysięcy kilometrów na rowerze, pieszo, czółnem, konno i na dromaderze. Tylko niewielki odcinek drogi przebył pociągiem. Podążał, zazwyczaj sam, przez dżungle, puszcze, pustynie, stepy, swój namiot rozbijał gdzie bądź, żywił się przeważnie tym, co znalazł, wymienił, upolował, albo czym go ugoszczono. Na swojej drodze spotkał wielu ludzi, zarówno rdzennych mieszkańców Afryki, przedstawicieli najróżniejszych plemion, jak i kolonizatorów i misjonarzy z całego świata. Wielokrotnie, w najbardziej zadziwiających miejscach, spotykał rodaków. Możliwość posługiwania się mową ojczystą na obczyźnie była dla Nowaka za każdym razem wyjątkowo wzruszającym przeżyciem. Nowak był poliglotą, na co dzień posługiwał się kilkoma językami europejskimi i wyjątkowo szybko uczył się podstawowych zwrotów w miejscowych językach.

Minimalista Kazimierz Nowak z dwoma najważniejszymi
przedmiotami w podróży: rowerem i namiotem.
(źródło: wikipedia)
Zapis jego podróży jest z wielu względów lekturą wyjątkową. Mamy do czynienia ze szczerą relacją pokonywania kolejnych kilometrów w chłodzie, w upale czy w ulewie. W książce znajdziemy wiele opisów praktycznych rozwiązań w skrajnych sytuacjach - to taki trochę poradnik survivalowy retro. Fascynujący jest obraz całej ówczesnej podróżniczej logistyki: Nowak otrzymywał listy, paczki i przekazy pieniężne w najodleglejszych miejscach Afryki. Informacje o jego wędrówce przesyłane były z miejsca na miejsce telegrafem, dźwiękiem tamtamów lub przez posłańców. Dzięki temu w kolejnych osadach oczekiwano dziwnego białego rowerzysty. Czasami władze kolonialne wysyłały w jego kierunku komitety powitalne, co raz czy dwa uratowało Nowakowi życie. Podczas pięciu lat podróżnik niejednokrotnie otarł się o śmierć, ciężko chorował na malarię, cierpiał głód i pragnienie.

Nowak dzielił się z czytelnikami swoimi filozoficznymi niemalże rozważaniami na temat otaczającej go dzikiej natury, często bezkarnie niszczonej przez białych, którzy tworzyli olbrzymie plantacje lub wydobywali tony cennych surowców nie zważając ani na środowisko, ani na rdzennych mieszkańców. Autor nie szczędził czytelnikom krytyki kolonializmu na wielu płaszczyznach: "Nic tak zgubnie nie działa na pierwotne ludy Afryki, ich kulturę i moralność, jak nasza wybujała cywilizacja, przeszczepiona gwałtownie na odległe ziemie Czarnego Lądu". (str. 160) Rozważania na temat brutalnego wykorzystywania przez białych bogatych zasobów tego kontynentu pojawiają się w książce wielokrotnie i są często bardzo gorzkie.
Emocjonalny dziennik podróży wzbogacony jest dziesiątkami czarno-białych zdjęć z odwiedzanych miejsc. Dzięki nim dużo łatwiej wyobrazić sobie opisywane sceny, lepiej można poznać Afrykę i jej mieszkańców. Owe fotografie stanowią nie tylko bezcenne świadectwo jego wojaży, to dzięki nim Nowak finansował całe przedsięwzięcie. Na bieżąco, gdy tylko sprzyjały temu warunki, wysyłał zdjęcia do redakcji gazet w wielu krajach Europy oraz sprzedawał je na miejscu.
Część trasy Nowak pokonał łodzią ochrzczoną imieniem jego żony "Maryś".
(źródło: wikipedia)

W 1933 roku Nowak pisał: "Świat staje się coraz bardziej szary, przeraźliwie monotonny. Wszystkie pięć kontynentów ulega temu samemu prawu, zanikają piękne stroje ludowe i architektura, stworzona fantazją poszczególnych ludów i ras. Nawet florę i faunę modernizuje się, nagina do woli wygodnych ludzi XX wieku, którzy każdą kwestię starają sie ująć w ramy prawa, z wykluczeniem odrębnych potrzeb poszczególnych ras, zamieszkałych pod różnymi długościami i szerokościami geograficznymi." (str. 178) Brzmi znajomo?

Pod względem literackim możnaby się trochę nad tekstem poznęcać. Liczne powtórzenia, chaotyczność i brak struktury tekstu momentami mogą czytelnika nużyć. Tekst jest nierówny: znać po autorze wyczerpanie i trudy pięciu lat w podróży. Ostatnie rozdziały stają się coraz krótsze, coraz więcej pokonanych kilometrów Nowak opisuje na coraz mniejszej ilości stron. Z tekstu biją: ogromne zmęczenie i tęsknota za domem, które zastąpiły początkową euforię podróżowania.
Jednak to są tylko drobnostki, które nie mają znaczenia dla odbioru tekstu. A ten jest fascynującym dziennikiem szalonej podróży i krytycznym opisem Afryki lat trzydziestych - tego magicznego świata, którego już nie ma.

Wyjątkowa, wspaniała lektura. Serdecznie polecam!

Ocena: 5+/6


poniedziałek, 23 stycznia 2017

Miejsce na ziemi, Umi Sinha

Miejsce na ziemi to doskonały przykład modnych ostatnio powieści zawierających trzy niezbędne elementy: fakt historyczny, dotychczas rzadko w literaturze tematyzowany, narrację prowadzoną na trzech płaszczyznach czasowych (a więc i troje narratorów) oraz rodzinną tajemnicę. Z tych, już na starcie gwarantujących sukces składników, Umi Sinha stworzyła opowieść o Anglii i Indiach oraz o życiu w czasach przełomów naznaczonych wojnami i przemocą. Powieść o miłości, tęsknocie i skomplikowanych fascynacjach.
Mimo, iż sięgnęła po przepis gwarantujący sukces, udało jej się napisać powieść zaledwie przeciętną.

Gównym motywem historycznym, wokół którego skupiają się wydarzenia opisane w książce, jest angielski kolonializm w Indiach, a zwłaszcza skomplikowane stosunki panujące między białymi i Hindusami. Zaś centralnym wydarzeniem jest antybrytyjskie powstanie sipajów i oblężenie Kanpuru w 1857 roku, podczas którego bestialsko zamordowano 200 brytyjskich kobiet i dzieci.
Pierwszą narratorką jest Lili, główna bohaterka książki. Dziewczynka urodziła się i wychowała w Indiach, a po śmierci ojca, w wieku dwunastu lat, w 1907 roku, została odesłana do Anglii. Tam zamieszkuje w Sussex u niezamężnej ciotki - siostry swojej babki ze strony ojca. Zagmatwaną przeszłość Lily i jej krewnych poznajemy także z listów i wspomnień pozostałej pary narratorów: ojca Henry'ego oraz babki Cecily.
Tajemnicy rodzinnej Wam nie zdradzę. Wyznam jedynie, że rozwiązanie całej historii nie do końca mnie przekonało.

Generalnie w przypadku Miejsca na ziemi mamy do czynienia z literaturą środka, która nie zachwyca. Nie zachwyca ani nużąca momentami narracja, ani dość naiwne podejście autorki do  kwestii tożsamości i straty, ani pobieżne traktowanie poruszanych tematów. Autorka zdecydowała się na wprowadzenie do powieści wielu poważnych problemów społecznych, takich jak molestowanie seksualne, rasizm, trauma wojenna, choroba psychiczna, a to tylko niektóre (!) z nich, ale nie pokusiła się niestety o sensowne pogłębienie żadnego z nich. W efekcie czytelnik błyskawicznie przekłada kolejne strony, a czytany tekst ani na moment nie wmaga od niego skupienia i zadumy.

Powieść przypomina mi nieco Dziedzictwo Orchana, z tą jednak istotną różnicą, że książka Aline Ohanesian wywołała u mnie emocje, a stworzeni przez nią bohaterowie byli dużo bardziej wiarygodni
Myślę, że Miejsce na ziemi miało ogromny potencjał, przy realizacji którego autorka poległa. Książce zabrakło obiecywanego na okładce rozmachu i głębi. Zamiast wielopokoleniowej sagi, wielowątkowej, soczystej i pasjonującej mamy w tym wypadku do czynienia ze średniej jakości czytadłem z dramatycznymi historycznymi wydarzeniami w tle. Wielka szkoda.

Ocena: -4/6

sobota, 14 stycznia 2017

Stosik styczniowy

Dwa tygodnie nowego roku za nami, więc myślę, że to już pora, by pochwalić się najnowszymi tytułami na półce.
Poniższy stos jest wynikiem przecen w księgarni bonito.

Bardzo przypadł mi do gustu :)



Miłego sobotniego czytania!

niedziela, 8 stycznia 2017

Budda z przedmieścia, Hanif Kureishi

Ale mi się trafiła lektura na rozpoczęcie roku!
WSPANIAŁA!
W sumie spodziewałam się, że będzie dobrze, bo to powieść, która zainspirowała Zadie Smith do napisania jej kultowych Białych zębów. Jednak odrobinka ryzyka zawsze istnieje. W tym wypadku okazało się, że Budda z przedmieścia jest świetną lekturą, poruszającą ważne tematy i skłaniającą do dyskusji - i bardzo dobrze, bo jest to książka stycznia (razem z Białymi zębami) w naszym Klubie Miłośniczek Książek.

Zacznę od wstępu, którym opatrzone jest polskie tłumaczenie książki wydanej przez Znak. Napisane zostało przez samą Zadie Smith i zwraca uwagę czytelnika na szczegóły, bo to w nich tkwi wielka moc Buddy. Smith opisuje także swoje wrażenia z lektury oraz to, jak wielkie wrażenie książka zrobiła na niej i jej rówieśnikach. Jednocześnie dokonuje krótkiej analizy powieści i umieszcza ją w szerszym kontekście literackim. Bardzo interesujące.

Humor, sarkazm i ironia - za pomocą tej zabójczej trójki Hanif Kureishi opowiada historię dorastania. Ale opowiada ją tak, tak nikt przed nim tego nie uczynił. Kiedy książka ukazała się w 1990 roku w Anglii stała się niemałą sensacją i przyniosłą pisarzowi nagrodę Whitbread Award za najlepszy debiut powieściowy. Porównując fakty z biografii autora z informacjami o Karimie nietrudno wywnioskować, że autor umieścił w powieści sporo obserwacji z własnego życia na Wyspie.

Głównym bohaterem Buddy z przedmieścia jest Karim, którego matka jest Angielką, a ojciec pochodzi z Pakistanu. On sam czuje się wprawdzie Anglikiem, ale ludzie, których spotyka na codzień na ulicach Londynu, nie zawsze postrzegają go jako pełnoprawnego obywatela Królestwa. Powieść rozpoczyna się z wielkim rozmachem, jest przepełniona cierpkim humorem, bezkompromisowym podejściem do życia głównego bohatera oraz szczerymi do bólu obserwacjami codziennego życia na przedmieściach Londynu. Karim ma siedemnaście lat i poznaje życie na swój sposób, sporo uwagi przywiązując do swojego ciała, wyglądu i kontaktów seksualnych z przedstawicielami obu płci.

W drugiej części chłopak przeprowadza się z ojcem i jego kochanką do Londynu i rozpoczyna karierę aktorską. Nieustannie przy tym poszukuje: akceptacji, miłości i własnej tożsamości. Nie jest to łatwe w buzującym od emocji, alkoholu i narkotyków Londynie lat siedemdziesiątych, który stanowi fenomenalne tło dla przeżyć bohaterów...
Z upływem czasu zmienia się nieco charakter Karima: bunt ustępuje miejsca chęci odniesienia sukcesu, zmienia się też styl narracji, która staje się mniej zadziorna i humorystyczna, a bardziej  refleksyjna.

Jednak treścią powieści nie jest jedynie historia Karima. Kureishi stworzył całą galerię wyrazistych, oryginalnych postaci, których większość uosabia stereotypy i uprzedzenia do dziś świetnie funkcjonujące w angielskim społeczeństwie. Ja bardzo polubiłam niezależną Dżamilę, przyjaciółkę Karima od zawsze, oraz Evę, kochankę jego ojca.
Wyjątkowość Buddy polega także na mnogości istotnych tematów, jakie zostały w książce poruszone. Oprócz tych oczywistych, takich jak rasizm, postkolonializm czy tożsamość kulturowa, autor zajmuje się kwiestią społeczeństwa klasowego, nowymi ruchami młodzieżowymi, czy polityką.

Cóż mogę dodać. Budda z przedmieścia to kawał świetnej literatury środka. Inteligentnej, ambitnej, tryskającej pełnym ironii humorem. Kto nie czytał, powinien to zmienić. POLECAM!

Ocena: 6/6