czwartek, 21 września 2017

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, Cezary Łazarewicz

Pierwszą przeczytaną przeze mnie książką Łazarewicza było Sześć pięter luksusu. Czytałam ją dwa lata temu i po lekturze miałam niestety sporo zastrzeżeń.

Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza kupiłam w Gdyni przy okazji spotkania z autorem, które poprowadziła Anna Dziewit-Meller w ramach festiwalu Miasto słowa.
Zebrane w tomie teksty pochodzące z lat 90-tych świetnie oddają atmosferę tamtych lat. Czasy, których jedni nie chcą pamiętać wcale, a inni całkowicie negują. Oszustwa na wielką skalę, bieda i beznadzieja terenów popeegerowskich, samozwańczy spece od wszystkiego, szemrane interesy, alkoholizm, bezradność i naiwność zwykłych ludzi - to wszystko odnajdziemy w reportażach Łazarewicza.

Wyłania się z nich obraz smutnego kaju, w którym mieszkają nieszczęśliwi ludzie zawieszeni pomiędzy komunistyczną przeszłością, do której nie ma powrotu, a przerażającą, kapitalistyczną przyszłością. Ta książka pozwala nam uświadomić sobie, jak bardzo nasz kraj zmienił się w przeciągu minionych dwudziestu lat. Jednocześnie przypomina nam, skąd pochodzimy, a to, jak już wspomniałam, jest prawdą dość bolesną, o której wielu chciałoby zapomnieć. Takie wnikliwe spojrzenie wstecz pomaga zrozumieć, dlaczego niektórzy Polacy dokonują takich wyborów politycznych, jakich dokonują.

Zamieszczone w zbiorze teksty zostały napisane ok. 20 lat temu i przedrukowane bez poprawek. Szkoda, że Łazarewicz nie pokusił się o odnalezienie swoich bohaterów, czy odwiedzenie opisywanych miejsc i dopisanie dalszego ciągu tych historii. Miałam też nadzieję na nieco więcej regionalnego kolorytu, zwłaszcza, że już sam tytuł zapowiada Reportaże z Pomorza. Niestety oprócz nazw miejscowości, niewiele jest w tekstach samego Pomorza, a opisywane wydarzenia mogły się wydarzyć w dowolnym miejscu w Polsce.

Czy warto więc sięgnąć po tę książkę? Jeśli interesują was lata 90-te na polskiej prowincji i chcecie lepiej poznać naszą narodową mentalność, to na pewno tak.

Ocena: 4/6

Żoną Łazarewicza jest dziennikarka i publicystka Ewa Winnicka. Muszę przyznać, że jej książki bardziej trafiają w mój czytelniczy gust. Dotychczas przeczytałam Angoli i Londyńczyków, a na półce już czeka pożyczona od koleżanki biografia Barbary Piaseckiej-Johnson.

Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz gościli w sierpniowym odcinku Barłogu Literackiego. Ciekawie opowiadają o swoich książkach, małżeńskiej współpracy i życiu dziennikarzy. Warto obejrzeć!


wtorek, 19 września 2017

Rok królika, Joanna Bator

Oj niełatwa to była przeprawa, niełatwa. Brnęłam przez Rok królika tygodniami i wielokrotnie byłam o krok od rzucenia książki w kąt nie dokończywszy lektury. Nie zrobiłam tego, bo to w gruncie rzeczy jest dobra powieść, ale nie na pierwszy i nie na drugi rzut oka...
Im więcej czasu mija odkąd skończyłam czytać najnowszą książkę Joanny Bator i im częściej opowiadam o niej innym osobom, tym bardziej ją doceniam. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to tekst literacki, przez który się brnie. Z wyjątkiem ostatnich pięćdziesięciu stron, ale o tym później.

Zacznijmy jednak od tego, że najpierw była Wyspa łza. Niezwykła, poruszająca książka, która nie daje się wtłoczyć w sztywne literackie kategorie. Osobista, głęboka i bardzo ważna nie tylko dla autorki, ale, jak podejrzewam, i dla wielu czytelników. Bator pisała w niej m.in. o kryzysie twórczym, codziennej pracy pisarki i pomysłach na kolejną powieść, czyli właśnie na Rok królika. Opisując koszmar pogoni za natchnieniem wymieniła interesujące ją motywy: mroczne bliźniaczki, znikanie, poligamię i króliki. Ich pojawienie się w powieści nie było zatem dla mnie żadną niespodzianką. Za to częstotliwość, z jaką powracają na kolejnych stronach, w pewnej chwili stała się męcząca.
Akcja powieści toczy się bardzo powoli. Główna bohaterka, autorka bestsellerowych romansów historycznych Julia Mrok, postanawia zerwać ze swoim dotychczasowym życiem, które wiodła w towarzystwie dwóch mężczyzn. Starannie aranżuje swoje zniknięcie i jako Anna Karr trafia do Ząbkowic Śląskich, do Spa pod Królikiem. To, co jej się tam przydarza przypomina absurdalny sen bądź majaki narkomana. Atmosfera powieści jest duszna, szara, pokryta mgłą i bardzo tajemnicza. Taka, przez którą się brnie. Aż do momentu, gdy na scenę wkracza Półkownik. Wtedy akcja nabiera tempa, a całość staje się pierwszorzędną komedią omyłek - ostatnie kilkadziesiąt stron to dowód na to, że Joanna Bator całą tą powieścią puszcza do nas oko. Autorka ewidentnie bawi się z czytelnikiem: wodzi go za nos prezentując bohaterkę, którą trudno polubić i prowadzi nas do zakończenia, które niczego nie wyjaśnia.

W tej książce zachwyciła mnie językowa wiruozeria, z jaką Joanna Bator pisze takie oto zdania:
Naparapecione w oknie parteru patrzyły na ulicę wzrokiem niewinnie osadzonych więźniarek, jaki ma wiele kobiet w tym kraju. (str. 26)
Sikałyśmy tyłek w tyłek, bliskość podszyta niezrozumiałym szantażem, przemoc pokobiecenia. (str. 227)
Kamienica z początku dwudziestego wieku, nijaka, ciemnoszara jak ulepiona z kurzu i poczucia, że wszędzie stąd daleko, w oknach nieprzeniknione firanki. (st. 150)
I jeszcze jedno: Dworzec Centralny w Warszawie zawsze mnie przerażał, bo nawet po remoncie wystarczy na chwilę się zagapić, by z jasnych, czystych przestrzeni trafić w zaułek, gdzie do plastikowego kubka po ogórkach kiszonych skapuje z rany w suficie krew Żydów albo powstańców. (str. 13)

Moim zdaniem warto sięgnąć po Rok królika i wyrobić sobie własne zdanie na temat tej niezwykłej książki. Ja w każdym razie mam ogromną nadzieję, że Joanna Bator pokonała swoją twórczą niemoc i że niebawem trafi na rynek jej kolejna książka.

Ocena: 4+/6

wtorek, 12 września 2017

IX Kongres Kobiet w Poznaniu

 

Tysiące mądrych, pięknych i pełnych energii kobiet zjechało w miniony weekend do Poznania, by wziąć udział w IX Kongresie Kobiet. Myślę, że większość uczestniczek kierowała się troską o przyszłość swoją, swoich dzieci i wnucząt, a dominującym na Targach Poznańskich uczuciem był najzwyklejszy wkurw. Na polityków, na kościół, na otaczającą nas rzeczywistość. Oraz chęć zmiany i tęsknota za krajem, w którym powszechna jest tolerancja, sprawiedliwość społeczna i równe prawa dla wszystkich obywatelek i obywateli.

A co wspólnego ma Konges Kobiet z literaturą?
A no okazuje się, że całkiem sporo: feministki piszą książki (np. Agnieszka Graf, Magdalena Środa, Inga Iwasiów), a pisarki i dziennikarki angażują się w obronę praw kobiet (m.in. Sylwia Kubryńska, Olga Tokarczuk, Eliza Michalik czy Ewa Woydyłło-Osiatyńska). Podczas Kongresu miałam okazję posłuchać wszystkich wymienionych pań.
Zdjęcia robiłam komórką, więc wybaczcie ich słabą jakość.

Rozmowa z Sylwią Kubryńską i Elizą Michalik
Panel, w którym uczestniczyły Magdalena Środa, Olga Tokarczuk i Ewa Woydyłło-Osiatyńska
Olga Tokarczuk została laureatką tegorocznej Nagrody Kongresu Kobiet

W tzw. Parku kobiet stoiska miało kilka wydawnictw, m.in. poznańska Czwarta Strona. Skorzystałam więc z okazji i wspaniałych rabatów i za 75 zł kupiłam trzy książki, które już od dawna miałam na oku. Są to powieści, które cechują niebanalne i silne główne bohaterki:
Maria Panna Nilu, Scholastique Mukasonga - polecana m.in. przez dziewczyny z bloga niespodziegadki 
oraz przetłumaczone przez Paulinę Surniak z bloga miasto książek:
Dziewczyna z rewolwerem, Amy Stewart
Nocne czuwanie, Sarah Moss


Na koniec zainwestowałam 15 zł w biblię feministek:



I pamiętajcie: akcja #ratujmykobiety trwa - w całym kraju zbierane są podpisy pod obywatelskim projektem ustawy o prawach kobiet i świadomym rodzicielstwie.