piątek, 27 września 2013

Dzień otwartego zabytku

Przyznaję, że dosłowne tłumaczenie nazwy tego wyjątkowego dnia Tag des offenen Denkmals z niemieckiego na polski brzmi nieco nieporadnie, ale nie na słowotwórstwie chcę się skupić, a na wyjątkowej akcji, która od 1993 roku organizowana jest w każdą drugą niedzielę września przez Niemiecką Fundację Ochrony Zabytków. To właśnie wtedy na terenie całych Niemiec otwierają się drzwi niezwykłych miejsc o historycznym znaczeniu, które w większości na co dzień pozostają dla zwiedzających zamknięte. Można zwiedzać nie tylko dwory i pałace, ale także młyny, bunkry, wieże, kościoły, klasztory i tysiące innych zabytków.
Od czterech lat bierzemy z M. udział w organizowanych tego dnia wydarzeniach. Z wielką radością i kilkutygodniowym wyprzedzeniem planujemy trasę wyprawy na dany rok. Za każdym razem ta wrześniowa niedziela obdarowuje nas fantastyczną, słoneczną, jesienną pogodą.
Tak było i tym razem, gdy pełni ciekawości wyruszyliśmy odkrywać historyczne tajemnice Brandenburgii. Na liście mieliśmy kilka miejsc do zwiedzenia, które wybraliśmy po przejrzeniu strony internetowej całej akcji. Niektóre okazały się bardziej, inne mniej interesujące. Ale to jest właśnie w tym dniu tak pociągające: często drzwi swoich zabytków otwierają osoby prywatne lub małe stowarzyszenia. Ludzie ci pełni pasji i zaangażowania opowiadają niezwykłe historie, zapraszają do zwiedzania, a nawet częstują kawą i ciastem. A czasami na miejscu zastajemy nie to, czego się spodziewaliśmy. Ale to nic straconego. W takiej sytuacji po prostu trzeba jechać dalej, do kolejnej tajemnicy.

Zapraszam na wycieczkę:

Pałacyk myśliwski Hubertushöhe został zbudowany około roku 1900 przez pochodzącego z Berlina przemysłowca. Po generalnym remoncie mieści się tu pięciogwiazdkowy hotel, a planowany jest park sztuki i literatury. Pałacyk położony jest w lesie nad jeziorem,  niedaleko miejscowości Storkow.
Budynek główny, widok od bramy wjazdowej

Wnętrze na parterze
Widok od strony jeziora


























































Średniowieczny Zamek w Storkow. Pierwsze wzmianki o twierdzy w tym miejscu pochodzą z roku 1209. Obecny wygląd budowli to efekt remontu, który został zakończony w 2009 roku.
Widok budowli od strony ulicy



Wejście do biblioteki miejskiej, mieści się na dziedzińcu





































Historyczne podwórze historycznego browaru w Fürstenwalde.
Dom nadzorcy (Amtshaus) w miejscowości Steinhöfel wybudowany w 1790 roku.



Dom ten, olbrzymi - ponad 300 metrów na trzech poziomach, kupiła kilka lat temu trzypokoleniowa rodzina i od tego czasu z wielkim zaangażowaniem go remontuje. W planach gospodarzy jest stworzenie tu małej galerii miejscowej sztuki oraz prywatnej biblioteki dla mieszkańców wioski. 
Dom nadzorcy był pierwotnie częścią kompleksu pałacowego Steinhöfel.
Sam pałac i przede wszystkim piękny park też oczywiście zwiedziliśmy:
 
 

Ostatnie miejsce, które odwiedziliśmy tego dnia, okazało się najciekawsze i najbardziej tajemnicze. Mowa o dworze w Heinersdorf, którego obecny kształt pochodzi z początków siedemnastego wieku. Początkowo wybudowany jako siedziba rycerzy budynek może poszczycić się ciekawą historią. Bezpośrednio po wojnie mieszkali tu przesiedleńcy, za czasów NRD było tu przedszkole, sierociniec, przychodnie lekarskie. Po upadku muru budynek stał pusty i niszczał. Od kilku lat miejscowa społeczność stara się pozyskać od różnych instytucji środki na renowację, przynajmniej częściową, dworu, który ma stać się miejscem kultury i aktywności społecznej, dostępnym dla wszystkich. Dzięki wyjątkowo cennym freskom na klatce schodowej Fundacja Ochrony Zabytków zapłaciła już za nowy dach całego dworu, ale jak widać, wiele jest jeszcze do zrobienia.
Spacer z przewodniczką  po tych zrujnowanych pomieszczeniach był niezwykle ekscytujący, zwłaszcza, ze opowiedziała nam kilka ciekawych historii...
 
 
 


środa, 18 września 2013

Miłość po polsku, Manuela Gretkowska

Rok 2013 to w moim przypadku rok literackich odkryć na rodzimym podwórku. Szereg polskich autorów, z których twórczością miałam okazję się w ostatnich miesiącach zapoznać, powiększył się o kolejną w tym gronie kobietę.
Manuelę Gretkowską znam oczywiście z jej działalności polityczno-społecznej, publikowanych w prasie esejów oraz przede wszystkim z jej feministycznych poglądów i zaangażowania na rzecz praw kobiet.
Z tą wiedzą w głowie sięgnęłam po Miłość po polsku i już na wstępie przeżyłam pierwszą niespodziankę: głównym bohaterem powieści jest mężczyzna. Doprawdy, nie tego się po Gretkowskiej spodziewałam :)

Miłosz Kencki wyemigrował w latach osiemdziesiątych do Szwecji, tam się ożenił i spłodził dwójkę dzieci. A potem się rozwiódł. Okazało się bowiem, że chłodne szwedzkie podejście do życia jego żony nijak nie dało się zgrać z jego rozchwianą emocjonalnie polską duszą. Po rozwodzie Miłosz mógł za to w najlepsze użalać się nad sobą, upijać i romansować z mniej lub bardziej przypadkowo spotkanymi kobietami. Szczyt umartwiania przeżył w momencie, gdy była żona ułożyła sobie życie u boku, jakżeby inaczej, bogatego Szweda. Także dzieci odwróciły się nie tylko od ojczystego języka ojca, ale o niego samego też.
Sytuacja ulega gwałtownej zmianie, kiedy Miłosz poznaje Alicję i postanawia na stałe wrócić do Polski. Jego dojrzała miłość w średnim wieku jest ratunkiem i odskocznią od codzienności. Po latach spędzonych za granicą Kencki niezwykle krytycznie odbiera ojczyznę i rodaków, niełatwo mu się w warszawskiej małomiasteczkowości odnaleźć. Ale jakoś trzeba znaleźć pracę, zaplanować kolejne lata, żyć...

Miłość po polsku ukazuje wiele różnych aspektów i rodzajów miłości. Mamy więc do czynienia nie tylko z tą damsko-męską, namiętną i burzliwą, ale także z miłością rodziców do dzieci, którą na przykładzie Alicji i Miłosza poznajemy w dwóch zupełnie odmiennych wydaniach. Sporo w tej powieści gorzkich rozczarowań, bezradności i smutku. A mimo to podobało mi się.
W necie znalazłam wiele pochwał dla wcześniejszych książek Gretkowskiej. Przy kolejnej wizycie w bibliotece z pewnością coś wybiorę.  

Ocena: 4+/6

sobota, 14 września 2013

Wrocław dla moli + nowe książki

Wrocław jest moim ukochanym miastem. Mimo, iż nigdy dłużej tu nie mieszkałam, widnieje ono w moim dowodzie jako miejsce urodzenia.
Ostatnie lata to niesamowity rozwój miasta. Mam tu na myśli nie tylko powstające wokół Wrocławia osiedla domków, ale przede wszystkim liczne remontowane przedwojenne kamienice oraz ogromne inwestycje w infrastrukturę i budowane nowoczesne budynki w centrum. Można mieć wrażenie, że po dekadach PRL-owskiej stagnacji, miasto nadrabia stracone lata. Powstaje sporo ciekawych, wartych odkrycia miejsc. Inne istnieją już od dawna, ale spóźnialscy odnajdują je dopiero teraz... Chciałam Wam przedstawić kilka wyjątkowych miejsc dla miłośników książek (i nie tylko), które warto odwiedzić będąc w stolicy Dolnego Śląska...

Nalanda. To tu skierowałyśmy nasze kroki po wyjściu z przepięknie odrestaurowanego budynku dworca głównego. Skuszona wizją zapełnionych książkami regałów i zdrowej wegetariańskiej kuchni od razu wiedziałam, że muszę tu trafić. Jedzenie było pyszne. Jeśli zaś chodzi o książki, to ich wybór zachwyci z pewnością wielbicieli wszystkiego, co niekonwencjonalne i transcendentne. Sporo jest książek o duszy i psyche, zdrowej kuchni, ale także wybrane reportaże i literatura piękna. Oraz cały regał z fantastycznym wyborem książeczek dla dzieci. Warto zajrzeć!

Szczególnym miejscem na nowo odkrytym i wartym uwagi jest wrocławska Synagoga pod Białym Bocianem i działające przy niej Centrum Kultury i Edukacji Żydowskiej. Z resztą nie tylko sama Synagoga, ale i mieszczące się wokół niej restauracje z koszernym, i nie tylko, jedzeniem oraz inne miejsca jak Centrum Informacji czy księgarnia, o której piszę poniżej, są wartym odwiedzenia celem.
Synagoga znajduje się w dzielnicy czterech wyznań, niezwykłym miejscu na mapie miasta, gdzie tolerancja i współpraca owocują szeregiem ciekawych inicjatyw. W 2005 roku powstała Fundacja o nazwie Dzielnica Wzajemnego Szacunku Czterech Wyznań, która promuje kulturę czterech wyznań oraz mniejszości narodowych (m.in. białoruskiej, żydowskiej, ukraińskiej i łemkowskiej) a także ważniejsze wydarzenia religijne, edukacyjne i kulturalne w Dzielnicy. Zachęca społeczności czterech świątyń i mieszkańców Wrocławia do wspólnych spotkań, modlitw oraz obchodów świąt i rocznic wydarzeń historycznych. (cytat pochodzi ze strony fundacji)

Obok Synagogi, na ulicy Włodkowica swoją siedzibę ma wrocławskie Wydawnictwo Via Nova, króre specjalizuje się w publikowaniu książek i albumów z zakresu historii i architektury nie tylko Wrocławia, ale i Dolnego Śląska. Zainteresowanym tematem księgarnia stacjonarna oferuje spory wybór tytułów oraz możliwość negocjacji cen.
Ja wybrałam:



Jak ja mogłam tak długo żyć w niewiedzy?
Doprawdy nie mam pojęcia...
Z biciem serca odkryłam najpierw stronę internetową Tajnych kompletów, a potem jak na skrzydłach popędziłam do wrocławskich sukiennic, a konkretnie do Przejścia Gancarskiego, by tam z filiżanką mocnego cappuccino zapaść się w fotelu przeglądając wyszperane znaleziska, czyli trzy ogromne stosy książek odnalezionych na tutejszych regałach. Decyzja była niełatwa, bo oprócz fantastycznego wyboru powieści polskich i zagranicznych autorów, mnóstwo na półkach także literatury popularnonaukowej, m.in. z takich dziedzin jak kino, socjologia czy historia...

Po dłuższej chwili udało mi się wybrać tytuły, które zainteresowały mnie najbardziej i stałam się szczęśliwą posiadaczką poniższych książek:


- Judasz całował wspaniale, Maira Papathanasopulu: współczesna powieść prosto z Grecji o perypetiach trzydziestoparoletniej rozwódki w tamtejszej rzeczywistości.
- Gierki, Ignacio Martinez de Pisón: trzy siostry María, Paloma i Carlota opowiadają historię swojego życia. Jedną historię, która zostaje przedstawiona przez każdą z nich w inny sposób.
- Chemia łez, Peter Carey: po pierwsze okładka, po drugie pierwsze zdanie powieści, po trzecie fakt, że autor pochodzi z Austalii.
- Palestyński romans, Jonathan Wilson: tytuł wyjaśnia wszystko. Już zaczęłam czytać.
- Zniknąć, Petra Soukupová: trzy nowele, trzy współczesne historie rodzinne. Trudno się od nich oderwać. Opowiedziane wartko i beznamiętnie, wywołują jednak w czytelniku burzę emocji (z okładki)



I jeszcze gratka dla miłośników kryminału. Lokal o pełnej ukrytych treści nazwie Speakeasy jest (o ile się nie mylę) dość nowy i mieści się na wrocławskim Rynku. Świetna i niezwykle zachęcająca jest już sama strona internetowa lokalu. W środku nie ma setek książek, a tylko kilka półek z wybranymi tytułami, co sprzyja rozsądnym zakupom. Do lektury zachęcają dwa ogromne, czerwone wyściełane pluszem fotele...
Jako, że trafiłam tu na pogaduchy z przyjaciółkami bezpośrednio po szaleństwie w Tajnych Kompletach, skupiłam się na konsumpcji dla ciała... I napiszę tylko tyle, że wybór win w Speakeasy jest po prostu fantastyczny!



A to już ostatni zakup udrapowany niezwykle wiosennie, jak na obecną porę roku, na balkonie. Książka jest efektem wizyty w ulubionej wrocławskiej Taniej Książce przy Placu Solnym. Autora i tytuł widać wyraźnie, więc nie będę się powtarzać.
Ktoś czytał? Polecacie na jesienne wieczory?












 

Jednym z ciekawszych miejsc na mapie Wrocławia jest Nadodrze. Dzielnica miasta położona na po drugiej stronie Odry, mniej więcej na wysokości Uniwersytetu. Długo uznawana za biedną i niebezpieczną, powoli odżywa i nabiera nowego kształtu. Celem władz miasta jest rewitalizacja dzielnicy przy udziale mieszkańców: renowacja starych budynków, ale i przyciągnięcie m.in., artystów i rzemieślników, którzy otworzą małe sklepiki i warsztaty. Więcej o planowanych działaniach można poczytać tu.
Jako przykład kreatywności przywiozłam zdjęcie biblioteki mieszczącej się na jednej z ulic Nadodrza.


czwartek, 12 września 2013

Jeden dzień, David Nicholls

Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron tej powieści dopadło mnie dziwne wrażenie: ja już tę historię skądś znam.... Uczucie to pogłębiało się z każdym kolejnym rozdziałem. Aż w końcu znalazłam w internecie trailer filmu w reż. Lone Scherfig nakręconego na podstawie książki. I niestety nic się wyjaśniło. Nabrałam jedynie pewności, że filmu nie widziałam. Irytujące uczucie literackiego déjà-vu pozostało.

Tak sobie teraz myślę, że to wrażenie powtarzalności zrodziło się z ilości obejrzanych tzw. komedii romantycznych. Nie, żeby ich były jakieś zastraszające ilości, ALE jakieś tam były. A schemat: mądra, wierna i na smierć zakochana versus szalony, niezaspokojony seksualnie wieczny chłopiec nie jest zbyt oryginalny, więc siłą rzeczy już go pod takim czy innym tutułem poznałam. W sumie to nic strasznego, choć przyznam, że odebrało mi to nieco radości z czytania.

Ale do rzeczy. Emma i Dexter znają się ze studiów. Bliżej poznają się w noc po rozdaniu dyplomów. Niby nie doszło między nimi do fizycznego zbliżenia, ale na zawsze połączyły się ich dusze. I tak przez dwadzieścia lat, raz do roku, zawsze 15 lipca, otrzymujemy wgląd w aktualną sytuację życiową obojga. A tu mnóstwo jest wahań, nieudanych związków, ryzykownych decyzji i prób zrobienia kariery. I to zarówno u Emmy jak i u Dextera. Jedyną pewną i niezmienną wartością jest łącząca ich przyjaźń. W tej konstelacji czytelnik zawsze wie więcej niż sami zainteresowani, gdyż dane jest mu poznać myśli i uczucia bohaterów, które to emocje skrzętnie ukrywają jedno przed drugim.
I to tyle, by nie zdradzić zbyt wiele.
Przejmujące wydało mi się zakończenie. Zupełnie nie tego oczekiwałam mając w głowie echo wspomnianych wcześniej komedii romantycznych. Ale cóż, życie to nie bajka. Nawet w powieściach.

Ocena: 4+/6

poniedziałek, 9 września 2013

Bratysława, Balaton, Budapeszt

Druga połowa naszej tegorocznej wakacyjnej podróży miała bardziej miejski charakter. Po tygodniu spędzonym w Tatrach wyruszyliśmy pociągiem do Bratysławy. Tam spędziliśmy jeden dzień. Niby niewiele, ale jak na pierwszy raz wystarczyło. Słowacka stolica jest dość niewielkim miastem (ma ok. 430 tysięcy mieszkańców), którego stare miasto można zwiedzić na piechotę w kilka godzin. A spacer taki sprawia wiele radości, zwłaszcza, że sporo tu ciekawych historycznych budowli, placów i deptaków. Stare kamienice, pałace oraz zabytkowe Kaffehäuser przypominające czasy rozkwitu miasta w osiemnastym wieku, kiedy Bratysława była jednym z ważniejszych miast Królestwa Węgier i przeżywała intensywny rozwój. Liczne restauracje i kawiarnie z pysznym jedzeniem zachęcają do zrobienia przerwy i naładowanie akumulatorów – czegóż ciekawski turysta może chcieć więcej...
 
Budynek starego Ratusza w centrum miasta
Teatr, a nad nim dwie tęcze (ta z lewej prawie niewidoczna)


UFO przy moście nad Dunajem
z platformą widokową i restauracją


Z Bratysławy udaliśmy się pociągiem przez Budapeszt nad Balaton, a dokładniej do przeuroczej miejscowości Tihany. Położona na niewielkim wzgórzu gwarantuje fantastyczny widok na Balaton. Wioska ta charakteryzuje się licznymi starymi chatami krytymi strzechą oraz dominującym nad całością barokowym kościołem. Sporo tu zainwestowano w infrastrukturę, w wyniku czego turyści mogą korzystać z wygodnych ścieżek oraz licznych ławeczek, rozkoszując się przy tym takimi oto widokami: 

Typowe Węgry: dom papryki :)
Sklep z produktami z lawendą.
Po węgiersku to levendula. Pięknie, prawda?



W Tihany, na każdym rogu można było znaleźć tę pachnącą roślinę.

Z takich właśnie chat zbudowana jest miejscowość Tihany.
W tej akurat sprzedawano ceramikę.
Barokowy kościół góruje nad całą miejscowością.
Widok na Balaton z kościelnego wzgórza.

Dodać powinnam dla porządku, że w samej miejscowości Tihany spędziliśmy jeden wieczór (ale było już ciemno i padało) oraz jedno słoneczne popołudnie.

Całe dwa dni oblegaliśmy tę oto plażę:  





Ostatnim celem naszej podróży był Budapeszt, skąd po dwóch dniach samolotem wróciliśmy do Berlina. To była druga nasza wizyta w tym mieście i w związku z tym skupiliśmy się na mniej oczywistych zabytkach, pomijając wzgórze Gellerta, Zamek Królewski czy przepiękną synagogę.
Panował ogromny upał, więc szukaliśmy chłodu i cienia. Po wizycie w muzeum kolejnictwa, odpoczynku na Wyspie Małgorzaty, wjechaliśmy kolejką zębatą na budapesztańskie wzgórza.

Zgromadzone tu stare pociągi, lokomotywy i inne pojazdy szynowe robią wrażenie.
Stację kolejki wąskotorowej pionierów zdobi taka oto mozaika.

Podróż za wzgórza na dół, do przystanku tramwajowego, zajmuje godzinę.


W upalną sierpniową sobotę mnóstwo mieszkańców stolicy i turystów
szukało ochłody w zielonej oazie na Dunaju - Wyspie Małgorzaty.




























































Wieczorem kolacja i spacer naddunajskim bulwarem, podczas których snuliśmy już plany na kolejną wizytę w węgierskiej stolicy...