poniedziałek, 30 czerwca 2014

Być Esther, Miriam Karmel

Niewielkich rozmiarów książeczka (kolejna z biblioteki) opisem na okładce obiecuje: "W swej uroczej, pozbawionej sentymentalizmu powieści Miriam Karmel stworzyła jeden z najznakomitszych literackich portretów ostatnich miesięcy życia kobiety." Hmmm...

Ośmielam się z tą mocno na wyrost poczynioną opinią nie zgodzić. 

Główna bohaterka - Esther Lustig - to osiemdziesięciotrzyletnia kobieta żydowskiego pochodzenia, która jesień swojego życia spędza na sporach z córką na temat przeprowadzki do domu opieki. Ponadto jej codzienność stanowią spotkania z sąsiadami, telefony do przyjaciół z dawnych lat i snute bez końca wspomnienia minionych chwil. 

Na uznanie autorka z pewnością zasłużyła choćby ze względu na temat, który wybrała na książkę. Temat, który jest przemilczanym tabu, a przecież każdego z nas czeka. Uczynienie bohaterką książki starszej pani, która zaczyna mieć lekkie problemy z postrzeganiem rzeczywistości jest warte uwagi. Esther jest osobą pogodną i z poczuciem humoru. Zmiany w swoim ciele i umyśle przyjmuje z lekkim niedowierzaniem i sporym dystansem. Każdego dnia kobiecie towarzyszą uczucia takie jak samotność, zagubienie i poczucie niezrozumienia, zwykle przez członków najbliższej rodziny: dzieci i wnuki. Zdecydowanie jest bohaterką, którą łatwo polubić, ale jeśli wyznacznikiem jej literackiej wyjątkowości jest brak konkurencji w tej kategorii wiekowej, to ja tego argumentu nie kupuję. Esther jest ok, ale nie jest znakomitością.

Moim zdaniem Miriam Karmel jedynie poślizgała się po powierzchni. Poruszyła wiele aspektów starości, żadnemu nie poświęcając wystarczająco dużo uwagi. Narracja cechuje się niezwykle chaotyczną strukturą, co być może odpowiada stanowi umysłu Esther, ale jednocześnie odbiera tematowi powagi. Książkę czyta się szybko i łatwo. Równie łatwo się o niej zapomni.

Ocena: 4/6

niedziela, 29 czerwca 2014

Magnolia, Grażyna Jeromin-Gałuszka

Kilka lat temu czytałam powieść tej autorki pt."Kobiety z Czerwonych Bagien" i do dziś pamiętam ciepło i kobiecą mądrość, jakimi wypełnione były strony. Przekonana o wysokich umiejętnościach pisarskich autorki oraz po lekturze wielu pozytywnych recenzji postanowiłam sięgnąć po Magnolię

Cóż, dzwoneczki ostrzegawcze powinny były się odezwać najpóźniej w momencie, w którym się okazało, że tytułowa Magnolia to pensjonat na końcu świata...
Położony jest on wprawdzie nie na Mazurach, ale w Bieszczadach, a nowe życie na prowincji rozpoczyna nie kobieta po czterdziestce i rozwodzie, ale mężczyzna (pozostałe cechy się zgadzają), mimo to powieść jest tak schematyczna i przewidywalna, a postacie płaskie i mało interesujące, że moje rozczarowanie okazało się spore. Nic mnie w tej książce nie zaskoczyło, mnogość wątków i chaotyczna narracja umęczyły w związku z czym przyjemności z lektury miałam naprawdę niewiele. Może po prostu wyrosłam z tego typu książek?

Od jakiegoś czasu mam w głowie myśl, żeby zrobić przerwę w korzystaniu z biblioteki. Po każdej wizycie przynoszę z niej bowiem nowości, których okładki znam z blogów. Ich przeglądanie działa trochę jak reklama telewizyjna: widziałam okładkę na wielu internetowych stronach, ludzie pisali, ze miło się czyta, to co mi szkodzi? Wypożyczę.
Często jednak rezenzje pisały osoby, które otrzymały książkę od wydawnictwa i wypadało im napisać coś miłego, albo po prostu mają inny czytelniczy gust niż ja. Podczas akcji promocyjnej dany tytuł czyta i poleca wielu blogerów, stąd pojawia się u mnie uczucie, że koniecznie trzeba o niego sięgnąć.
Tymczasem na regale mam na oko jakieś 500 książek, w tym biografie, reportaże, literaturę faktu, a przede wszystkim dużo dobrych, niebanalnych powieści, w tym sporo moich ulubionych, historycznych. Wiele z nich kupiłam pod wpływem opinii blogerów, których literacki gust, a także wiek jest zbliżony do mojego.

Po co ten wywód? Ano postanowiłam doczytać ostatnie tomy z biblioteki, oddać je i do końca roku czytać jedynie własne książki. A deklarację tę wpisuję na blogu, aby nabrała urzędowego charakteru i pomogła w realizacji tego zamierzenia :) Będę zdawać relację z postępów...

Ocena: 3/6

sobota, 28 czerwca 2014

Klinika kukieł, Agnieszka Kacprzyk

Bloga Agnieszki Kacprzyk Promyczkowo czytam z wielką przyjemnością od kilku lat i bardzo mi z jej podejściem do życia po drodze. Uwielbiam też niezwykle bogaty i plastyczny język, jakim się posługuje opisując swoją codzienność.
Nic więc dziwnego, że gdy zobaczyłam w bibliotece książkę jej autorstwa, bez wahania postanowiłam ją wypożyczyć.

Klinika kukieł to opowieść o górskiej wędrówce po ukraińskich Karpatach sześciorga znajomych, studentów z Poznania, trzech dziewczyn i trzech młodych mężczyzn. Przyjaciele zamierzają spędzić dwa tygodnie wędrując po odludziu, zdani jedynie na siebie nawzajem.
Nieustanne zmagania z naturą i własnymi słabościami sprawiają, że osoby, które wydawały się znajome, nagle pokazują inną twarz. Pozornie nieznaczące rozmowy, czy przelotne dotknięcia nabierają głębszego znaczenia. Z czasem w grupie dochodzi do nieporozumień, wszyscy są rozdrażnieni, napięcie wisi w powietrzu. Dość powiedzieć, że ich wyprawa kończy się wcześniej niż planowano.
Jednak nie ma w tej powieści dramatycznych zwrotów akcji, wręcz przeciwnie: wszystko rozgrywa się na płaszczyźnie emocji i skomplikowanych międzyludzkich stosunków.

Szczerze mówiąc Klinika kukieł mnie rozczarowała. I akcją, z której nic nie wynika i bohaterami, którzy nie dają się lubić, ani nawet zrozumieć. Ale najbardziej rozczarował mnie język. Najlepiej opisujące go słowo to "przedobrzony". Czytając miałam nieodparte wrażenie, że każde zdanie było wielokrotnie poprawiane i dopracowywane. Niestety autorka osiągnęła efekt przeciwny do zamierzonego: momentami czytelnik brnie przez tekst, jak przez głęboki, ciężki śnieg...
W dodatku można znaleźć w powieści kilka zdań, które kompletnie nie pasują do reszty, np. "to, co króliki lubią najbardziej". Ponadto niektóre monologi bohaterów czy opisy narratora tak się zapętlają, że nie wiadomo zupełnie o co chodzi.

Powieść wydana została siedem lat temu. Od tamtej pory Agnieszka została mamą i wiele się w jej życiu zmieniło. Z lektury bloga wiem, że pracuje nad kolejną powieścią. Jestem jej niezmiernie ciekawa.

Ocena: 3/6

środa, 18 czerwca 2014

Miasteczko Middlemarch, Tom I, George Elliot

"Wszyscy rodzimy się w stanie głupoty moralnej i traktujemy świat jak dojną krowę, która ma wykarmić naszą wyjątkową osobowość (...)." (str. 252)


Pod koniec lutego Padma, autorka bloga Miasto książek, zaproponowała wspólne, nieśpieszne czytanie Miasteczka Middlemarch. Jako, że książka ta stała od kilku lat na mojej półce, postanowiłam się przyłączyć i rozpoczęłam lekturę, która, jak łatwo policzyć, zajęła mi prawie cztery miesiące...
Czytałam głównie wieczorami, jeden lub dwa rozdziały, dając sobie czas na zaznajomienie się ze stylem powieści i poznanie jej wielu bohaterów.

Początkowo nie było to łatwe, bo przyzwyczajona do współczesnych tekstów, potrzebowałam kilkudziesięciu stron, by przestawić się na styl z epoki wiktoriańskiej. Jednak staranne tłumaczenie i powolny rozwój akcji dały mi doskonałą możliwość na stopniowe wsiąknięcie w świat Middlemarch.
Akcja powieści toczy się wokół kilku osób. I tak na początku poznajemy siostry Brooke, z których starsza Dorothea i jej mąż należą do grona głównych bohaterów. Oprócz nich mamy kilka postaci mających istotny wpływ na życie małomiasteczkowej wspólnoty, jak pastor, lekarz, burmistrz czy bankier. Ich codzienne problemy, rozmyślania i intrygi stanowią oś powieści. Szczegółowe opisy charakterów i zachowań bohaterów tworzą szczegółowy obraz natury ludzkiej, która do dziś nie straciła na aktualności.
Uwieść w Miasteczku Middlemarch czytelnika może wszystko to, co kochamy w powieści wiktoriańskiej: prowincjonalna XIX-wieczna Anglia, barwny i wyidealizowany świat arystokracji i popołudniowych herbatek, długie szeleszczące suknie i gorsety, osobliwa moralność oraz zapowiedź nadchodzących nieuchronnie zmian społecznych.
Momentami lektura nieco mi się dłużyła, a nieskończenie długie przemyślenia niektórych bohaterów wywoływały zniecierpliwione parsknięcia. Jednak nie miało to większego wpływu na ogólnie pozytywne wrażenie, jakie powieść na mnie wywołała. 

Podobało mi się, że książka wydana przez wydawnictwo Prószyński i S-ka opatrzona została wstępem, napisanym przez tłumaczkę. Zawiera on kilka informacji o epoce, o autorce i o losach powieści, nic szczególnie wyczerpującego, ale stanowi doskonałe przygotowanie do lektury i dostarcza podstawowych informacji.

Z lekturą drugiego tomu poczekam na długie jesienne wieczory, bo zdecydowanie nie jest to książka na lato.

Sporo jest w tekście wartych odnotowania cytatów. Oto kolejny, których zaznaczyłam:
"Wiadomo jednak, że człowiek nie może być sceptyczny wobec wszystkiego - świat stanąłby wówczas w miejscu; musimy w coś wierzyć i coś robić i jakkolwiek nazwalibyśmy to "coś", będzie ono w istocie naszym własnym wyborem, choćby się mogło zdawać, że opiera się w ogromnej mierze na cudzym." (str. 283)

Ocena: 4/6

środa, 4 czerwca 2014

Wieczór literacki z Jackiem Dehnelem

To wspaniałe uczucie, kiedy spełniają się marzenia.
Jedno z moich czytelniczych marzeń spełniło się kilkanaście dni temu.
Miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w wieczorze, którego bohaterem był Jacek Dehnel.
Elokwentny, zabawny, fascynujący.

Przeczytał kilka swoich wierszy, odpowiedział na pytania prowadzących, a na koniec pozwolił się sfotografować, podpisał mój egzemplarz Młodszego księgowego i zdradził o czym będzie kolejna powieść, która ukaże się jesienią.

Już zaczęłam marzyć o kolejnym spotkaniu....