niedziela, 31 marca 2013

Mambo Kings śpiewają o miłości, Oscar Hijuelos

Powieść Hijuelos'a, za którą autor otrzymał w 1990 roku nagrodę  Pulitzera, jest wyjątkowo wciągającą podróżą do świata, jakiego już nie ma. Akcja powieści toczy się bowiem w Nowym Jorku lat czterdziestych i pięćdziesiątych, a jej głównymi bohaterami są dwaj Kubańczycy, bracia Nestor i Cesar. Pod koniec lat czterdziestych opuścili rodzinną Kubę w nadziei na łatwiejsze życie w nowej ojczyźnie. Pracując w dzień w fabryce przy obróbce mięsa, nocami podbijali nowojorskie kluby jako liderzy zespołu Mambo Kings. Cesar uwodził gości swoim głosem, a Nestor brylował w grze na trąbce. Razem z pozostałymi członkami grupy nagrali kilkanaście płyt, odbyli setki koncertów i podbili dziesiątki niewieścich serc.
Losy obu braci poznajemy głównie z perspektywy starszego z nich, Cesara, który u schyłku życia wspomina miniony czas, liczne kobiety, przyjaciół, imprezy, koncerty, dzieciństwo spędzone na Kubie oraz specyficzne środowisko kubańskich, choć nie tylko, imigrantów zamieszkujących Nowy Jork. W owych wspomnieniach znaczącą rolę odgrywają erotyczne podboje muzyków (zwłaszcza starszego z braci): bardzo przygodne liczne i intensywne. Można odnieść wrażenie, że Kubańczycy to najbardziej sprawny seksualnie i niezaspokojony naród, którego przedstawiciele mają interesy ogromnych rozmiarów :) Ale to tylko taka skromna dygresja.

"Mambo Kings śpiewają o miłości" czyta się błyskawicznie, choć do nieco specyficznego, oszczędnego w dialogi stylu narracji, trzeba się najpierw przyzwyczaić. Fascynujące w książce są nie tylko barwne losy głównych bohaterów, ale także opisy ówczesnego stylu życia, atmosfera nocnych klubów i muzyka, która była sensem życia i odskocznią od trudnej codzienności dla tysięcy imigrantów. Warto zapoznać się z tą pozycją.
Na lekturę czeka książka "Piękna Maria, zwierciadło mej duszy", której główną bohaterką jest tytułowa Maria, wielka miłość młodszego z królów mambo.

Ocena: 5+/6

środa, 27 marca 2013

Babskie gadanie, Izabela Pietrzyk

Istnieją czytadła mniej lub bardziej udane. Takie, po lekturze których odczuwamy zadowolenie, które nas rozbawiły, zrelaksowały. Oraz takie, których ostatnia strona wywołuje uczucie ulgi, że już wreszcie koniec... Babskie gadanie należy moim zdaniem do tej drugiej grupy.

Główna bohaterka to infantylna czterdziestolatka, która zazwyczaj działa pod wpływem emocji oraz wbrew zdrowemu rozsądkowi. Izabela mieszka ze swoją nastoletnią córką, a na co dzień zajmuje się psem, wykładaniem rosyjskiego na uniwersytecie oraz romansowaniem z żonatym mężczyzną. Ponadto wiele czasu spędza na chaotycznych pogaduszkach z przyjaciółkami ze szkolnych czasów. Tytułowe babskie gadanie odbywa się podczas okraszonych alkoholem nasiadówek bądź na internetowym czacie i charakteryzuje się ogromem poruszanych tematów i ich banalnością.
Jednakże głównym tematem owych rozmów z "dziewczynkami" jest oczywiście romans Izabeli i poszukiwanie odpowiedzi na pytania w stylu: czy on naprawdę chce, czego dokładnie on chce, czy zostawi żonę, itp., itd.... Głównym problemem jest fakt, że główna bohaterka sama nie do końca wie, czego chce i wcale nie chce sama podjąć decyzji...

Książka mi się nie podobała i nic na to nie poradzę. Nie przekonali mnie ani papierowi bohaterowie, ani ich perypetie. Zakończenie sprawiło, że cała opowiedziana historia straciła dla mnie sens. Niestety nie udało mi się odgadnąć, co autorka miała na myśli :)
Nie polecam.

Ocena: 2+/6

poniedziałek, 11 marca 2013

Jane Eyre, reż. Cary Fukunaga

Miałam wczoraj niebywałą przyjemność odbycia podróży w czasie i przestrzeni, do świata wykreowanego ponad sto lat temu przez Charlotte Brontë. Z ekranizacjami powieści różnie bywa, czasem zachwycają, czasem wręcz przeciwnie.
W tym konkretnym przypadku muszę przyznać, że choć książka (pisałam o niej na moim poprzednim blogu) momentami mnie nudziła, a główna bohaterka irytowała, to film porwał i zachwycił.

Świetnie wykreowany świat odpowiadał w zupełności wyobrażeniom, jakie snułam podczas lektury. Ogromne, ponure domostwo pana Rochestera, z pięknymi wnętrzami i jeszcze piękniejszymi plenerami. Swoje zadanie świetnie wypełnili także aktorzy, zwłaszcza odtwórcy ról Jane (Mia Wasikowska) i Rochestera (Michael Fassbender), bardzo przyjemnie było na nich patrzeć.
W związku z faktem, że film trwa jedynie dwie godziny (moje wydanie powieści miało 400 stron...), to jego twórcy siłą rzeczy musieli dokonać skrótów. Dzięki temu widz ani przez moment się nie nudzi. W dodatku twórcy filmu zdecydowali się na zaburzenie chronologii, co dodatkowo nadaje całości dynamiki.

Historia Jane Eyre, a zwłaszcza jej filmowa wersja, jest wprost stworzona do umilania zimnych, śnieżnych wieczorów w połowie marca. Serdecznie polecam!

piątek, 1 marca 2013

Więzień nieba, Carlos Ruiz Zafón

Od autora ulubionej książki wymagam bardzo dużo. Chcę ponownie dać się porwać, zaskoczyć i oczarować, jak za pierwszym razem. Czyż nie na tym właśnie polega prawdziwe wyzwanie dla dobrych pisarzy? Dotrzymać obietnic danych czytelnikowi podczas pierwszego spotkania, spełnić pokładane w kolejnym utworze nadzieje, czy zwyczajnie utrzymać wysoki poziom? Myślę, że to właśnie ta umiejętność wyróżnia tych naprawdę wielkich pisarzy od autorów jednego dzieła, po którym kolejne są już tylko gorsze...

Spotkanie z Więźniem nieba mogę podsumować jednym słowem: ROZCZAROWANIE. I piszę to z pełną świadomością i jako fanka Cienia wiatru. Po prostu nie lubię odgrzewanych dań, serwowanych na zamówienie bez troski o oczekiwania klienta.
Już objętość książki wydała mi sie podejrzana, jej duża czcionka, całostronnicowe zdjęcia przy każdym kolejnym rozdziale i sporo niezadrukowanych miejsc. W ten oto sposób można dobić do ustalonych z wydawcą 300 stron...
Ehhh, frustracja i rozgoryczenie czytelnika wydają się tu być skutkiem ubocznym, ale prędzej czy później odbije im się czkawką (im, czyli autorowi i wydawcy). Zwłaszcza, że jak w amerykańskim blockbusterze, ostatnie zdanie zapowiada kontynuację losów bohaterów....

Nie będę streszczać opisywanych w powieści wydarzeń, sporo recenzji można znaleźć na innych blogach. Napiszę tylko, że wraz z Danielem Sempere wracamy do Księgarni i na Cmentarz Zapomnianych Książek, czyli do Barcelony, tym razem w 1958 roku, gdzie ogromny wpływ na życie bohaterów mają wydarzenia z przeszłości. Równolegle poznajemy historię więzienną Fermina Romero de Torresa, ściągniętą żywcem z Hrabiego Monte Christo... W opowieści pojawiają się echa zarówno Cienia wiatru jak i Gry Anioła. Moim zdaniem jest to dowód na to, że Zafón bazuje na starych pomysłach, sporo przy tym ryzykując: z jednej strony miło jest wrócić do miejsc, które fascynowały w poprzednich książkach, z drugiej strony pytam się: ileż można?
Więzień nieba ma wartką akcję i ciekawych bohaterów, można odnależć w niej tajemnicze miejsca i niezwykły klimat. Gdyby to nie był Zafón, napisałabym: jest ok. Ale po autorze mojego ukochanego Cienia wiatru oczekiwałam po prostu dużo więcej niż odgrzewania po raz kolejny tych samych pomysłów.
Po zapowiadaną kolejną część pewnie i tak sięgnę, ryzykując kolejne powtórzenia i rozczarowanie...

Ocena (z sentymentu): 3/6

WYZWANIE 2013
Książki z mojej półki
Przeczytanych: 6
Zostało: 19




Edycja lutowa: Hiszpania