piątek, 26 stycznia 2018

Nocne czuwanie, Sarah Moss

W swojej powieści Sarah Moss przenosi nas na niewielką wysepkę Colsay położoną u wybrzeża Szkocji. Główna bohaterka Anna spędza tam kilka letnich tygodni wraz ze swoim mężem Gilesem (do którego rodziny wysepka ta należy) oraz dwoma synkami, młodszym Timothym i starszym Raphaelem. Mieszkają w odziedziczonym po przodkach Gilesa domu i przygotowują się na przyjęcie letników na wyspie.  

Zanim została matką Anna pracowała jako wykładowczyni historii w Cambridge. Przedmiotem jej badań jest dzieciństwo i metody wychowawcze w XVIII i XIX wieku. Podczas pobytu na Colsay w ramach stypendium teoretycznie pracuje nad książką, a praktycznie całe dnie mijają jej na opiece nad dziećmi i na wypełnianiu obowiązków domowych. Giles, który jest ornitologiem, całe dnie spędza na klifach obserwując maskonury. Absolutnie nie odczuwa konieczności przejęcia choć części domowych obowiązków, co sprawia że Anna czuje się zmęczona i sfrustrowana codzienną rutyną.
Właśnie wtedy na wyspę docierają wakacyjni goście - trzyosobowa rodzina Fairchildów. Paradoksalnie to właśnie ich skomplikowane rodzinne relacje, zwłaszcza toksyczna więź matki i córki, mają na małżeństwo Cassinghamów zbawienny wpływ i pozwalają im się do siebie zbliżyć.

Pomiędzy rozdziałami o Annie ich jej rodzinie, autorka umieściła listy, pisane w połowie XIX wieku przez pannę May Moberley. Przyjechała ona na Colsey z misją edukacyjną. Jej celem była poprawa sytuacji noworodków na wyspie, których śmiertelność wynosiła w ówczesnym czasie sto procent. Z kolejnych listów wyłania się smutny obraz tragicznych warunków bytowych, na jakie skazani byli mieszkańcy Colsay oraz bezsilność Moberley, której nie udaje się przeniknąć do zamkniętej społeczności.
Czytelnik dość wcześnie może się domyślić, że między zwłokami noworodka odnalezionymi w ogrodzie domu Anny i Gilesa, a listami z przeszłości istnieje pewien związek. Okazuje się jednak, że te powiązania mają wielopłaszczyznowy i zaskakujący wymiar.

Czytałam Nocne czuwanie z przyjemnością. Jest to przykład zaangażowanej prozy feministycznej opisującej dylematy kobiet żyjących w wiecznym rozkroku między miłością do dzieci i macierzyństwem, a własnym rozwojem osobistym i karierą zawodową. Moim zdaniem jest to powieść dużo głębsza i bardziej złożona od szeroko zachwalanej w ubiegłym roku książki Natalii Fiedorczuk Jak pokochać centra handlowe.
Główna bohaterka Moss jest wykształconą, ambitną kobietą, która mimo wrodzonego humoru i dystansu do otaczającej ją rzeczywistości, jest świadoma ograniczeń związanych z wychowywaniem dzieci, co skłania ją do gorzkich refleksji. Bardzo podobało mi się nawiązanie do przeszłości wyspy i odniesienia do sytuacji kobiet oraz dzieci w osiemnastym wieku.

Niestety w lekturze bardzo przeszkadzają liczne literówki oraz kiepskie tłumaczenie dziecięcych dialogów. Podczas gdy dłuższe fragmenty opisów albo dialogi dorosłych są przetłumaczone dobrze i czyta się je płynnie, rozmowy Anny i jej dzieci są bardzo sztuczne i pełne językowych kalek. Zdaję sobie sprawę, że tłumaczenie dziecięcego języka nie jest łatwe i tłumaczka musiała wybierać między wiernością oryginałowi (czyli dosłownemu tłumaczeniu angielskich zdań, które w języku polskim brzmią co najmniej dziwnie), a spolszczaniem wyrażeń, czy całych zdań (co wiąże się z mniejszym lub większym odstepstwem od oryginału). Zdecydowała się na pierwsze rozwiązanie, a ono okazało się niestety dość problematyczne.
Mimo to uważam, że powieść Moss warta jest uwagi.

Ocena: 5/6

A tak wyglądają maskonury, którymi całymi dniami zamował się Giles. Prawda, że śliczne?

źródło zdjęcia: http://icelandnews.is/islandia/ciekawostki-islandia/maskonury-popularna-atrakcja-turystyczna

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz