wtorek, 31 października 2017

Pamięć miłości, Aminatta Forna

Czy istnieje lepszy sposób na przetrwanie zimnej, szarej i deszczowej jesieni niż przeniesienie się do rozgrzanej słońcem Afryki? Do jej zakątka, w którym nigdy wcześniej nie byliście?
Zapraszam Was na wyjątkową literacką wyprawę do położonego w zachodniej Afrycie niewielkiego państwa Sierra Leone. Zastrzegam jednak, że nie będzie to wyprawa na rajskie plaże czy do luksusowych resortów. Zapraszam w podróż do kraju ogarniętego powojenną traumą, którego mieszkańcy zmagają się na co dzień z dziesiątkami problemów, nie tracąc przy tym pogody ducha. "Ludzie myślą, że wojna jest najgorszą rzeczą, jaką widział ten kraj; nie mają pojęcia, jak wygląda pokój. Ile odwagi wymaga proste przetrwanie." (str. 316)

Powieść Aminatty Forny ma dwóch głównych bohaterów i rozgrywa się w dwóch przestrzeniach czasowych, które dzieli kilkadziesiąt lat i krawa wojna domowa. Adrian Lockheart, brytyjski psycholog, przyjeżdża do Sierra Leone, by pomagać ludziom, którzy doznali traumy w wyniku działań wojennych. Szybko aklimatyzuje się w nowym miejscu i zaprzyjaźnia się z chirurgiem Kaiem i psycholożką Ilianą. Jednym z jego pacjentów jest umierający Elias Cole, który traktuje Brytyjczyka jak spowiednika i opowiada mu całe swoje życie, przenosząc go w lata 60-te. W pewnym momencie losy wszystkich bohaterów powieści splatają się ze sobą i eksplodują w dramatycznym finale.

Właśnie za to kocham literaturę: za niespodziewane odkrycia i zachwyty! Książka, którą spontanicznie dorzuciłam do zamówienia podczas zakupów na jakiejś megawyprzedaży w księgarni internetowej, tylko ze względu na przepiękną okładkę, okazała się jedną z najlepszych lektur tego roku!
Nie do końca potrafię określić, co dokładnie mnie w tej powieści urzekło. Sama historia owszem jest ciekawa, ale nie powala ani oryginalnością ani przesłaniem. Ale jest w prozie Aminatty Forny coś, co przykuwało mnie do tej książki i nie pozwalało się oderwać od kolejnych stron. Być może jest to niezwykle barwnie zarysowany obraz kraju, którego w ogóle nie znam? Opisy egzotycznych miejsc i zwyczajów, czy nawet codziennego życia tak innego niż to, które prowadzimy na co dzień w Europie? A może specyficzna atmosfera lub świetnie wykreowani bohaterowie? Albo piękny język? Nie wiem, ale dawno nie czytałam książki z taką przyjemnością!
GORĄCO POLECAM!

"Ludzie wymazują to, co się stało, majstrują przy prawdzie, tworzą własną wersję wydarzeń, wypełniając puste miejsca. Wersję prawdy, która stawia ich w dobrym świetle, w której nie będzie miejsca na to, co zrobili i czego nie odważyli się zrobić, w której zadba się o to, żeby nikt nie obarczył ich winą." (str. 392) 

Ocena: 6/6

niedziela, 29 października 2017

Moja walka, tom 1, Karl Ove Knausgård

Na nazwisko Knausgårda natykałam się w mijającym roku bardzo często przy okazji wydawania w Polsce kolejnych tomów jego cyklu powieści autobiograficznych. Jednak do sięgnięcia po pierwszą część nakłoniło mnie dopiero spotkanie naszego Klubu Miłośniczek Książek. Jedna z członkiń jest absolwentką skandynawistyki, mówi płynnie po norwesku i doskonale zna ten kraj. Kiedy więc zaproponowała na lekturę września Moją walkę wiedziałam, że nie mam wyboru :)

Pierwszy tom podzielony został na dwie części. Najpierw dość szczegółowo poznajemy nastoletnie lata głównego bohatera, jego ówczesne fascynacje, problemy i plany. W drugiej części jako dorosły mężczyzna próbuje uporządkować swoje życie po śmierci ojca.

Przyznam, że świat norweskiej prowincji przedstawiony przez Karla wciągnął mnie od pierwszej strony. Autor na tyle sprawnie posługuje się językiem, że dziesiątki stron opisujących w najdrobniejszych detalach najzwyklejsze codzienne czynności czyta się jak najlepszy kryminał. Mimo to od początku towarzyszyły mi dwa pytania: co z tego wynika i czy ja muszę to wiedzieć? I jeszcze gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl, że taką książkę mógł popełnić tylko mężczyzna.
Takiego nagromadzenia masochizmu i egocentryzmu nie spotkałam dotąd w literaturze (nawet dziennik Dehnela się nie umywa). Domyślam się, że Knausgård napisał tysiące stron w ramach terapii i w celu przeanalizowania swoich stosunków ojcem. Pozostali członkowie rodziny - starszy brat i matka pojawiają się na scenie sporadycznie i nie zajmują myśli głównego bohatera w takim stopniu, jak jego tata. Od początku czytelnik wyczuwa napięcie między ojcem i synem, którego przyczynę trudno zdefiniować. Cały czas czekałam, aż wreszcie wydarzy się coś, co rzuci więcej światła na skomplikowane relacje rodzinne. Niestety nie doczekałam się. Po przeczytaniu całej książki nadal nie wiem po co?

Czy żałuję, że przeczytałam pierwszy tom Mojej walki? Nie. Czy sięgnę po kolejne tomy? Zdecydowanie nie.

Ocena: 4/6

środa, 25 października 2017

Duchologia polska, Olga Drenda

Mam z Duchologią problem. Odkąd tylko ukazała się w zapowiedziach, wiedziałam, że ją kupię i przeczytam. Niestety okazało się, że moje oczekiwania i zawartość tej książki nie bardzo do siebie pasują.

Drenda przedstawia fascynujący okres polskiej transformacji przez pryzmat rzeczy i ludzi. Bardzo pomocne przy tym są liczne zdjęcia umieszczone w książce. Autorka bez sentymentalizmu, ale niestety dość powierzchownie, opisuje okres w historii naszego kraju, który zdominowany był przez stale rosnącą wśród społeczeństwa chęć posiadania i konsumowania. Pęd za tzw. "zachodem" i bezkrytyczna fascynacja wszystkim, co nowe dominowały końcówkę lat 80-tych i początek lat 90-tych. Każdy, kto w tych czasach żył, odnajdzie na zdjęciach dawno zapomniane przedmioty i znajome widoki.

Tekst zawiera mnóstwo cytatów, mało w nim samej autorki. Drenda opisuje, ale niestety nie analizuje: brakuje mi jej wniosków i przemyśleń - nic nowego dla mnie z tej książki nie wynika i dlatego jestem nią rozczarowana.

Od lektury Duchologii minęło kilka tygodni, a ja nie wiem, co jeszcze mogę o tej książce napisać. Nie zostawiła ona we mnie żadnego śladu, niczego z niej nie zapamiętałam. Szkoda.

Ocena: 3+/6


sobota, 21 października 2017

Anglicy na pokładzie, Matthew Kneale

Dokładnie miesiąc mija dziś od ostatniego wpisu na blogu - to najdłuższa przerwa, jaka mi się przydarzyła odkąd piszę o książkach. Bardzo intensywny okres w pracy sprawił, że wieczorami, przed zaśnięciem, czytałam jedynie kilka stron, a w tak zwanym międzyczasie w telefonie podczytywałam ulubione blogi. Na pisanie własnych tekstów nie miałam czasu, energii ani ochoty. Na szczęście ten szalony okres minął i choć przede mną kolejny ważny projekt do zrealizowania, to bardzo chcę wrócić do regularnego czytania i pisania :) Na początek mocno zaległa recenzja doskonałej książki, którą przeczytałam jeszcze w sierpniu (!).

Zacznę od tego, że Anglicy na pokładzie to nie tylko bardzo dobra powieść historyczna, ale i udany eksperyment translatorski. Matthew Kneale siedem lat pracował nad wielowątkową opowieścią o brytyjskim kolonialiźmie na drugim końcu świata, na Tasmanii w XIX wieku. Podszedł do tematu w sposób niezwykle ambitny: by dokładnie odzwierciedlić pogmatwaną historię i kompleksowość ówczesnej sytuacji geo-politycznej dał głos 21 narratorom i narratorkom. Polski wydawca książki, Michał Alenowicz z wydawnictwa Wiatr od morza, poszedł od krok dalej i do pracy nad książką zaprosił 21 tłumaczy i tłumaczek. Dzięki temu indywidualizm i oryginalność sposobu mówienia każdej postaci stworzone przez autora zostały dodatkowo wzmocnione podczas tłumaczenia. 

Nie sposób w kilku zdaniach streścić głównych wątków tej powieści. Nie chciałabym zresztą odbierać Wam radości z odkrywania kolejnych wykreowanych przez autora światów. Napiszę więc tylko, że powieść, która rozpoczyna się na łodzi kapitana Kewleya planowaniem szmuglu i morskich wypraw, dość szybko przekształca się w złożoną, wielowątkową opowieść o historii Tasmanii, niewolnictwie i kolonialiźmie. Historii opowiedzianej z perspektywy różnorodnych bohaterów i dzięki temu tak fascynującej. Szczegółowe opisy szalenie trudnego życia pierwszych osadników i nieludzkiego traktowania skazańców i przedstawicieli rdzennej ludności przenoszą czytelnika w czasie i przestrzeni i dostarczają mnóstwo informacji na temat tamtego okresu. Kneale nakłada nam na nos okulary i pozwala spojrzeć na rzeczywistość oczami nawiedzonego pastora, kapitana, pań i panów z wyższych sfer, pseudonaukowca, więźnia czy nadzorcy. Sporo radości podczas lektury sprawiało mi wyszukiwanie powiązań między postaciami i składanie poszczególnych fragmentów w jeden obraz.

Bardzo podobała mi się perspektywa Aborygena o imieniu Peevay, która wprowadza czytelnika w świat rdzennej ludności Australii i pokazuje brytyjską inwazję z odmiennej perspektywy. Te fragmenty charakteryzują się niezykłym podejściem do natury i fantastycznymi, pełnymi prześmiewczej ironii, opisami działań "białych knypów" i zasługują na najwyższy podziw, także pod względem translatorskim.

Powieść Kneala to miks stylów i nastrojów: zabawna, łotrzykowska relacja z rejsu przez pół świata, biograficzne wspomnienia osadników, religijne wywody, pseudonaukowe eseje czy wspomniana opowieść Aborygena to tylko niektóre z nich. Od tekstu trudno się oderwać - lektura tej powieści to naprawdę niezwykła przyjemność. Anglicy na pokładzie z pewnością zachwycą miłośników powieści historycznych i marynistycznych. Jestem jednak pewna, że tę książkę docenią wszyscy wielbiciele dobrej prozy.

BARDZO POLECAM!

Ocena: 6/6

Z okazji polskiej premiery Anglików na pokładzie autor tak mówił o swojeje powieści: